Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Vaterland [Fatherland - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Vaterland [Fatherland - pl]

Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1964. Nazistowskie Niemcy triumfują w Europie oraz Azji i przygotowują się do obchodów 75 urodzin Hitlera. Prezydent USA J.F.Kennedy ma przybyć z oficjalną wizytą do Rzeszy, aby przywrócić stosunki dyplomatyczne miedzy krajami. Wtedy uwagę władz przykuwa seria tajemniczych morderstw. Wszystkie ofiary łączy udział w planie eksterminacji Żydów i Słowian. Śledztwo rozpoczynają agencji niemieckiego wywiadu, szpiedzy i amerykańska dziennikarka. Rozwiązanie okaże się bardziej zaskakujące, niż ktokolwiek przypuszcza.
1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 86
Перейти на страницу:

W tej samej chwili telefon zadzwonił.

Ręka Marcha zamarła w bezruchu. Jeden dzwonek. Drugi. Trzeci.

W panującej w domu ciszy dźwięk wydawał się rozdzierać bębenki; kurz wibrował w powietrzu. Czwarty dzwonek. Piąty. Zacisnął palce na ebonicie. Szósty. Siódmy. Podniósł słuchawkę z widełek.

— Buhler? — Głos starego człowieka, bardziej z tamtej niż z tej strony grobu; szept z innego świata. — Buhler? Odezwij się. Kto mówi?

— Przyjaciel — odparł Xavier.

Pauza. Trzask odkładanej słuchawki.

Ten, kto dzwonił, odwiesił słuchawkę. March zrobił to samo. Zaczął na chybił trafił wysuwać szybko szuflady. Kilka ołówków, papier do pisania, słownik. Wysunął dwie najniższe szuflady i wsadził rękę w pustą przestrzeń.

Nic.

A jednak coś.

Daleko, przy tylnej ściance natrafił palcami na mały, gładki przedmiot. Wyciągnął go. Niewielki, oprawny w czarną skórę notes, ze złoconym orłem i swastyką na okładce. Przerzucił szybko kartki. Partyjny kalendarzyk na rok 1964. Wsadził go do kieszeni i wsunął z powrotem szuflady.

Pies Buhlera biegał jak szalony wzdłuż brzegu, wpatrując się w jezioro i głośno skowycząc. Co kilka sekund przysiadał na tylnych łapach, żeby po chwili wznowić swój desperacki patrol. Xavier zobaczył teraz, że cały prawy bok psa pokryty jest zeschniętą krwią. Kiedy szedł w stronę jeziora, zwierzę w ogóle nie zwracało na niego uwagi.

Wszedł, stukając obcasami oficerskich butów, na drewniany pomost. Między obluzowanymi deskami widział chlupoczącą metr niżej, płytką, błotnistą wodę. Dotarł do końca pomostu i zszedł na łódź, która przechyliła się pod jego ciężarem. Na pokładzie było kilka centymetrów brudnej deszczówki. Pływały w niej liście i tęczowa plama oleju. Cała łódź śmierdziała benzyną. Gdzieś musiał być przeciek. Mardi pochylił się i próbował otworzyć małe drzwiczki do kabiny. Były zamknięte na klucz. Osłoniwszy oczy dłońmi, zajrzał przez szybę, ale w środku było zbyt ciemno, żeby mógł coś zobaczyć.

Zszedł z łodzi i ruszył z powrotem. Deski pomostu były szare ze starości, ale w jednym miejscu, naprzeciwko zacumowanej łodzi, widać było świeże żółte drzazgi i resztki białej farby. Xavier pochylił się, żeby przyjrzeć się śladom, i nagle jego wzrok przykuł blady przedmiot, połyskujący w wodzie niedaleko miejsca, w którym pomost łączył się z lądem. Podszedł tam i uklęknął. Przytrzymując się lewą ręką i wychylając, jak to tylko możliwe w dół, zdołał wyciągnąć przedmiot z wody. To była proteza; zaopatrzona w skórzane paski i stalowe sprzączki przypominała różową, niszczącą się starą porcelanową lalkę.

* * *

Pies usłyszał ich pierwszy. Zadarł łeb, obrócił się i potruchtał przez trawnik w stronę domu. Xavier rzucił natychmiast do wody swoje znalezisko i pobiegł za psem. Przeklinając własną głupotę okrążył dom i przystanął w cieniu wież. Mógł stąd obserwować bramę. Pies warczał głośno i skakał na żelazną kratę. Po drugiej stronie stało, przyglądając się willi, dwóch mężczyzn. Po chwili pojawił się trzeci, niosąc wielkie nożyce do cięcia metalu. Ścisnął nimi zamek, który po dziesięciu sekundach poddał się z głośnym szczękiem.

Trzej mężczyźni weszli na teren posiadłości i pies cofnął się trochę. Podobnie jak March ubrani byli w mundury SS. Jeden z nich wyjął coś z kieszeni i podszedł z wyciągniętą ręką do psa, tak jakby chciał go nakarmić. Zwierzę przywarowało. Ciszę przerwał pojedynczy strzał; odbił się echem po posiadłości i przepłoszył stado gawronów, które uniosły się, głośno kracząc, nad lasem. Mężczyzna schował rewolwer do kabury i wskazał martwe zwierzę jednemu ze swoich towarzyszy. Ten złapał je za tylne łapy i zaciągnął w krzaki.

Wszyscy trzej mężczyźni ruszyli alejką w stronę domu. March stanął za kolumną, przesuwając się powoli, w miarę jak się zbliżali, tak żeby przez cały czas pozostać w ukryciu. Przyszło mu do głowy, że właściwie nie powinien się wcale chować. Mógłby powiedzieć gestapowcom, że przeszukiwał posiadłość i że nie otrzymał wiadomości od Jaegera. Ale coś w ich zachowaniu, w nonszalancji, z jaką pozbyli się psa, kazało mu tego nie robić. Ci ludzie byli tutaj już wcześniej.

Kiedy podeszli bliżej, rozpoznał ich stopnie. Dwóch Sturmbannführerów i jeden Obergruppenführer — dwóch majorów i generał. Jaka, dotycząca bezpieczeństwa państwowego, sprawa mogła wymagać osobistego udziału generała Gestapo? Obergruppenführer zbliżał się do sześćdziesiątki, był potężny jak byk i miał poobijaną twarz byłego boksera. March pamiętał ją z telewizji i ze zdjęć w gazetach.

Jak on się nazywał?

Po chwili sobie przypomniał. Odilo Globocnik. W SS zwany swojsko Globusem. Były Gauleiter Wiednia. To on zastrzelił psa.

— Ty zajmij się parterem. Ty sprawdź z tyłu — polecił swoim podwładnym.

Gestapowcy wyciągnęli pistolety i zniknęli w środku domu. March odczekał pół minuty, a potem ruszył w stronę bramy. Nie szedł alejką, lecz skrajem ogrodu, przedzierając się zgarbiony przez splątane krzewy. Pięć metrów przed bramą zatrzymał się, żeby złapać oddech. We wmurowanej w kamienny słupek metalowej skrzynce na listy leżała duża brązowa paczka.

To szaleństwo, pomyślał. Absolutne szaleństwo.

Nie pobiegł w stronę bramy. Nic, wiedział o tym, nie przyciąga ludzkiego wzroku bardziej od nagłego ruchu. Zamiast tego wynurzył się z krzaków, jakby fakt, że się tutaj znalazł, był najbardziej naturalną rzeczą pod słońcem. Wyjął paczkę ze skrzynki i nie spiesząc się wyszedł na zewnątrz przez otwartą bramę.

Cały czas spodziewał się za sobą krzyku albo strzału. Ale słyszał tylko szum poruszającego gałęziami drzew wiatru. Kiedy doszedł do samochodu, stwierdził, że drżą mu ręce.

3

— Dlaczego wierzymy w Niemcy i w Führera?

— Wierzymy w Niemcy, ponieważ wierzymy w Boga, który je stworzył i który zesłał nam Führera, Adolfa Hitlera.

— Komu musimy służyć przede wszystkim?

— Naszemu narodowi i naszemu Führerowi, Adolfowi Hitlerowi.

— Dlaczego jesteśmy mu posłuszni?

— Z wewnętrznego przekonania, z lojalności i ponieważ wierzymy w Niemcy, w Führera, w nasz Ruch i w SS.

— Doskonale! — Instruktor kiwnął głową. — Bardzo dobrze. Oczekuję was ponownie za trzydzieści pięć minut na południowym boisku. Jost! Ty zostajesz. Reszta może odmaszerować!

Z krótko przyciętymi włosami i w luźnych mundurach polowych kadeci SS przypominali więźniów. Wychodząc szurali głośno krzesłami i stukali buciorami o podłogę z surowych desek. Z zawieszonego na ścianie dużego portretu uśmiechał się dobrotliwie do nich nieżyjący już Heinrich Himmler. Jost stał na baczność pośrodku klasy. Wydawał się kompletnie zagubiony. Kilku wychodzących kadetów rzuciło w jego stronę zaciekawione spojrzenia. Znowu ten Jost, można było wyczytać w ich oczach. Jost — dziwak i samotnik; facet, który zawsze podpada. Może warto spuścić mu dzisiaj w nocy kolejną kocówę.

Instruktor wskazał głową tył sali.

— Masz gościa.

Oparty o kaloryfer March trzymał ręce skrzyżowane na piersi i obserwował uważnie chłopaka.

— Witaj ponownie, Jost — rzucił.

Minęli rozległy plac apelowy. Stojąca w rogu grupa rekrutów słuchała z nabożeństwem sztorcującego ich Hauptscharführera SS. W innym rogu około stu młodzieńców w czarnych dresach robiło skłony, skręty i przysiady, wypełniając co do joty wydawane krzykiem rozkazy. Spotkanie z Jostem przypominało odwiedziny w więzieniu. Ten sam więzienny smród: mieszanina pasty do podłóg, środków dezynfekcyjnych i gotowanego jedzenia. Takie same brzydkie betonowe bloki, takie same wysokie mury i patrole wartowników. Podobnie jak kacet Akademia imienia Seppa Dietricha była jednocześnie rozległa i klaustrofobiczna; stanowiła świat całkowicie zamknięty w sobie.

1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)