Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Presteign siedział sztywno, jakby kij połknął. Jego palce bębniły to szybko, to wolno.
— Sheffield, do jasnej cholery! — wybuchnął Yáng-Yeovil. — Czy nie widzisz kryzysu? Balansujemy na linie. Co u licha robisz najlepszego wspierając Presteigna w tej podejrzanej sprawie? Jesteś przecież liderem Partii Liberalnej… arcypatriotą ziemskim. Politycznym wrogiem numer jeden Presteigna. Puść go kantem, głupcze, zanim on wszystkich nas nie sprzeda.
— Kapitanie Yeovil — przerwał mu Presteign z lodowatym jadem w głosie — nie pozwolę na takie wyrażenia.
— Potrzebujemy PirE i musimy go mieć — ciągnął Yáng-Yeovil. — Musimy zbadać te dwadzieścia funtów PirE, odtworzyć metodę jego syntezy, opracować sposób zastosowania go na polu walki… i zdążyć z tym wszystkim zanim Satelity Zewnętrzne nie wystrychną nas na dudków, o ile już tego nie zrobiły… Ale Presteign wzbrania się od współpracy. Dlaczego? Ponieważ jest w opozycji w stosunku do partii rządzącej. Nie chce żadnych zwycięstw dla liberałów. W imię wielkiej polityki wolałby raczej, żebyśmy przegrali wojnę, bo bogacze w rodzaju Presteigna nigdy nie przegrywają. Opamiętaj się, Sheffield. Zaangażował cię zdrajca. Co ty wyprawiasz, na miłość boską?
Zanim Sheffield zdążył odpowiedzieć, rozległo się dyskretne pukanie do drzwi i do Komnaty Gwiaździstej wprowadzono Saula Dagenhama. Jeszcze nie tak dawno Dagenham był jednym z najznakomitszych uczonych Planet Wewnętrznych — fizykiem o wrodzonej intuicji, głębokiej wiedzy i z komputerem szóstej generacji zamiast mózgu. Ale kiedyś, na Tycho Sands, wydarzył się wypadek i atomowa eksplozja, która powinna była go zabić nie uczyniła tego. Zamiast umrzeć, stał się niebezpiecznie radioaktywny; stał się „gorący”; przekształcił się w dwudziestoczwartowieczną Zapowietrzoną Mańkę.
Rząd Planet Wewnętrznych wypłacał mu 25 000 r rocznie na koszta związane z przedsięwzięciem środków ostrożności, które, jak wierzono, zastosuje. Unikał fizycznego kontaktu z jakąkolwiek osobą przez okres dłuższy niż pięć minut dziennie. Nie mógł przebywać przez więcej niż trzydzieści minut dziennie w żadnym pomieszczeniu nie będącym jego własnym mieszkaniem. Opłacany przez Planety Wewnętrzne, które nakazały mu izolację, Dagenham poniechał badań naukowych i stworzył kolosalne Dagenham Couriers, Inc.
Ujrzawszy niskiego żywego trupa o blond włosach i ołowianoszarej cerze wchodzącego z uśmiechem trupiej główki do Sali Gwiaździstej, Yáng-Yeovil wiedział już, że w spotkaniu tym doznał porażki. Nic nie wskóra mając przeciw sobie tych trzech mężczyzn kierujących się wspólnym interesem. Wstał od razu.
— Udaję się w sprawie Foyla do Admiralicji — oznajmił. — Co do Wywiadu, negocjacje dobiegły końca. Od teraz rozpoczyna się wojna.
— Kapitan Yáng-Yeovil wychodzi — zawołał Presteign do oficera Jaunt-Gwardii, który wprowadził Dagenhama. — Proszę przeprowadzić go przez labirynt.
Yáng-Yeovil zaczekał aż oficer podejdzie do niego i zegnie się w ukłonie, po czym, gdy tamten ruszył przodem w stronę drzwi, Yáng-Yeovil spojrzał prosto w oczy Presteignowi, uśmiechnął się ironicznie i znikł z cichutkim cmoknięciem!
— Presteignie! — wykrzyknął Bunny. — On się jauntował. Ta sala nie jest dla niego ślepa. On…
— Najwyraźniej — przerwał mu lodowatym tonem Presteign.
— Przekaż Szambelanowi — poinstruował oszołomionego oficera Gwardii, — że współrzędne Komnaty Gwiaździstej nie są już tajemnicą. Trzeba je zmienić w ciągu dwudziestu czterech godzin. A teraz, panie Dagenham…
— Chwileczkę — powiedział Dagenham — Admiralicja.
Bez słowa przeprosin, czy chociażby wyjaśnienia znikł także. Presteign uniósł brwi.
— Jeszcze jeden do kompanii obeznanej z tajemnicą Komnaty Gwiaździstej — mruknął pod nosem. — Ten miał chociaż tyle taktu, że nie dał tego po sobie poznać, zanim sekret się oficjalnie nie wydał.
Dagenham zjawił się ponownie.
— Nie ma sensu tracić czasu na kluczenie po labiryncie — powiedział. — Wydałem rozkazy w Waszyngtonie. Przytrzymają Yeovila. Dwie godziny gwarantowane, trzy godziny prawdopodobne, niewykluczone cztery godziny.
— W jaki sposób go przytrzymają? — spytał Bunny. Dagenham posłał mu swój trupi uśmiech.
— Standardowa operacja firmy Dagenham Couriers — ZFZK. Zabawa, fantazja, zamieszanie, katastrofa… będziemy potrzebowali całych czterech godzin. O, cholera! Rozstroiłem twoje kukły, Presteignie. — Roboty zaczęły rzeczywiście pląsać w jakimś lunatycznym tańcu, gdyż twarde promieniowanie emitowane przez Dagenhama zakłóciło działanie ich układów elektronicznych. — No to ja będę leciał.
— Co z Foylem? — spytał Presteign.
— Jeszcze nic. — Dagenham uśmiechnął się swym uśmiechem trupiej główki. — On jest naprawdę wyjątkowy. Próbowałem na nim wszystkich standardowych narkotyków i procedur… Nic. Na zewnątrz jest po prostu zwykłym kosmonautą… jeśli nie brać pod uwagę tego tatuażu na twarzy… ale wewnątrz jest ze stali. Coś ukrywa, ale trudno to z niego wyciągnąć.
— Co ukrywa? — spytał Sheffield.
— Mam właśnie nadzieje się dowiedzieć.
— W jaki sposób?
— Lepiej nie pytaj; stałbyś się wspólnikiem. Czy statek gotowy, Presteignie?
Presteign skinął głową.
— Nie gwarantuję, że będzie jakiś „Nomad”, którego moglibyśmy odnaleźć, ale jeśli będzie, przyjdzie nam zmierzyć się z marynarką. Prawo gotowe, Sheffield?
— Gotowe. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli z niego korzystać.
— Ja też ją mam; ale wracając do sprawy, niczego nie gwarantuję. No dobrze. Czekać w pogotowiu na instrukcje. Idę rozpracować Foyla.
— Gdzie go trzymasz?
Dagenham potrząsnął głową.
— To pomieszczenie nie jest pewne. — Zniknął.
Jauntował się trasą Cincinnati — Nowy Orlean — Monterey do Mexico City, gdzie pojawił się w Skrzydle I Psychiatrycznym gigantycznego Szpitala Połączonych Uniwersytetów Ziemskich. „Skrzydło” nie było zbyt trafną nazwą dla oddziału, który w metropolii będącej szpitalem zajmował całe śródmieście. Dagenham wjauntował się na czterdzieste trzecie piętro Oddziału Terapii i zajrzał do stojącego w separatce zbiornika, w którym pływał nieprzytomny Foyle. Zerknął na czuwającego przy zbiorniku brodatego, dystyngowanego gentelmana.
— Cześć, Fritz.
— Czołem, Saul.
— A to ci heca. Ordynator Oddziału Psychiatrii pilnuje dla mnie pacjenta.
— Uważam, że jesteśmy ci winni specjalne względy, Saul.
— Ciągle wspominasz Tycho Sands, Fritz? Ja już nie. Czy nie zapaskudzę twojego skrzydła promieniowaniem?
— Mam wszystko zaekranowane.
— Jesteś gotów do brudnej roboty?
— Chciałbym wiedzieć o co ci chodzi.
— O informacje.
— I żeby je uzyskać, musisz zmieniać mój Oddział Terapii w sale przesłuchań?
— To był dobry pomysł.
— Czemu nie zastosujesz zwykłych narkotyków?
— Już próbowałem. Nic z tego. To nie jest zwykły człowiek.
— Wiesz przecież, że to nielegalne.
— Wiem. Co, rozmyśliłeś się? Chcesz się wycofać? Za ćwierć miliona mogę mieć taki sam sprzęt.