Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Rozkaz, szefie — powiedziałem. — Wielcem rad, szefie. Proszę nie skąpić datków dla licznych wdów i sierot po mnie… Przypuśćmy, że wyjdę z basenu cało. Z rękami, z nogami. Co dalej?
— Dalej? — Leonid Andriejewicz zamyślił się. — Dalej, gołąbeczku, zupełnie bezszelestnie, zupełnie jak w tym chontyjskim lokalu, przenika pan do gabinetu gospodarza. Tam przy pulpicie powinien siedzieć człowiek. Z nim proszę postępować jeszcze delikatniej niż z ichtiomammalem…
— Na rany Chrystusa, Leonidzie Andriejewiczu! — żachnąłem się. — Nie boję się płynąć i utonąć. Ale co ja mogę zrobić ichtiomammalowi? On ma gardziel szerszą niż pochłaniacz energii. Połknie mnie jak ziarnko słonecznika… A ten człowiek to kto?
— Masz ci los — zdziwił się Leonid Andriejewicz. — Stary staruch wie, a młody oper się nie domyśla. Przecież u Korniej a Janowicza mieszkali dwaj aborygeni z Gigandy. Jeden się zbuntował, zażądał odesłania do domu, a drugi był mądrym chłopcem, wielce uczonym. Został w tym domu, żeby nauki pobierać. Zapamiętaj tylko, że ten chłopczyk może okazać się nie takim prostym chłopczykiem, lecz operem jak ty, tak więc nie rozluźniaj się.
— Czy to znaczy, że KOMKON 1 prowadzi swoją grę?
— Tam się dowiesz, kto prowadzi grę. Ale uważaj, żeby wszyscy zostali żywi. Sam mówiłeś, że zagrożenie dla ludzkości… No, maszeruj, gołąbeczku, a ja tu sobie polezę na trawce…
No i masz tego Leonida Andriejewicza, myślałem, zdejmując ubranie. Nie forsuj się, nie zamęcz zwierza, zadanie wykonaj. Z drugiej strony — nie za bardzo się zasiedziałem po gabinetach? Ale choćbyś był mistrzem, nie będziesz zręczniejszy od ichtiomammala… Co on, na śmierć mnie posyła? Nigdy w wodzie na nikogo nie polowałem, chociaż jakie tu, do czarta polowanie… Massaraksz, czy on zwariował?
Do budynku jakoś dotarłem. Trawa był wysoka. Pokrywa co prawda zaopatrzona została w kod, ale kod był standardowy. Jakiś czas sterczałem nad tą czarną wodą, czekając, aż strumień zmieni kierunek, i zanurkowałem. Poniosło mnie do przodu i musiałem jakoś przyhamowywać, żeby mnie nie wyrzuciło prosto na środek basenu. W końcu z przodu zamajaczyła jasna plama. Żadnego ichtiomammala nie widziałem, ale i widzieć nie mogłem, ponieważ włoski na tym zwierzu, o ile pamiętam, mają odpowiedni współczynnik załamania, co bardzo pomaga ichtiomammalowi w walce o przetrwanie.
Przy wylocie rury najeżyłem się jak bajkowy bohater, którego Baba Jaga wpychała do pieca. Teraz należało doczekać się zmiany kierunku strumienia, bo właśnie w tym momencie miałem szansę wyskoczyć. Massaraksz, przecież nie wiem, jaka jest odległość do krawędzi basenu! To ci Gorbowski, to ci dobroczyńca… Korniej też nie lepszy, nie wystarczyłby mu wypchany…
W końcu woda przestała na chwilę płynąć, w myślach wykonałem arkanaski gest odpędzający zło, odepchnąłem się z całej siły i popędziłem do góry. Natychmiast potężna siła ścisnęła moje żebra i powlokła, powlokła…
Ichtiomammal był przewidujący, skoczył za mną, ale zabrakło mu z pół metra; rozczarowany kłapnął zębami i zaczął rysować kółka w basenie. A ja wisiałem w powietrzu pochwycony manipulatorami trzymetrowego domowego robota. Manipulatory niespiesznie wciągały się, jednocześnie opuszczając mnie na podłogę.
— Szeregowy Dramba — niezbyt głośno przedstawił się robot. — Wykonuję polecenie człowieka Leonida, ratując człowieka Maksyma.
Och, Leonidzie Andriejewiczu, aleś mnie zrobił w jajo, pomyślałem. Wszystko obmyślone super — połączył się z robotem i odpowiednio mnie ustawił. Teraz pójdę wszystkich i łapać…
— Ciszej, szeregowy Dramba — przerwałem. — Kto z ludzi jest w domu?
— W domu jest żywy człowiek Dang jeden — odparł robot. -Serwomechanizmy w domu…
— Nie pytałem o serwomechanizmy — powiedziałem. — Gdzie jest człowiek Dang i co robi?
— Człowiek Dang siedzi przy pulpicie w gabinecie człowieka Kornieja — odparł robot. — Ma wszystkie dostępy…
— Posłuchaj — oświadczyłem. — Człowiek Dang jest chory i może sobie zaszkodzić. Trzeba wejść do gabinetu, chwycić człowieka Danga jak mnie przed chwilą podczas wyjmowania z basenu i przez chwilę potrzymać w powietrzu aż do zmiany polecenia.
Szeregowy Dramba poturlał się po korytarzu, a ja za nim, zostawiając mokre ślady. Zacząłem marznąć. Jakoś głupio aresztować człowieka na golasa. To znaczy — jeśli on jest goły, to bardzo nawet wygodnie, ale odwrotnie…
…Kiedy robot wturlał się do gabinetu, człowiek siedzący przy pulpicie nawet się nie odwrócił. Po ekranie płynęły różne znaczki, zazwyczaj dla mnie niezrozumiałe. Kiedy Dramba chwycił go i odwrócił do mnie, zobaczyłem, że człowiek jest młody, dość szczupły i posiada osobliwie nicujące spojrzenie.
Chciałem powiedzieć coś ładnego, książkowego, w stylu: „Trzeba umieć przegrywać, pułkowniku Schmultke!” Na Sarakszu w młodości lubiłem błysnąć czymś takim, ale teraz przede mną był jakiś inny wróg. Niebezpieczniejszy od całego wywiadu Imperium Wyspiarskiego, od załogi Białej Submariny. Niebezpieczniejszy niż Rudolf Sikorski, kiedy jeszcze znałem go pod ksywą Wędrowiec. Niebezpieczny z tego powodu, że potrafił postawić się całej planecie, o wiele silniejszej i potężniejszej niż jego…
— No i co? — Uśmiechnąłem się. — „Odejdź, kmieciu!”, nie? Zaraz poruszy palcami i zniknie. Ale nie zniknął, lecz powiedział spokojnie:
— Wirus aktywowany, panie Kammerer. Wasi specjaliści już od dawna nie stykali się z czymś podobnym. A zatrzymać wirus mogę tylko ja. Dlatego to ja będę dyktował warunki rozmów. Zgoda?
— Zaraz przyjdzie tu pewien człowiek — zacząłem.
— Już tu jestem — rzucił z kąta Leonid Andriejewicz. Huśtał się w hamaku. — Napaskudziłeś tu, gołąbeczku, aż nie wiadomo, od czego zacząć. Ledwie namówiłem Kornieja Janowicza, żeby udał się na Gigandę i pozwolił nam konkretnie pogadać.
— Szefie — powiedziałem po chontyjsku. — Pan wysłał Kornieja, wiedząc, co się tu…?
— Właśnie — odpowiedział również po chontyjsku. — Ale Korniej nie poleciał tam z pustymi rękami.
Zrozumiałem, z czym poleciał tam Korniej, i zrobiło mi się zimno.
Rozdział 10
W południe na plac przywieziono kuchnie polowe, ludzie porzucili oskardy i łopaty i ustawili się w długich kolekcjach, pobrzękując błyszczącymi metalowymi menażkami i kociołkami.
Pilnujący tłumu gwardzista w dziarsko załamanym berecie, stojący przedtem w rozkroku na wieży budki transformatorowej, też przycupnął. Automat trzymał pod ręką.
— Nie, panowie, wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego. Mniemałem, że zaczną się masowe egzekucje, potem będziemy szukali swego majątku…
— A ja uważam, że her… że Jego Ałajska Wysokość ma rację. Chcesz żreć, to bądź uprzejmy popracować.
— Ale dlaczego wszyscy? Dlaczego ja, członek honorowy kolegium adwokatów, powinienem machać kilofem i nosić te grudy?
— Coś panom powiem: herzoga podmieniono.
— Co to za bzdury? Jak pan na to wpadł? Niejednokrotnie byłem w pałacu na audiencjach i znakomicie pamiętam młodego Gigona.
— Może i pamiętasz. A mi szwagier opowiadał, że jego brat cioteczny służył w Bojowych Kotach. Herzoga Gigona otruli karhońscy agenci. Stary herzog, oczywiście cierpiał, ale bez następcy żyć nie można, szczególnie w takich czasach. Znaleźli więc w Bojowych Kotach chłopca podobnego jak dwie krople wody…