Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Imil nie wytrzymał jego wzroku i zmrużył oczy.
— Daj mu ręczniki — rozkazał władca. — I zabierz… potem porozmawiamy.
Dwie ponure godziny młodszy kuk czekał na to „potem”. Nogaj, póki co go nie ruszał, możliwe, że było mu żal chłopaka.
Pracy w kambuzie było, jak zwykle, pełno; jeszcze nie rozegrała się nawet pierwsza walka, jeszcze przeciwnik nie pokazał się w dali, a żreć wszystkim się chciało: palaczom, przesiąkniętym cuchnącym dymem, marynarzom, którzy jak pająki snuli się na strasznej wysokości w splątanych olinowaniach. A strzelcy i abordażnicy, próżniacy i ci, którzy klęli pod nosem, wszyscy oni całymi dniami drzemali na pokładzie, żeby obudzić się około obiadu i besztać Imila za ślamazarność.
Starał się odwrócić swoją uwagę od sypiących się zewsząd złośliwości postronnymi myślami, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Odstawił zatłuszczony kocioł, przecież i tak ponownie się zabrudzi i cichaczem wyszedł na pokład, gdzie świeciło słońce, wiał świeży wiatr, a w poprzek błękitnego nieba — niby czarny, puszysty ogon — ciągnął się dym z grubej rury.
Wzdłuż burty, czepiając się za naciągnięte liny, przedostał się na część dziobową. Tutaj wznosiła się druga rura, bez dymu. Jej szeroki kielich był obrócony do przodu i przypominał otwarte usta. Z jakiegoś powodu kielich ten wzbudzał w chłopcu niepokój, nawet lęk; huczał w nim wiatr i dawało się słyszeć głuche zawodzenie. Imil starał się podchodzić do tej rury w ostateczności.
Na deskach pokładu siedzieli żołnierze, grali w „kamyki” i nie zwracali na młodszego kuka żadnej uwagi. Stanął przy burcie, wystawił twarz na morską bryzę. Wiatr trzepotał w j ego kurtce, przesyconej zapachem topionego tłuszczu i dymu. Z przodu, i z prawej strony, i z lewej, rozpościerało się morze. Obok, prawie dziób w dziób, płynął flagowy „Skrzydlak”, najpiękniejszy statek całej eskadry. Zbite ciasno jak przyślepki w stadzie, podążały za nim inne statki, zdawało się, że morze pod nimi kipi. Sprzyjający, stały, mocny wiatr napełniał kolorowe żagle — zielono–czerwone z portu Fier, żółto–białe, błękitne, malinowe — z innych, nie wiadomo jakich, portów i dalej, i dalej, wszystkie kolory i odcienie. Zdawało się, że płyną nie na wojnę, a na święto. Imil głęboko westchnął. Dla prawdziwego mężczyzny jedynym świętem jest wojna, tak powiedział pewien strażnik, jeszcze w zamku, a on zapamiętał jego słowa.
Miał piętnaście lat. Niechby nawet był za wąski w ramionach i za chudy, jak na swoje lata, ale jest mężczyzną; gdyby tylko udało się namówić władcę, żeby dał mu miecz i pozwolił walczyć!
Chłopak uśmiechnął się gorzko do własnych myśli. Kto mu da miecz; statek nabity jest najznamienitszymi rycerzami i kusznikami, doświadczonymi wojownikami, którzy bywali na wielu wyprawach wojennych. Kim jest wobec nich Imil, który całe dzieciństwo pasł przyślepki, a wszystkie chłopięce lata przesiedział w zamkowej kuchni?
Popatrzył na „Skrzydlaka”, rozcinającego wodę ostrym dziobem. Za nim ciągnął się ogon dymu, a na dziobie także wznosiła się rura z czarnym kielichem, przypominającym otwarte usta.
Jakby statek wciąż potrzebował żeru. Imil wzdrygnął się i roześmiał — nie jemu karmić flagowy żaglowiec. Jemu rozlewać zupę i roznosić kaszę, kroić chleb i tłuc ziarno dla nienasyconych marynarzy, a „Skrzydlak” weźmie swoje w boju…
Nagle poczuł się zmęczony. Usiadł na skraju zwiniętej liny, szorstkiej, z grudkami soli między włóknami. Zamknął oczy; ukazały mu się pieczary rodzinnej osady. Nie wspominał ich już kilka lat.
W jaskiniach odbijało się echo. Płochliwe przyślepki uciekały od gromkich dźwięków i dlatego Imil, razem z innymi pastuszkami, wybierał się głęboko pod górę, daleko od żującego, ślepego stada. I tam, w plątaninie podziemnych tuneli grali w echo. Najpierw po prostu krzyczeli, na różne głosy, wyli i kląskali, potem śpiewali piosenki. Sprytnie kombinując, można było spowodować, by własny głos wtórował wypowiadanym słowom. Należało znaleźć tylko właściwe „ucho” w tunelu; starsi młodzieńcy zmuszali echo do nieprzyzwoitych przekleństw, dziewczynki — tych było mało pośród pastuszków — śmiały się… Nikt nie bał się ani ciemności, ani plątaniny podziemnych przejść, tak samo swobodnie czuli się głęboko pod skałą, jak Nogaj we własnym kambuzie…
Nogaj?!
Imil otworzył oczy. Starszy kuk górował nad nim, opierając ręce na biodrach.
— Idź!
— Słucham?
— Idź szczeniaku… Jednak chronią cię twoi dobrzy bogowie.
„Puzan” zwolnił, połowę żagli opuszczono też na „Skrzydlaku”. Szalupa wisiała nad samą wodą. Marynarze czekali przy kołowrocie wciągarki. Władca stał przy burcie, spoglądając na płynący paralelnym kursem statek pod czarnymi żaglami.
— Imil, dlaczego nie zostałeś w zamku?
— „Dla prawdziwego mężczyzny jedynym świętem jest wojna” — wymamrotał chłopiec, nie zdążywszy nawet pomyśleć.
— Co, proszę? — Władca zbliżył swoją straszną, bladą twarz z bardzo czarnymi oczami do tak samo bladej twarzy podrostka. — Co ty wiesz o wojnie?
Chłopak przełknął ślinę:
— Czy naruszyłem rozkaz? Czy władca rozkazał mi zostać w zamku?
Zmusił się, żeby nie odwrócić oczu, wytrzymać baczne spojrzenie władcy. Zdawało się, że minęły długie minuty, a nawet godziny.
— Dobrze — przemówił władca, przyglądając się synowi, jakby go widział pierwszy raz. — W takim razie słuchaj mojego rozkazu. Kiedy się zacznie… twoje miejsce jest w kambuzie. W kambuzie, Imilu. Jeśli zauważę cię w czasie walki na pokładzie… Nigdy więcej nie zobaczysz morza i nigdy nawet nie dotkniesz broni. Obiecaj.
I, nie oglądając się, ześliznął się po linowym trapie; szalupa osiadła na wodzie, prawie od razu wzbiły się wiosła iw ciągu kilku minut maleńka łódeczka poleciała po falach, pośpiesznie niczym ptak krzyczałka, a mimo to powolna w porównaniu do majestatycznej szybkości wielkich okrętów. Szalupka zrównała się z rufą „Skrzydlaka”, z pokładu zrzucono koniec sznurowej drabinki. Próżnujący żołnierze gapili się, stłoczeni na burcie. Starszy kuk Nogaj wziął Imila za kołnierz, mocno, ale bez złości i zaczął prowadzić do kambuza, kiedy z masztu doszedł nagle histeryczny krzyk wypatrującego:
— Żagle! Żagle na horyzoncie!
Flota Mirtie płynęła pod złotymi żaglami. Wznosiły się one na horyzoncie jak słoneczny miraż. Razwijar zmrużył oczy; setka okrętów płynęła jednym szeregiem, przy czym po stronie Złotych nie było maga, kierującego wiatrem. Dwa prądy powietrzne — ten, który niósł flotę Mirtie i ten, który, zgodnie z wolą Jaski, napełniał czarne żagle „Skrzydlaka” — spotykały się nad morzem między dwoma flotami i splatały się w powolnym wirze.
— Pięknie — powiedział Łuks.
Jaska podeszła do przodu. Jej nozdrza rozdymały się w ślad za żaglami.
— Dalekonośny. Przy takim wietrze szybko wejdziemy w strefę obstrzału.
— Zatrzymaj wiatr — powiedział spokojnie Razwijar.
Źle zaczął tę wyprawę. Męczyły go koszmary, w których trzeszczała mu nad głową latarnia morska przed portem Mirtie. W pierwotnych planach odnajdywały się coraz to nowe luki, które znajdowała przede wszystkim Jaska. Niczego mu nie wybaczyła i niczego nie zapomniała. Los syna wzburzył ją, ale o wiele bardziej — lekceważenie jej woli, woli potężnego maga. Przepaść pomiędzy jej wewnętrzną siłą, a niezłomną wolą Razwijara stawała się głębsza z każdym dniem, grożąc przekształceniem się w bezdenną przepaść. Spodziewał się po niej wybuchu, możliwe, że nawet zdrady. Może nawet niespodziewanego ciosu w plecy. I kto wie, może by się doczekał, gdyby na horyzoncie nie pojawiły się, płonąc w słońcu, złote żagle.