Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Nastąpiła krótka przerwa. Razwijar zerknął na „Puzana”. Okręt kipiał jak kocioł, pokład zalewały coraz to nowe fale atakujących i nawet na rejach toczył się bój.
— Szalupę!
Niebo zasnuło się czarnym dymem. Kolory przygasły. Krew na pokładzie zdawała się szara.
— Ależ, władco, oni mogą w każdej chwili…
— Szalupę! Łuks, osłaniaj!
Rzucił się do łodzi, zabierając ze sobą pół dziesiątki żołnierzy. Kołowrót drgnął w czyichś rękach, szalupa upadła na wodę, omal się nie przewracając. Razwijar rzucił się do wioseł i zobaczył, jak w dzieciństwie, wolno przepływającą obok burtę „Skrzydlaka”.
Płynęli w kierunku „Puzana”, z prawej i lewej strony wpadały do wody strzały. Oba czarne statki zwalniały, bardzo wolno zbliżała się rufa docelowego okrętu. Na pokładzie toczyła się walka. Sznurowy trap zwisał z burty i dotykał wody. Razwijar zabił Złotego zanim ten zdążył przeciąć liny.
— Do mnie! — miecze w jego rękach już dawno nie błyszczały, pokryte krwią i spalenizną.
— Do mnie!
Załoga „Puzana”, widząc wsparcie, nabrała nowych sił. Władca z dwoma klingami przeszedł od rufy do dzioba, zostawiając za sobą nieruchome złote ciała. Niewidoczne za dymem słońce zachodziło, a może stało w zenicie następnego dnia; Razwijar rozejrzał się i zobaczył, że żywych wrogów w pobliżu nie ma.
Flota Złotych spłonęła w połowie. Kołysały się na falach spalone wraki statków, które z jakiegoś powodu jeszcze nie poszły na dno.
Morze poczerniało od sadzy. Gdzieniegdzie na oleistej warstewce pokrywającej wodę kołysały się fragmenty takielunku, szalupy z żywymi i martwymi ludźmi, a dalej płonęły pochodniami nowe statki. Tam w oddali toczyła się walka. A z góry, nad tym wszystkim, w chmurach dymu, krążyły trzy białe ptaki — trzy skrzydlaki; Imperator otrzyma dzisiaj szczegółowe sprawozdanie…
— Imil — schrypniętym głosem zawołał Razwijar.
Nikt mu nie odpowiedział. Palacze „Puzana” zamknięci w ładowni, wykonywali swoją pracę sumiennie. Zobaczył, jak nowa kula ognia wyrwała się z rozpalonej do czerwoności rury. Na statek powoli wracał porządek. Po pokładzie snuli się ocaleni i ranni, ktoś śmiał się dziko:
— Władco! Czy już zwyciężyliśmy?!
Nie odpowiedział. Zszedł do kambuza, tutaj było pusto i czysto.
— Imil!
Znowu wbiegł na górę. Podszedł kapitan „Puzana”. Milcząco zasalutował. Władca ścisnął jego ramię:
— Gdzie chłopak?
Kapitan zamrugał oczami:
— Gorąca była robota…
Razwijar poszedł wzdłuż burty, zaglądając w twarze ocalonych i nagle zobaczył na pokładzie, pośród leżących, znajomą, chudą postać.
— Imil!
Blade lico chłopaka było pomazane czerwienią. Jak niedawno, kiedy wylał sos. W ręce ściskał kuchenny nóż. Razwijar wziął go za ramiona. Jego syn otworzył oczy.
— Powiedz coś do mnie! — krzyknął nie pomny na innych. — Mów!
Ten urwanie westchnął. Przez jego ciało przeszedł dreszcz.
Razwijar chwycił go na ręce. Nie wiedząc, co robi i po co, ślepo miotał się po pokładzie; wpadł do kajuty kapitana, położył chłopca na czystym białym stole i dopiero wtedy Imil wypuścił swój nóż, a ten wbił się ostrzem w podłogę.
Opatrzył rany chłopaka. Było za późno. Zatoczył się i wsparł o ścianę, żeby nie upaść.
Nieśmiało uśmiechnęła się Dżal w żółtej sukience, stary człowiek uniósł nad głową tęczowy akt, mając nadzieję ocalić swoją osadę na Kamiennej Strzałce przed okrutną karą…
Imil lekko zadrżał. Zaczęła się agonia. Nie zdając sobie sprawy, a po prostu chcąc przerwać jego cierpienie, Razwijar wyciągnął nad nim rękę i powiedział na głos:
— Miedziany Królu…
Kiedy zaczął zaklęcie, nie mógł się już zatrzymać.
— Miedziany Królu. Weź, co jest mi drogie! Daj, czego potrzebuję!
I tak się stało.
Koło południa następnego dnia podadmirał Galagar stracił całą swoją flotę, poza jednym jedynym okrętem.
Potwór, kierujący wrogą eskadrą, wykazał się w tej bitwie arcymistrzostwem perfidii i przenikliwości. Kiedy wyczerpał się wreszcie ogień w trzech czarnych statkach, zaczęły się manewry tak bardzo skomplikowane i dokładnie przemyślane, że Galagar rwał sobie złociste włosy z głowy. Przeciwnik miał w zapasie okręty–tarany i okręty–przynęty, flota Złotych była ostrzeliwana i zasypywana kamieniami z katapult. Po dobie walk burta w burtę, które ciągnęły się z krótkimi przerwami, czarne statki znowu ożyły i znowu wyrzuciły z siebie ogień, ale tym razem potwory z płomieni nie rzuciły się na zdobycz od razu, tylko zastygły przed twarzami ocalałych, omamiały grą ognia, pozbawiając woli nawet Złotych, niepodwładnych strachowi.
Podadmirał Galagar rozejrzał się i zobaczył, że jego okręt, z połamanymi masztami i oberwanymi żaglami, jest jeszcze cały.
Skrzyżował ręce na piersiach.
Wszystko, co mógł zrobić dla Mirtie, zostało zrobione. Myśl o mieście, pozostawionym bez ochrony, zmusiłaby każdego człowieka do tego, żeby rzucić się w fale głową w dół z kapitańskiego mostka. Ale Galagar był Złotym i był podadmirałem. Stał, podtrzymując wątły spokój w swoich ocalałych żołnierzach. Na pokładzie swojego statku był gotów umrzeć nawet zaraz, teraz.
— Szalupa — powiedział ktoś schrypniętym głosem za jego plecami.
Z burty czarnego flagowego okrętu opuszczono szalupę. Nie wierząc własnym oczom Galagar patrzył, jak łódka zbliża się i, jak słońce, które wreszcie wyjrzało zza dymu, łowi krople na jej wiosłach, a te rozbłyskują białymi iskrami…
Myśl o Mirtie, szybującym pod słońcem mieście, zdławiła podadmirałowi gardło.
— Przyjmijcie ją — powiedział ledwie słyszalnie i powtórzył, panując już nad głosem. — Przyjąć ją!
TEN wszedł na pokład jako pierwszy. Podadmirał, człowiek o żelaznej wytrzymałości, spojrzał na wchodzącego i zadrżał — pojawił się potwór. Spoglądając w czarne, głęboko zapadnięte oczy, Galagar pojął, kto był twórcą pomysłu z ognistymi stworzeniami i kto kierował zaskakującymi manewrami floty na otwartym morzu i kto wymyślał zasadzki, których rozszyfrować nie było w ludzkiej mocy. I już nie wydawało się dziwne, że ten Heks pojawił się na pokładzie u podadmirała osobiście, prawie bez ochrony. Biła od niego władza, jak światło bije od lampy, a chłód od lodu.
Galagar oczekiwał go, stojąc na kapitańskim mostku, ze skrzyżowanymi rękoma. Cieszył się, że dumna postawa pozwala ukryć mu drżenie całego ciała.
— Poniosłem straty w tej walce — spokojnym głosem powiedział zdobywca. — Jestem zmartwiony.
Podadmirał milczał. Wiedział, że nie zasłużył na szyderstwa przed śmiercią, ale Heksi mają inne prawa.
— Teraz chcę odwiedzić Mirtie — półkrwiak odwrócił głowę i popatrzył na ogniste kule, cały czas wiszące nad wodą.
Galagar przywołał wszystkie swoje siły, całe swoje męstwo, żeby zmilczeć i tym razem.
Zdawało się, że Heks widzi go na wskroś. Podadmirał stał przed nim nagi, z obnażoną nienawiścią do najeźdźcy, z całym swoim bólem.
— Nie chcę krzywdy Mirtie — miękko powiedział Razwijar. — Kocham to miasto. Chcę, żeby grała muzyka, kiedy wstąpię na wybrzeże.
— Nie — wyrwało się Galagarowi.
— Niech grają skrzypkowie. Całe życie marzyłem, żeby ich usłyszeć. Chcę przejść po mostach, po turkusowych, po różowych. Chcę wejść na białą iglicę. I wreszcie zobaczyć plac przed Pałacem Dostojnych — nagle uśmiechnął się, a jego uśmiech był straszniejszy od płonącej floty. — Chcę, żeby mieszczanie mnie powitali. Nie będzie im lekko. Wiem. Ale przecież wszyscy mają dzieci.