Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
— Dlaczego to rozstrzygnęło się dopiero dzisiaj? — cicho zapytał Łuks.
Jaska odwróciła się od niego, zagryzając wargi. Stanęła na palcach i zbliżyła swoje oczy do głęboko osadzonych oczu Razwijara:
— Nie dopuszczę do tego! On jest moim dzieckiem. Nie dopuszczę!
Władca milczał. Jaska wpatrywała się w jego twarz, beznamiętną, bladą i coraz bardziej sama bladła. Razwijar milczał; kobieta mogłaby skierować swój ból i wściekłość do kamiennej ściany — ściana wykazałaby więcej współczucia.
Kiedy w jej twarzy nie pozostało już ani kropli krwi, Razwijar odezwał się spokojnie i cicho:
— Chcę, żeby wszystko, co jest mi drogie i każdy, kto jest mi drogi, był obok. Ten, w czyich rękach jest Dar, ma nade mną władzę. Chcę, żeby on był obok mnie.
Jaska milczała. Czarna suknia drgała na jej piersiach, jakby w miejscu serca znajdował się maleńki kowalski młot.
— Ani jeden włos nie spadnie z głowy twojego syna — tak samo cicho dodał Razwijar.
Odwrócił się i wyszedł. Chwilę później zadudniły barabany, zawył, ochrypły do tego czasu tłum i pochód — uroczysty wyjazd z zamku rozpoczął się.
Morze w porcie Fier groziło wystąpieniem na brzeg, bowiem nigdy jeszcze nie pojawiło się tutaj równocześnie tyle statków. Kolorowe i białe żagle, bandery, dymy, dudnienie barabanów i gwizd morskich muszli, których Niemy Naród używa zamiast trąb. Mieszkańcy Fier częściowo rozbiegli sic po przedmieściach, częściowo ciągnęli do portu, tłocząc się na wąskich uliczkach i molo. Tłum był tak gęsty, że barierki, odgradzające od wody, groziły zawaleniem. Trudno się dziwić takiemu zbiegowisku; podobne wydarzenie zdarza się raz w życiu, a i to nie w każdym pokoleniu.
Do przybycia władcy centralna ulica opustoszała. Przeleciał po niej, rozpędzając gapiów, oddział strażników złożony z samych chimajrydów. Władca dojechał do portu nie, jak zwykle, wierzchem, ale w powozie, zaprzężonym w młodego rogacza. Obok niego stała kobieta mag, na jej palcu błyszczał turkusowy pierścień i ten i ów w tłumie, na dachach, zdrowo się przestraszył, napotkawszy jej spojrzenie.
W południe władca wstąpił na pokład okrętu, noszącego dumne miano: „Skrzydlak”. Statek nie był nowy, ale gruntownie przebudowany w stoczniach władcy. Korpus głęboko zanurzał się w wodzie. Obok masztu sterczała gruba rura, z której nieustannie walił dym. Żagle „Skrzydlaka” były teraz czarne, żeby nie zostawały na nich plamy sadzy — domyślano się w tłumie.
Do następnego ranka Fier opustoszało. Na wyludnionych ulicach walały się śmieci, bujały się na falach drobne rybackie łodzie; tylko naczelnik miasta, który w skrytce chował silną lunetę, potwierdził, że widać żagle na horyzoncie.
Imil kręcił korbką maszynki do mielenia mięsa, dodawał do farszu rozmoczony chleb, jaja człapaczy i pieprz, zdolny wydobyć ich specyficzny smak. Z trzech młodszych kucharzy, wziętych na pokład „Puzana”, morska choroba oszczędziła jego jednego — dwóch towarzyszy spędzało czas przy burcie, z zielonymi twarzami. Byli bez sił, niezdolni do pracy, dlatego Imil musiał pracować za trzech, a „Puzan” był ogromnym żaglowym statkiem, na którym znajdowały się trzy setki głodnych gęb. Nawet większa huśtawka nie pozbawiała żołnierzy apetytu, widzieli już wiele i byli gotowi na wszystko, jeśli tylko dobrze karmiono.
Dwa razy dziennie rozlewał do misek zupę, w której pływały kulki mielonego mięsa, podobne do gotowanych oczu. Kroił chleb do krwawych odcisków między dużym i wskazującym palcem.
Wieczorami nalewali mu domowego piwa i pił razem ze wszystkimi. Upijał się z nieprzyzwyczajenia i, chciwie nadstawiając uszu, słuchał rozmów.
Eskadra szła na Mirtie. Po raz pierwszy od pamiętnego ataku Heksów, ktoś zdecydował się rzucić wyzwanie Złotemu Miastu. Tam dzień i noc grają struny, w cichej wodzie odbijają się turkusowe, srebrzyste, brzoskwiniowe łuki i śnieżnobiałe mosty, i rzeźbione mury, i ażurowe baszty. Tam żyją Złoci, którzy słyną swoim mistrzostwem we władaniu dalekosiężnymi lukami i tym, że są nieustraszeni w walce. Ale nas prowadzi władca świata, a w ładowniach naszych okrętów jest sekretna broń; Złoci poddadzą się albo umrą.
Tak rozmawiali ci ludzie i marzyli o drogocennych ozdobach, którymi obwieszone są kobiety w Mirtie, i o samych kobietach, dumnych pięknościach, które będzie można zdobyć już na placu, znamienitym placu Mirtie przed Pałacem Dostojnych. Imil, młodszy kucharz, wyprowadzony do roli młodszego kuka, zasypiał pośród tych rozmów, płytkim, niespokojnym snem. Śniły mu się kolorowe mosty, których nigdy nie widział i kobiety o złotej skórze i złotych włosach do kolan.
Dziesiątego dnia zdarzyła się rzecz niespodziewana, wzbudzając popłoch — podpłynęła szalupka z flagowego „Skrzydlaka”. Imil gotował kaszę w ogromnym kotle, dwóch jego towarzyszy pełzało po kambuzie jak dwie zdychające przyślepki, a kuk okrętowy, Nogaj, w trybie pilnym przygotowywał „przekąskę dla władcy”.
— Przynoście! — krzyknięto z góry. Kuk zakrzątnął się, starając się chwycić jednocześnie półmisek, zbiorniczek, dwie butelki i sosjerkę, omal nie rozlał sosu, rozejrzał się:
— Weź tacę, bydlaku leniwy!
W ogólności Nogaj starał się nie rugać młodszego kuka bez przyczyny, ale w chwili duszącego napięcia wyładowywał się i zapominał, że chłopak jest dziwnie podobny do władcy.
Imil postawił na tacy wszystko, czego nie mógł unieść Nogaj i pośpieszył za nim na górę po trapie. Pokład kołysał się, „Puzan” ciężko przewalał się z boku na bok, ogromny niczym całe miasto. Starając się utrzymać tacę w równowadze, chłopak, w ślad za kukiem wszedł do kapitańskiej kajuty.
Za stołem, nakrytym białym obrusem, siedział władca razem z kapitanem „Puzana”, imienia którego Imil do tej pory nie poznał. Na obrusie leżały papierowe zwoje, jakieś rysunki i plany, a władca mówił, wiodąc wzdłuż linii końcówką ołówka.
Nogaj bezgłośnie wystawił ze ściennej szafki delikatną, drogą zastawę i gestem nakazał Imilowi nakryć stół. Ten zawahał się, nie wiedząc, czy postawić sosjerkę z prawej, czy z lewej strony butelek, w tym momencie statkiem silnie zakołysało i chłopak przewrócił się na bok, w przerażeniu czując, jak traci grunt pod nogami i runął, zabryzgując czerwonym sosem kurtkę, ścianę i twarz.
Nogaj zasyczał przez zaciśnięte zęby. Jego wzrok obiecywał sto batów; Imil podniósł się i omal znowu nie upadł. Krople sosu ściekały po jego policzkach, po włosach, po podbródku.
Kapitan nabzdyczył się. Władca po raz pierwszy oderwał się od papierów. Jego wzrok, obojętny i pusty, napotkał Imila i nastąpiła w nim gwałtowna zmiana.
— Co ty tutaj robisz?
Chłopak cofnął się. Trzeba było odpowiedzieć jak należy, że służy na „Puzanie” jako młodszy kuk, ale chłopiec, jak w koszmarnym śnie, nie mógł wydusić z siebie ani słowa.
Władca wstał. Przeciął kajutę, jakby nie czuł kołysania, podszedł blisko do Imila i wziął go za upaćkany sosem podbródek:
— Dlaczego nie jesteś w zamku? Dlaczego jesteś tutaj?
— Jestem młodszym kukiem…
Władca odwrócił się do Nogaja:
— Kto pozwolił mu jechać na wyprawę?
Kuk zmieszał się:
— Ja nie… sam się napraszał, panie, my po prostu rozpuściliśmy wieść po kuchni… Kto chce… Ludzi sporo potrzeba, a on jest rozgarnięty… Nawet jeśli czasem ręce ma dziurawe…
— Sam się prosiłeś? Zachciało ci się jechać na wyprawę!?