Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 156
Перейти на страницу:

Kościej trącił ją lekko w bok i pochyliła się pospiesznie – kapłan rozdzielał właśnie ostatnie błogosławieństwa. Nabożeństwo dobiegło końca. Zaraz mieli wyjść przed świątynię i rozdzielać jałmużnę wśród żebraków, którzy zgromadzili się tłumnie przed wierzejami.

Ojciec podniósł się w ławce, ozdobionej kunsztownymi płaskorzeźbami i wyściełanej czerwonym aksamitem. Chciał przeczekać ciżbę, pomniejsi rzemieślnicy bowiem i pospólstwo przepychali się do wyjścia. Inni rajcy również nie spieszyli się przesadnie. Podchodzili do Kościeja, zamieniali z nim po kilka słów, usiłując wybadać, co też burmistrz zamierza powiedzieć podczas wieczornej narady.

Złociszka trzymała się z tyłu. Stała ze skromnie spuszczonymi oczami, usiłując przybrać na twarz wyraz rozsądnej kupieckiej córki, która wyśmienicie pojmuje powagę chwili. Jednak jej myśli błądziły daleko. Miała tuż za murem sześć tuzinów ludzi, najemników dobrze wyszkolonych w obchodzeniu się z kuszą i innymi alchemicznymi dziwactwami. Kosztowali ją słono i przez ostatnie tygodnie musiała zastawić większość matczynych klejnotów. Zwykle chętnie patrzyła, jak ćwiczą walkę z ciężkich wiergowskich wozów. Dzisiaj jednak była ciekawa wieści z ratusza, więc jak przykładna córka zamierzała czekać w domu na ojca.

– Co teraz będzie, tatku? – spytała cicho, kiedy pozostawiono ich wreszcie samych.

– Wyjdziemy na dziedziniec. – Kościej uśmiechnął się. Droczył się z nią jak zwykle. – Zjemy na obiad prosię w buraczkach. Potem szybciutko na ratusz pociągnę, żeby panowie rajcy zbyt długo nie czekali.

Dziewczyna niecierpliwie potrząsnęła głową.

– Co zamierzasz?

– Opowiem ci wieczorem, kiedy z rady wrócę. – Burmistrz ujął jej dłoń i położył ją na swoim przedramieniu, ostrożnie prowadząc córkę ku wyjściu. – Wtedy wszystko się zacznie.

Pomylił się jednak. Zaczęło się znacznie wcześniej.

Złociszka usiłowała sobie później przypomnieć, jak to się naprawdę wydarzyło. Mozolnie, obraz po obrazie odtwarzała w pamięci, jak idzie wraz z ojcem główną nawą świątyni. Drobiny kurzu tańczą w smugach światła, wpadającego poprzez wysokie, wąskie okna. Powoli stawia kroki. Jej świąteczna brokatowa suknia jest naszywana perłami i tak ciężka, że Złociszka musi się mocno wspierać na ramieniu ojca. Rajcy, cechowi majstrzy i zwyczajne pospólstwo rozstępują się przed nimi z szacunkiem. Wszędzie wokół widać głowy, uniżenie pochylone w ukłonie, i rumiane uśmiechnięte twarze.

Kiedy stanęła na progu, ostre słońce uderzyło ją prosto w oczy. Oślepiona przez moment, zgodnie z tradycją pokłoniła się nisko zgromadzonym na placu przed świątynią. Żebracy i pospólstwo wykrzykiwali imię Kościeja i błogosławili go donośnie. Lecz dziewczyna bardzo dobrze wiedziała, że ich zapał podsyca nadzieja na hojną jałmużnę, którą mieszczanie mieli zwyczaj rozdzielać po zakończonym nabożeństwie ku czci świątobliwej księżniczki.

Rozwiązała sakiewkę, pełną dukatów z jej profilem – ojciec kazał je wybić specjalnie na święto z najlepszego kruszcu, bo przecież była jego Złotkiem, jego jedyną córką – i nabrała pełne garście złota. Nie było żadnego ostrzeżenia. Nie usłyszała szczęku zwalnianej cięciwy ani świstu strzały, a radosny ryk tłumu nie osłabł ani na moment. Tylko ramię ojca wysunęło się nagle spod jej dłoni. Zachwiała się, wciąż porażona słonecznym blaskiem i niezdarna w paradnej sukni. Kościej wymówił jej imię w jakiś mozolny i chrapliwy sposób, a potem upadł na schody.

Dopiero wtedy odzyskała wzrok. Zobaczyła, jak na czarnym kubraku ojca, tuż obok ciężkiego łańcucha, który był oznaką godności burmistrza, powoli rozkwita ciemna plama krwi. Zobaczyła też jego ręce, zaciśnięte na grubym suknie, i ciężki, toporny bełt, który wystawał spomiędzy palców.

Złoto wypadło jej z dłoni i połyskliwą kaskadą rozsypało się po schodach, potoczyło w dół pomiędzy tłuszczę.

Rozpoznała ten szyp w mgnieniu oka. I świetnie znała broń, z której go wystrzelono.

Przypadła do ojca, wciąż nie pojmując, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Pochyliła się nad nim, z całej siły ściskając jego zakrwawione palce i wykrzykując coś bez sensu. Bełt w piersi ojca falował, unosił się i opadał, a pierzysko drżało, jakby poruszane niewyczuwalnym wichrem. Nie wiedziała, co zrobić. Podniosła głowę, szukając wzrokiem przyjaciół ojca, którzy w niedzielne wieczory siadywali w ich ogrodzie i radzili z Kościejem we wspaniałej gościnnej sieni.

I wtedy wokół uczyniło się zupełnie pusto. Znikli gdzieś rajcy w ciemnych aksamitnych kaftanach, mistrzowie cechowi zapadli się bez śladu wśród gapiów, którzy wpatrywali się z obojętną ciekawością na konanie Kościeja, burmistrza Książęcych Wiergów. Nie było w ogóle nikogo. W przenikliwej ciszy klęczała obok umierającego ojca na marmurowych stopniach. Obcy tłum obserwował ją zachłannie, nie chcąc uronić ani krztyny z osobliwego widowiska.

Kulawy, jasnowłosy młodzik w połatanym żółtym kaftanie wyprysnął spośród gawiedzi. Złociszka na zawsze miała zapamiętać jego twarz, zapadnięte ogorzałe policzki i nos złamany zapewne w bitce. Kulejąc, przebiegł kilka stopni i pochwycił mały złoty pieniążek, na którego awersie wybito czysty profil Złociszki. Moneta wypadła mu z palców i z brzękiem potoczyła się w dół po schodach. Wówczas wszystko ożyło.

Tłuszcza rzuciła się ku górze, rycząc wściekle. Złociszka obronnym gestem przygarnęła do siebie głowę ojca, niezdolna uciec, niezdolna nawet się poruszyć. Bo przecież nie mogła zostawić go samego. W ciężkiej sukni i tak nie zdołałaby uczynić tych czterech kroków, które dzieliły ją od progu kąciny, gdzie rozciągała się poświęcona ziemia i gdzie chroniłoby ją prawo azylu. Po prostu patrzyła, jak zgraja oberwańców walczy o złote monety, przepycha się i tratuje. Na dłoniach zasychała jej krew.

Nie zapamiętała, kto pierwszy rzucił w nią jabłkiem. A może była to zwiędła nać albo zgniłe jajo? – nie umiała sobie przypomnieć. Ale naraz ze wszystkich stron posypały się ku niej śmieci, kamyki, spleśniałe owoce. Ktoś krzyknął:

– Zabić dziwkę!

Ktoś inny dodał:

– Obedrzeć ją z tych pozłocistych szatek!

Nigdy, nawet pół wieku później, kiedy była księżną – wdową i z wysokiej wieży własnego pałacu spoglądała na najpiękniejsze miasto Krain Wewnętrznego Morza, Złociszka nie zapomniała tej chwili, kiedy miała szesnaście lat i zupełnie sama klęczała na zimnych stopniach przed świątynią, z głową konającego ojca na kolanach, a tłum rzucał w nią odpadkami i, wrzeszcząc, domagał się jej śmierci.

* * *

Ostatecznie to Cherchel przebił się do Złociszki z dwoma tuzinami wozaków, którzy zleźli się pod świątynię, by popatrzeć na dziwaczną, heretycką uroczystość. Kiedy Kościej upadł, ugodzony bełtem z kuszy, mały minstrel po prostu rzucił się naprzód. Nie rozumiał dokładnie, dlaczego. Dobył korda, który miał ukryty pod kapotą, choć wiergowskie prawa wyraźnie zabraniały wnoszenia broni na plac przed świątynią, i bez namysłu wraził go po rękojeść w plecy obszarpańca, zagradzającego mu drogę na schody. Dziadyga upadł ze stłumionym charkotem. Cherchel zaś wyrwał ostrze i potężnym uderzeniem łokcia odepchnął w bok zażywną babinę w kraciastej chuście, zamotanej na ramionach. Wekiera wysunął się przed kamrata, gołą pięścią ogłuszył jednookiego żebraka i potężnymi ramionami zaczął rozgarniać ludzi jak łan zboża.

1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)