KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Pojechaliśmy szeroką szosą na wzniesienie, nazywane Worobjowymi Górami, żeby popatrzeć na Moskwę, ale mało co mogliśmy zobaczyć z powodu szarej zasłony deszczu: szeroki półokrąg doliny, nad którą, jak opar, wisiały niskie obłoki - zupełnie waza z parującym bulionem.
Kiedy wracaliśmy, po raz pierwszy tego dnia niebo trochę się przejaśniło. Zwolniliśmy więc karetę przy rogatce Kałuskiej, a sami poszliśmy na piechotę przez park do domu.
Ich wysokości szły na przedzie - Ksenia Gieorgijewna prowadziła Michała Gieorgijewicza za rękę, żeby nie uciekł ze ścieżki w mokre krzewy - a my z mademoiselle trzymaliśmy się trochę z tyłu.
Już od trzech miesięcy jego wysokość nie wyczyniał maleńkich nieprzyjemności. Właśnie skończył cztery lata, a to wiek, w którym Gieorgijewiczów przekazują z rąk angielskich nannies pod opiekę francuskich guwernantek, przestają ubierać w dziewczęce sukienki i zamiast pantalonów wkładają spodenki. Zmiana odzieży przypadła do gustu jego wysokości, a i z Francuzką szybko się porozumieli. Przyznaję, z początku uważałem maniery mademoiselle Declique za zbyt swobodne - na przykład nagrody w formie pocałunków i kary w formie klapsów albo hałas w dziecięcym - jednak po pewnym czasie zrozumiałem, że to konkretna metoda pedagogiczna. W każdym razie jego wysokość już po miesiącu zaczął mówić po francusku, polubił piosenki w tym języku i w ogóle stał się znacznie weselszy i mniej skrępowany.
Jakiś czas temu zauważyłem, że zaglądam do dziecięcego znacznie częściej niż uprzednio - wydaje się także, że częściej, niż potrzeba. To odkrycie zmusiło mnie do poważnych rozważań, a ponieważ moją niezłomną zasadą była zawsze i we wszystkim szczerość, szybko odkryłem przyczynę: okazało się, że towarzystwo mademoiselle Declique sprawia mi przyjemność.
Jednakże do wszystkiego, co daje zadowolenie, zwykłem się odnosić z wyjątkową ostrożnością, bo przyjemności idą ręka w rękę z dekoncentracją, a stąd tylko krok do nieuwagi i poważnych, nawet nieodwracalnych niedociągnięć w pracy. Dlatego na jakiś czas zupełnie przestałem się pokazywać w dziecięcym (oczywiście oprócz przypadków, kiedy wymagały tego moje obowiązki służbowe) i zacząłem odnosić się do mademoiselle Declique bardzo oschle. Ale trwało to niedługo. Sama podeszła do mnie i z pełnym szacunkiem poprosiła o pomoc w nauce języka rosyjskiego - nic specjalnego, po prostu od czasu do czasu mam z nią porozmawiać na różne tematy po rosyjsku, poprawiając większe błędy. Jeszcze raz powtarzam: prośba została wyrażona tak grzecznie, że odmowa wyglądałaby na bezzasadny nietakt.
Tak zrodziła się tradycja naszych codziennych pogawędek - na zupełnie neutralne i, rzecz jasna, przyzwoite tematy. Mademoiselle uczyła się zadziwiająco szybko i znała już bardzo dużo rosyjskich słów. Co prawda mówiła niezbyt gramatycznie, ale miało to pewien powab, któremu nie zawsze potrafiłem się oprzeć.
Tak i teraz, idąc alejką parku Nieskucznego, rozmawialiśmy po rosyjsku. Tylko tym razem nasza rozmowa okazała się krótka i przepełniona złośliwością. Sprawa dotyczyła tego, że mademoiselle spóźniła się przy wyjściu na spacer i musieliśmy czekać na nią w karecie całe trzydzieści sekund (mierzyłem czas na swoim szwajcarskim chronometrze). W obecności ich wysokości się powstrzymałem, ale teraz, w cztery oczy, uznałem za konieczne uczynić niewielką wymówkę. Było to dla mnie wyjątkowo nieprzyjemne, ale taki miałem obowiązek. Nikomu nie wolno zmuszać jego wysokości do czekania, choćby nawet przez pół minuty.
- To zupełnie łatwe: zawsze zdążyć na czas - tłumaczyłem, powoli wymawiając każde słowo, żeby mogła dobrze zrozumieć. - Wystarczy tylko wszystko robić piętnaście minut wcześniej. Załóżmy, że ma pani wyznaczone spotkanie z jakimiś osobami na godzinę trzecią, a zjawi się na kwadrans przed czasem. Albo, powiedzmy, musi pani wyjść o drugiej, aby dokądś zdążyć, niech pani wyjdzie kwadrans wcześniej. Na początek doradzałbym pani po prostu przestawić zegarek, żeby spieszył się o piętnaście minut, dopóki pani nie przywyknie, a później już punktualność wejdzie pani w krew.
Mówiłem ważne i roztropne słowa, ale mademoiselle Declique odpowiedziała mi arogancko:
- Panie Ziukin, mogę ja pszestawić zegar na pół minuta? - Nie umiała wymówić rosyjskiego „rz” i wychodziło jej coś podobnego do „sz”. - Więcej niż pół minuta ja i tak nigdy się nie spóźniałam.
Nachmurzyłem się i postanowiłem przez chwilę nic nie mówić. Szliśmy więc w milczeniu, a mademoiselle w dodatku odwróciła się ode mnie.
Jej wysokość opowiadała bratu bajkę - wydaje się, że o Czerwonym Kapturku, gdyż dobiegły mnie słowa: Et elle est allee a travers le foret pour voir sa grand-maman* [I poszła przez las, żeby odwiedzić babcię (fr).]. Michał Gieorgijewicz, bardzo dumny z nowego marynarskiego ubranka, starał się zachowywać jak dorosły i prawie nie figlował, tylko od czasu do czasu zaczynał skakać na jednej nodze i raz rzucił na ziemię swoją błękitną czapeczkę z czerwonym pomponem.
Pomimo chmurnej pogody spotkaliśmy w parku nielicznych spacerowiczów. Jak wyjaśnił mi mój moskiewski pomocnik, w zwyczajne dni park Nieskuczny jest niedostępny dla publiczności, a jego bramy otwarto teraz tylko z okazji uroczystości, a i to ledwie na kilka dni - do dziewiątego maja, kiedy najjaśniejsza para przyjedzie tutaj z pałacu Piotrowskiego. Nic zatem dziwnego, że niektórzy moskwianie zdecydowali się wykorzystać rzadką możliwość pospacerowania wśród pięknej zieleni, nie bacząc na niepogodę.
W połowie drogi do Ermitażu spotkaliśmy eleganckiego pana w średnim wieku. Grzecznie uniósł cylinder, odkrywając przy tym gładko zaczesane czarne włosy i siwe skronie; zanim nas wyminął, z ciekawością, ale, podkreślam, nie łamiąc zasad dobrego tonu, spojrzał na Ksenię Gieorgijewnę. Nie zwróciłbym na tego człowieka najmniejszej uwagi, gdyby jej wysokość nie odwróciła się nagle i nie popatrzyła za nim. To samo uczyniła mademoiselle Declique. Wtedy i ja odważyłem się obejrzeć.