Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 3 4 5 6 7 8 9 10 11 ... 104
Перейти на страницу:

Jego włosy były zadziwiającego, słomianożółtego koloru, na końcach podgięte, co w przyrodzie raczej się nie zdarza. Twarz miał białą i gładką, na policzku okrągłe, równomierne znamię, podobne do aksamitnej muszki. Koszula przyjaciela jego ekscelencji nie była biała, lecz niebieska - takiej jeszcze nie widziałem. Surdut przywdział popielatobłękitny, kamizelkę lazurową w złote kropeczki, a w klapę wetknął goździk o czysto błękitnej barwie. Szczególnie mi się rzuciły w oczy nadzwyczaj wąskie sztyblety z guziczkami z macicy perłowej i cytrynowożółte kamasze. Ten dziwny mężczyzna ostrożnie zstąpił na bruk, wdzięcznie się przeciągnął, a na szczuplutkiej, lalkowatej twarzy pojawił się kapryśny, wyczekujący grymas. Nagle wzrok mister Carra spoczął na szwajcarze Trofimowie, który dyżurował na werandzie. Trofimow, jak już miałem możliwość się przekonać, był wyjątkowo głupi i na żadne inne stanowisko oprócz odźwiernego się nie godził, ale wyglądał bardzo reprezentacyjnie: sążeń wzrostu, barczysty, o okrągłych oczach, z gęstą czarną brodą. Angielski gość zbliżył się do Trofimowa, który, jak należy, stał nieruchomo niczym słup, spojrzał nań z dołu i z jakiegoś powodu pociągnął go za brodę. Potem powiedział coś po angielsku wysokim, melodyjnym głosem.

Gusty lorda Banville’a stały się wiadome już w Nicei, dlatego Katarzyna Joannowna, osoba o surowych zasadach, nie chciała nawet się z nim zapoznać, ale Gieorgij Aleksandrowicz, będący człowiekiem o szerokich horyzontach (w dodatku, zaznaczmy na marginesie, blisko zaprzyjaźnionym z podobnymi panami wśród znajomych z towarzystwa), uznał namiętność lorda do zniewieściałych groomów i rumianych lokai za zabawną. „Świetny rozmówca, wyśmienity sportsmen i prawdziwy dżentelmen” - tak mi powiedział, wyjaśniając, dlaczego uznał za stosowne zaprosić Banville’a do Moskwy (wtedy już było wiadomo, że Katarzyna Joannowna nie pojedzie na koronację).

Nieprzyjemną siurpryzą nie było dla mnie to, że jego ekscelencja przywiózł ze sobą swoją kolejną pasję - w końcu mister Carr wyglądał na człowieka z towarzystwa - przyczyna mojego zdenerwowania tłumaczy się prościej: gdzie umieścić jeszcze jednego gościa? Nawet jeśli będą nocować w jednym pokoju, wszystko jedno - przez wzgląd na dobre obyczaje trzeba znaleźć drugiemu Anglikowi oddzielną sypialnię. Chwilę pomyślałem i od razu znalazłem rozwiązanie: moskiewskich służących, z wyjątkiem Somowa, przenieść na strych nad stajnią. Dzięki temu odzyskamy dwa pokoje, jeden oddam Anglikowi, a drugi kucharzowi wielkiego księcia, maitre Duvalue, żeby się nie czuł urażony.

- Gdzie pan Smiley? - spytałem lorda Banville’a po francusku o jego butlera, ponieważ musiałem mu przekazać konieczne wyjaśnienia.

Jak większość wychowanków zarządu dworu, w dzieciństwie nauczono mnie francuskiego i niemieckiego, ale nie angielskiego. Dopiero w ostatnich latach dwór mocno się zanglizował i coraz częściej muszę żałować braków w swojej edukacji. Uprzednio uważano angielski za język mało wyszukany i dla naszej profesji niekonieczny.

- Zwolnił się - odrzekł milord po francusku i machnął lekceważąco ręką. - A mój nowy sługa, Freyby, jest tam, w karecie. Czyta książkę.

Podszedłem do kolasy. Służba szybko rozładowywała bagaż, a na aksamitnym siedzeniu, założywszy nogę na nogę, siedział okrągły na twarzy mężczyzna o bardzo poważnym wyglądzie. Łysy, z gęstymi brwiami i dokładnie przystrzyżoną bródką, w niczym nie przypominał angielskiego butlera, jak zresztą żadnego innego służącego. Przez otwarte drzwiczki dostrzegłem, że mister Freyby trzyma w rękach opasły tom ze złotym napisem na okładce: Trollope. Co oznacza to angielskie słowo, nie wiedziałem.

- Soyez le bienvenu! - przywitałem go z grzecznym ukłonem.

Popatrzył na mnie znad złotych okularów spokojnymi niebieskimi oczyma i nic nie odrzekł. Stało się zrozumiałe, że francuskiego mister Freyby nie zna.

- Herzlich willkommen! - przeszedłem na niemiecki, ale wzrok Anglika pozostał taki sam: grzecznie obojętny.

- You must be the butler Zyukin? - wypowiedział przyjemnym barytonem coś niezrozumiałego.

Rozłożyłem ręce.

Wtedy mister Freyby, z miną wyrażającą niezadowolenie, schował książkę do szerokiej kieszeni surduta i wyciągnął stamtąd inną, znacznie mniejszą od pierwszej. Przekartkował ją i nagle wymówił jedno po drugim zrozumiałe słowa:

- Ty, wy... powinien... być... sługa Ziukin?

A, to słownik angielsko-rosyjski - domyśliłem się i pochwaliłem tego typu przezorność. Gdybym wiedział, że mister Smiley, który, słabo, bo słabo, ale porozumiewał się po francusku, już u milorda nie pracuje i że został zastąpiony przez nowego butlera, też zaopatrzyłbym się w słownik. Przecież mnie i temu Anglikowi przyjdzie rozwiązywać razem wiele skomplikowanych i nader subtelnych problemów.

Jakby podsłuchując moje myśli, mister Freyby wyjął z drugiej kieszeni jeszcze jeden tomik, z wyglądu niczym nieróżniący się od poprzedniego.

Wziąłem go, przeczytałem tytuł na okładce: Słownik rosyjsko-angielski z wymową angielskich słów.

Anglik przekartkował swój słownik, znalazł potrzebne słowo i wyjaśnił:

- A present... Podarek.

Otworzyłem darowany tomik i zobaczyłem, że skonstruowany jest mądrze i roztropnie: wszystkie angielskie słowa zostały napisane cyrylicą i miały oznaczone akcenty. Od razu też z niego skorzystałem. Chciałem spytać: „Gdzie jest czyj bagaż?”. Wyszło:

- Uea... huz... baggadż?

I on mnie świetnie zrozumiał!

Niedbałym gestem wezwał lokaja, niosącego na ramieniu ciężką walizkę, postukał palcem w żółtą naklejkę. Znajdował się na niej napis: Banville. Przyjrzawszy się, zauważyłem, że naklejki są na wszystkich sztukach bagażu, na niektórych żółte z imieniem milorda, na innych niebieskie z nazwiskiem Carr, a na pozostałych czerwone z napisem Freyby. Bardzo mądre, trzeba będzie to i u nas zastosować.

Widocznie uznając problem za rozwiązany, mister Freyby znowu wyjął z kieszeni swój foliał i przestał zwracać na mnie uwagę, a ja pomyślałem, że choć angielscy butlerowie we wszystkim są świetni i swoje obowiązki znają, to jednak niektórych rzeczy mogliby się od nas, rosyjskich służących, nauczyć. Na przykład serdeczności. Oni po prostu obsługują panów, a my ich jeszcze kochamy. Jak możesz służyć człowiekowi, jeśli nie darzysz go miłością? To zbyt mechanistyczne, jakbyśmy nie byli żywymi ludźmi, tylko automatami. Mówi się, że angielscy służący służą nie panu, ale domowi; na wzór kotów przywiązują się nie tyle do człowieka, ile do ścian. Jeśli tak, to takie przywiązanie jest nie dla mnie. I mister Freyby wydał mi się kimś wyjątkowo dziwacznym. Chociaż z drugiej strony - uznałem - u takiego pana i służba powinna być dziwaczna. Zresztą może to i dobrze, że ten collegue anglais jest taki, jak to się mówi, drętwy - będzie się mniej pętał pod nogami.

1 ... 3 4 5 6 7 8 9 10 11 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)