Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
A zaraz potem dziewczyna pyta:
– Nie poznajesz mnie? Jak mogłeś zapomnieć?
Głosem z jego snów.
Wiedźma kurczowo zacisnęła palce, usiłując jakoś rozwikłać ów kłąb śmierci, strachu i pragnienia.
– To jej wybór. – Odwróciła się ku Suchywilkowi. – Nie umie wymknąć się bogom w żaden inny sposób. Poprzez wodę ze źródła Ilv uwolniła się od jadziołka. Teraz zanurza się we własną śmierć.
– Dość tych bredni! – wysyczał zwajecki kniaź. – Mów lepiej, dziewczyno, jak ją ratować. A wy milczcie! – warknął, widząc, że Czarnywilk otwiera gębę. – Ani słowa!
– Nie wiem. – Wiedźma skuliła się.
W dole wieży słyszała tupot ciężkich podkutych butów i spieszne nawoływania. Na rozkaz kniazia Zwajcy ściągali z okrętów.
– Wypiła sok ze źródła Ilv. – Jasnowłosa niewiastka podniosła na kniazia czyste, błękitne oczy. – Sok Ilv jest śmiercią dla wszystkich, w których żyłach tętni dzika magia. Wasza córka pochodzi z rodu Iskry i z plemienia sorelek. I bardzo chce umrzeć. Także z waszego powodu.
– Jakże tak? – Suchywilk głęboko wciągnął powietrze.
Wiedźmie wydało się, że zaraz na nowo wybuchnie gniewem, lecz kniaź tylko potrząsnął głową.
– Przecież ja… – odezwał się niezgrabnie. – Ja bym jej…
– Wie o tym – odparła przez zaciśnięte gardło, lecz nie był to dobry czas na łagodność, a pewne rzeczy musiały zostać wypowiedziane. – Ale wiedza niewiele znaczy, kniaziu. Szarka zdołała kiedyś oszukać przeznaczenie. Wbrew bogom nagięła je do własnej woli. I zapłaciła, kniaziu. Wszystkim, czym była. A potem zagrała z boginią w kości i wypowiedziała życzenie. Raz jeszcze. Dla żartu, dla drwiny. Teraz jej życzenie zaczyna się wypełniać, tyle że jego kształt nakreśliła Delajati i wszystkie ścieżki prowadzą waszą córkę na stok Hałuńskiej Góry.
– Zird Zekrun… – Kniaź gwałtownie obrócił się ku żalnickiemu księciu. – Czy dlatego jadziołek próbuje was zabić? Bo próbowaliście ją posłać w Pomort? Na śmierć?
Przez chwilę krótką jak uderzenie serca wiedźma była jedynie zazdrosna – o ton głosu Suchywilka, o prędkość, z jaką odgadł powody ukryte za nienawiścią jadziołka. Ojciec wiedźmy był dobrym człowiekiem. Ukradkiem wsuwał córce jabłka w kieszeń fartucha, a zimowymi wieczorami kołysał na kolanie, snując dziwne opowieści o łabędziu zaklętym pomiędzy gwiazdami i bogince, co mieszka w podwodnym pałacu po drugiej stronie studni. Nie zmienił się i później, kiedy musiał się już domyślać, kogo spłodził. Czasami w jego oczach pojawiał się dziwny cień i nie zabraniał córce spać w szopce z owcami, choć zdarzało się, że wilki podchodziły nocą pod zagrody i niejeden dzieciak bezpowrotnie zagubił się pomiędzy wzgórzami. Ale także wówczas zawsze miał dla niej dobre słowo i chustę z błękitnej materii, wypatrzoną na kramie w dzień jesiennego odpustu.
Nigdy jednak nie walczył o nią równie zaciekle i nie miał w sobie ani krztyny dumy zwajeckiego kniazia. Kiedy sąsiedzi wbiegli za chruściany płotek – z widłami, siekierami i długimi chłopskimi nożami – ojciec wiedźmy rzucił się im do kolan. Nie po miłosierdzie, gdyż nawet on rozumiał, że nie znajdzie go tamtej nocy, ale z prośbą o wybaczenie. Za to, że spłodził plugastwo. I za to, że nie znalazł w sobie dość siły, aby zgładzić je dawno temu.
– Powiedziała, że najpewniej i tak nie zdoła go zabić – odparł płaskim głosem Koźlarz. – Ale to prawda, kniaziu. Zeszłej jesieni prosiłem waszą córkę, aby płynęła na Pomort. Co mam wam rzec? W rdestnickiej świątyni widziałem Zird Zekruna bez płaszcza i jeśli znów wyjdzie z jaskiń pod Hałuńską Górą, nic nie zdoła go zatrzymać. Nawet Sorgo wykuty w ogniach Kii Krindara. Może tylko ona… – Skinął krótko ku dziewczynie na posłaniu.
– A ja chciałem ci oddać dziecko! – Zwajecki kniaź poderwał się z klęczek. – Ty zaprzańcu!
– Na pewno jej od tego zdrowia przybędzie, że sobie do ócz skoczycie – wtrącił cierpko Czarnywilk. – Może zdałoby się raczej pannę na okręty nieść. Com już, nie wypominając, wczoraj gadał.
– W taki wicher?! – Kniaź ledwie pohamował wściekłość. – Przy samym brzegu nas morze na skały ciśnie. Gdyby choć przytomniejsza była… Ale jeśli prawdę wiedźma gada i jeśli ją z Warkowego rozkazania otruto, nieprędko z Przychytrza ruszym. Nie wcześniej, niż się morze uciszy.
– Nie – przerwała wiedźma. – Wark nie rozkazał jej otruć, wcale nie. Szarka po prostu wciąż gra w kości z losem. Rzut za rzutem bogini prowadzi ją coraz węższą ścieżką, kniaziu. Rzut za rzutem wasza córka coraz wyraźniej widzi wzór, w który ją wpleciono. Cisnęła w morze obręcz dri deonema i kazała Servenedyjkom iść precz. Ale kiedy zrywa jedną nić, na jej miejsce pojawiają się trzy nowe. Świat zaciska się wokół niej coraz ciaśniej. Cały wielki świat, kniaziu. Nad tym właśnie dumała w komnatach waszego dworca. Wiele zimowych nocy. – Przechyliła głowę i popatrzyła na niego oczami błękitnymi jak niezabudki. – Piła miód ze srebrzystego kubka, słuchała pieśni o Iskrze i myślała. Jak się wyrwać na swobodę, zanim bogini zacznie zabijać was jednego po drugim. Nie powinna tego mówić. Nie chciała zadawać Suchywilkowi więcej bólu, ale obrazy powoli nabrzmiewały w jej pamięci, szkarłatne od krwi, gorące od płomieni, a zwajecki kniaź nie miał zwyczaju zadowalać się ćwiercią prawdy. Nawet tą bardziej miłosierną.
– Tak właśnie jest – podjęła. – Raz jeden zamordowano jej ojca, a to, co się wydarzyło, powraca na nowo i bez końca, więc bogini zabije was, by Szarka popłynęła na Hałuńską Górę. Tym właśnie krzyczą do niej sny jadziołka, kniaziu, noc po nocy. Ogląda waszą twarz, poranioną od cierni, kiedy pachołkowie nieprzytomnego wloką was po kamiennym pyle aż do żelaznej kraty zamykającej lochy. Widzi was przykutego do pierścienia w murze, z plecami rozoranymi kańczugiem. Jak obwożą was w klatce po sinoborskich grodach z kikutem prawicy – zachłysnęła się – aby was do reszty pohańbić i abyście nigdy już nie mogli poprowadzić w bitwie wojowników. A na koniec, jak rzucają wasze ścierwo zdziczałym psom, ciskają je w dół, na białe skałki u podnóża treglańskiej świątyni. Czy wystarczy, kniaziu?
Suchywilk cofnął się, jakby uderzyła go w twarz.
– A jak myślicie, czy Iskra pójdzie na Hałuńską Górę pomścić ojca? – mówiła coraz szybciej. – Czy pojmujecie wreszcie, dlaczego powtarza bez ustanku, że nie jest z waszej krwi? Powtarza jak modlitwę, odkąd zobaczyliście ją na schodach spichrzańskiej cytadeli. Bo Delajati popchnie ją naprzód choćby poprzez waszą śmierć. Zwłaszcza przez waszą śmierć. Sprawi, że wasza córka utraci wszystko, co pokocha, i niczego nie zdoła zatrzymać. Ani jednej rzeczy. Bogini poprowadzi ją dalej, coraz dalej. W zemstę, rozpacz albo szaleństwo. Cokolwiek. Byleby spróbowała zabić Zird Zekruna! – dokończyła, niemal krzycząc.
Trzech mężczyzn gapiło się na nią w osłupieniu. Koźlarz ocknął się pierwszy.
– Ile krwi potrzebujesz, żeby przywołać wiedźmi szał?
Zadygotała mimowolnie. Nie sądziła, aby wiedział, o co prosi. Przez lata zdążyła poznać opowieści o wiedźmach ukrytych głęboko w leśnym ostępie czy pieczarach pośrodku gór. O tajemnych kryjówkach, gdzie wiedźmy plugawym obrzędem sprowadzają szał, aby potem biec poprzez Góry Żmijowe, wyjaławiając pola i siejąc pożogę pomiędzy uśpionymi chatami. A potem pozwalają, aby magia niosła je wysoko pod miesiącem w pełni, na górskie łąki. Tam biesiadują pospołu przy ławach zastawionych mięsiwem, gorzałką i krwią utoczoną z niewinnych dziatek, tańczą sprośne tańce dla uczczenia uczynionej zagłady i w zapamiętaniu parzą się z wiedźmimi pomocnikami. Rankiem szał wygasa w ich ciałach, więc powracają w doliny, na nowo okryte śmiertelnymi ciałami, odmienione nie do poznania. Póki magia nie rozgorzeje w nich świeżym płomieniem, przywołana dla jałowej uciechy i zniszczenia.