Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Wam i jej – odparła cicho.
– Ale to ona wypiła – dopowiedział książę. – Dlaczego?
Poprzez błękitną materię sukni czuła, że jego palce są zimne jak lód. Jak szron, który osiada na rzęsach i włosach martwych władców, kiedy pędzą samym środkiem fiordu za rogatym szłomem Białobrodego. Jaśminowa wiedźma zadygotała, rozpaczliwie pragnąc, aby chłód zniknął i odpłynął bez śladu. Ale było już zbyt późno i nazbyt wiele krwi przelano na kamiennych plażach Przychytrza. Wizja zagarnęła ją jak fala.
Kry pękają pod kopytami widmowych rumaków. W górze sevri zanoszą się chrapliwym śmiechem, który wnet przechodzi w dudnienie lawiny. Ich włosy powiewają na wietrze niby pasma żywego ognia.
Ogień jest prawdziwy – korony sosen rozpalają się jak smolne szczapy, gdy musną je włosy Iskry. Na ciemnym zimowym niebie sevri zlatują się niczym dzieci do paleniska. Ich rozradowanie brzmi dźwiękiem srebrnych dzwoneczków, zawieszanych pod powałami północnych chat dla odstraszenia złego. Chłopiec odwraca się przez ramię, osłania dłonią oczy i przez chwilę ma wrażenie, że widzi jedną z nich dokładnie. Ciemny kontur w obramowaniu płomieni. Nagie ramiona zaciśnięte na szyi czarnego wilka, który galopuje po niebie. Twarz bledsza od księżycowego światła, kiedy Iskra odrzuca w tył głowę w wybuchu śmiechu. Złocista rozgwiazda włosów, która płonie, faluje za jej plecami na niebie jasnym od sosnowego ognia.
I przez moment wydaje mu się też, że Iskra patrzy prosto w niego.
Ich spojrzenie jest śmiercią, tak mawiano w dworcu jego ojca, dawno temu, zanim jeszcze przez jezioro bogini przepłynęły łodzie frejbiterów, długie i smukłe na wodzie jak liście jesionu. Kniaź śmiał się grubym huczącym śmiechem, w którym nie było ni cienia strachu przed powietrznymi boginkami. Ale kiedy kapłani Bad Bidmone odchodzili w ciemną głębię przybytku, opasanego jabłoniowym sadem, ukradkiem strącał z kielicha kilka kropel najprzedniejszego wina. Na ofiarę dla tych, które galopują po niebie w kohorcie Org Ondrelssena. Aby nigdy nie zajrzały mu w twarz pośrodku bitwy i aby sine żelazo nie zaśpiewało ich głosem.
Oddech unosi się z ust chłopca mlecznym obłoczkiem. Jego koszula jest sztywna od mrozu i zawiązana przy szyi na pojedynczy troczek. Nie czuje jednak zimna, nawet wówczas, kiedy nagą dłonią sięga po rękojeść Sorgo, tak lodowatą od mrozu, że powinna parzyć palce. Odkąd Białobrody odnalazł go w potrzaskanej łodzi, na wpół żywego od chłodu i wyczerpania, nie czuje zupełnie nic.
Najpierw wydało mu się, że to wilk. Jeden z wielkich polarnych wilków, które przez wiele dni biegły wytrwale wzdłuż brzegu, czekając, aż prąd pchnie łódkę chłopca na nabrzeżne skały. Potem zwierzęta znikły: wilki, morskie psy i mewy, które o świcie budziły go wrzaskiem i szarpały za płaszcz.
Wilk ma szare oczy. Przejrzyste jak zamarznięte źródło. Kiedy przesuwa dłonią po policzku dziecka, jego palce są zimniejsze od lodowych sopli i sprawiają, że chłód wnika głęboko pod skórę. Zimno tak dotkliwe, że mróz zdaje się przygasać i niknąć. Jak we śnie.
We śnie chłopcu wydawało się, że lód szkli się w jego oczach i ulatuje znad ciemnego morza niczym tuziny świętych łabędzi z rdestnickiego jeziora. Potem jego palce napotykały rękojeść Sorgo. Wówczas budził się, skostniały i zwinięty w ciasny kłębek na dnie łodzi, pod foczą skórą, którą ukradł w sinoborskiej wiosce.
Tym razem jednak sen trwa. Wokół rżą konie. Białe, siwe i jabłkowite ogiery drobią kopytami po lodzie, kiedy bóg podnosi chłopca pojedynczym szarpnięciem. Dziecko nie boi się. Kruk na ramieniu boga kracze chrapliwie, a martwi królowie przyglądają się bez słowa chłopcu, który stoi na dnie lodzi bez foczej skóry i płaszcza, podartego w strzępy jeszcze na skraju żalnickiej puszczy. Ich twarze są jedynie zasłoną, żałobnym całunem narzuconym na gołe czaszki. Na czołach połyskują krwawe pęknięcia, szramy od miecza, topora i włóczni. Koszule poczerniały od zaschniętej krwi.
Nie przerażają jednak dziecka – ani oni, ani bóg, gdy chłopiec wreszcie zgaduje, kogo udało mu się spotkać. Org Ondrelssen jest jasnowłosym wojownikiem w rogatym hełmie, z futrem narzuconym niedbale na srebrzystą misiurkę i potężnym toporem o wydłużonej brodzie. Chłopiec opiera się mocniej o Sorgo. Nie ma dość siły, aby unieść miecz, choć dokonał tego raz jeden w podziemnym przybytku Bod Bidmone. Po prostu patrzy na martwych królów, gdy z wolna kołują wokół niego na kruchym lodzie. Jeszcze tej wiosny pochyliłby się przed nimi nisko, dotknął czołem skał pokrytych lodem, który nigdy nie topnieje.
Ale nie po tym, co wydarzyło się w świątyni. Nie po tym, jak podniósł Sorgo.
Wiedźma zamrugała powiekami, budząc się z wizji. Jej twarz była ukryta na ramieniu Koźlarza i szorstka materia płaszcza z wolna nasiąkała jej łzami. Książę obejmował ją ciasno i chłód stawał się coraz głębszy. Wciągał ją jak morze. Jak fale Wewnętrznego Morza.
– Nigdy jeszcze… – jego głos był cichy jak oddech.
– Wiem – odparła równie cicho.
I naprawdę wiedziała. Nikomu nie opowiedział, co wydarzyło się w przybytku bogini w noc rzezi Rdestnika – ani Czerwieńcowi, choć ten z woli Org Ondrelssena stał się jego ojcem, ani Warkowi, ani nawet kapłanom Bad Bidmone, skoro wreszcie pozwolił, by go odnaleźli poza wypalonym pasem turzniańskich równin. Dopiero teraz. Coś ścisnęło ją za gardło.
Przypomniała się jej Zarzyczka, jak po trzykroć wypowiada swe życzenie w noc Żarów, najświętszą z nocy. Tacy podobni, pomyślała z goryczą. Brat i siostra. Dwa profile tej samej monety. Bliźniacze sploty pragnień.
Żalnicki książę był człowiekiem prostym i w całym zamęcie, który ogarnął Krainy Wewnętrznego Morza po tym, jak z woli Zird Zekruna wymordowano żmijów, pragnął widzieć rzeczy w ich prawdziwej naturze. Zabił boginię. Był gotów przyjąć karę. Ktoś inny, bardziej skłonny do kłamstwa, a może tylko bardziej pobłażliwy, powiedziałby, że nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ Zird Zekrun pokonałby ją prędzej czy później. I że nie było w tym ni cienia jego własnego wyboru, ponieważ Sorgo uderzył na oślep, posłuszny naturze nadanej mu w ogniach Kii Krindara i nakazowi, który za wszelką cenę kazał mu bronić śmiertelnego dziecka.
Pośrodku morderczej walki, spleciona w ciasnym uścisku z pomorckim bogiem, który ją pożerał, Bad Bidmone zapomniała o tej jednej błahej prawdzie – że bogowie nie mogą obrócić się przeciwko własnej mocy, a żelazny cierń w rękach chłopca jest koronacyjnym ostrzem żalnickich panów. Miecz uderzył. Raz jeden, głęboko we wnętrzu ziemi, gdzie nie sięgają promienie słońca.
Światło zgasło.
W głębi żalnickich lasów garbata wiedźma wypuszcza z rąk gliniany garnek z wyżebraną od młynarzowej resztką kwaśnego mleka i zastyga w niemej rozpaczy. Mechszyca odrzuca ze łba kaptur utkany z sinoniebieskich porostów, jej usta rozwierają się do pojedynczego krzyku bólu, który sprawia, że woda leśnych źródeł przybiera barwę krwi. Dzwony żalnickich klasztorów rozdzwaniają się raz jeden i milkną, a mnisi w swoich celach składają ręce na piersiach i przestają oddychać, nim jeszcze serca dzwonów znieruchomieją na dobre. Mnisi i kapłanki z wewnętrznej świątyni umierają jedno po drugim, ponieważ wyświęcono ich w służbę bogini, a teraz śmierć Bad Bidmone ogarnia ich kolejno niczym ciemna fala. Mrok pochłania tego, kto kiedykolwiek przyjął z jej rąk owoc świętej jabłoni lub miał w żyłach dość krwi przedksiężycowych, aby poczuć podobną zagładę.
Ponieważ umarła bogini. Gdyż Bad Bidmone zginęła od własnej mocy i nie odrodzi się w żadnym ze światów.