Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Więc to tak – rzekł wreszcie martwym, spokojnym głosem.
– Stare grzechy zawsze powrócą upomnieć się o zapłatę. Trzech synów potopionych pomiędzy Żebrami Morza, czwarty na wygnaniu pomiędzy piracką Skwarną. A teraz dziewczyna. Z powodu kobiety, która była matką moich dzieci.
I utraciła je w sposób jeszcze bardziej ostateczny niż wy, pomyślała wiedźma, gdyż wychowano je na północnych wyspach i umierali jako synowie zwajeckiego kniazia, z daleka od niej. Nie ośmieliła się jednak powiedzieć tego głośno. Tej nocy i tak wypowiedziano zbyt wiele słów, które winny pozostać tajemnicą.
– Czy ona będzie żyła? – spytał cicho żalnicki książę.
Stał u wezgłowia łoża.
– Nie wiem. Wyrwała się jadziołkowi i też nie umiem jej sięgnąć. Ale być może wy zdołacie ją przywołać. To… – zawahała się – zdarzyło się już kiedyś. Umierała, lecz Eweinren przywołał ją na nowo. Z powodu długu, pamięci i obietnicy. A także miłości.
– Nie jestem nim. Ona się myli. – Słowa przychodziły mu z trudem. – Nie wiem, kim był ten człowiek ani dlaczego ją opuścił. Ale na wszystkich bogów przysięgam, że nim nie jestem – obrócił się ku kniaziowi – choć ona przemawia głosem z moich snów. Głosem Iskry, którą przywołałem kiedyś u martwego źródła Ilv i która obiecała, że powróci po mnie w godzinie śmierci. Jest iskrą na dnie mojego serca, iskrą, której nigdy nie spodziewałem się odnaleźć. Gdyby te czasy sprzyjały miłości, to pokłoniłbym się wam aż do kolan i prosił o nią. To wszystko, kniaziu. Cała prawda.
– „…na nowo i miłowali jako wcześniej” – wiedźma usłyszała niewyraźne słowa.
A potem zobaczyła, że zwajecki kniaź płacze i spogląda na Koźlarza z jakimś dziwnym rodzajem zrozumienia i litości.
– Ty głupcze – powiedział cicho. – Ona jest Iskrą. Będzie czekać i milczeć z uporem, który w końcu pochłonie was oboje, bo duma płonie jasnym płomieniem, lecz trudno się przy nim ogrzać. Teraz musisz ją przywołać. I naprawdę nie ma znaczenia, pod jakim imieniem to uczynisz.
– A wy dokąd pójdziecie? – spytała wiedźma.
Jednak już bardzo dobrze znała odpowiedź. Poprzez nieskończone zimowe noce oglądała tę wyspę, wieżę i twarze wojowników na schodach. Tyle że po przebudzeniu nie umiała sobie przypomnieć snu.
– Pokłonić się naszemu dobremu gospodarzowi. – Kniaź skrzywił się w dziwnym grymasie. – Czas go objaśnić, że nie będzie dwóch północnych panów, coby rzec mogli, iż popalili zwajeckie okręty i żyją. Nie za mojego pokolenia.
Wiedźma miała oczy pełne łez i nie widziała wyraźnie twarzy Suchywilka, kiedy podjął spod ściany potężny zwajecki topór o podwójnym ostrzu i bardzo cicho, jakby na przekór wrzaskom i dudnieniu, które coraz donośniej rozlegało się w dole schodów, zamknął za sobą drzwi nabijane przerdzewiałymi ćwiekami.
Za okiennicą, wysoko na nocnym niebie, znów krzyczał jadziołek. Wiedźmie wydawało się, że pośród rumowiska murów słyszy też odległe zawodzenie szalonego mnicha. W dole wieży padło kilka słów wypowiedzianych donośnie przez zwajeckiego kniazia. Wrzawa przycichła jak zduszony płomień.
Żalnicki książę poruszył się nieznacznie. W słabym świetle, gdyż tylko ostatnie węgle żarzyły się na palenisku, wiedźma dojrzała, jak z wolna robi pierwszy krok ku łożu, gdzie rudowłosa dziewczyna spoczywała nieruchomo i bez życia. Przykląkł na chłodnych kamieniach, ujął jej dłoń, która wydawała się utoczona z półprzejrzystego marmuru. A potem powoli, mozolnie zaczął odnajdować te wszystkie słowa, które należało wypowiedzieć.
ROZDZIAŁ SZESNASTY
Szarka ocknęła się przed świtem. Kiedy otworzyła oczy, jej źrenice były złote, pełne ciekłego ognia. I wiedźma od razu zrozumiała, że coś poszło nie tak. Zupełnie nie tak, jak należało.
Iskra podniosła się płynnym ruchem. Nie spojrzała nawet ku żalnickiemu księciu, który usnął na ziemi, z głową na skraju jej posłania.
– Moje odzienie – rzuciła bezbarwnym głosem, ściągając suknię przez głowę.
Wiedźma nie odważyła się dłużej zwlekać. Podbiegła do skrzyni, podniosła wieko i spod zwałów rozmaitych szat wydobyła nabijany żelazem kubrak norhemnów, spódniczkę i wysokie buty. Wyciągnęła ku Iskrze strój południowych wojowników, modląc się, aby Szarka nie postanowiła jej dotknąć i nie pociągnęła w nowe szaleństwo. Jednak rudowłosa nie dostrzegła jej wcale. Stała pośrodku komnaty, wysoka i smukła jak ostrze miecza, a złotorude pasma włosów unosiły się wokół niej jak płomienie.
– Miecze – zażądała i wiedźma pospiesznie podała jej pakunek.
Ruchy Iskry były wprawne, bez cienia zawahania. Dociągnęła rzemienie i zapięła sprzączki. Głowice jej zakrzywionych mieczy połyskiwały słabo, kiedy zapinała pas na biodrach. Właśnie taką wiedźma zobaczyła ją pierwszy raz, konającą na Przełęczy Skalniaka. Niebieskooka niewiastka pomyślała wówczas, że jest jedną z południowych wojowniczek w służbie spichrzańskiego księcia. Potem jej dotknęła. I wszystko się odmieniło.
Żalnicki książę również się obudził. Zamrugał powiekami, jakby nie mógł sobie przypomnieć, co się wydarzyło poprzedniego wieczoru. Ale Sorgo leżał tuż obok na kamiennej posadzce i kiedy palce Koźlarza napotkały chłodną rękojeść, mężczyzna poderwał się gwałtownie i wyciągnął ramię ku dziewczynie.
Szarka nic nie spostrzegła. Odwrócona do niego tyłem, mocowała nóż w cholewie buta.
– Nie! – wykrzyknęła wiedźma, odtrącając jego dłoń, zanim musnął skraj kubraka Iskry. – Popatrz! – pokazała skrzynię, na której rudowłosa oparła rękę.
W miejscu, gdzie spoczywała dłoń Szarki, żelazne okucia roztopiły się jak wosk i spłynęły z wieka, ryjąc w drewnie głębokie, ciemne bruzdy.
Książę odskoczył gwałtownie.
– Co to?
– Nie wiem – odparła głucho wiedźma. – Zdołaliśmy ją przywołać z głębi śmierci. Ale nie potrafię zgadnąć, kim wróciła.
– Ogniem – rzekł bez zawahania książę. – Taką ją widzę, z twarzą wichrowej sevri i płomieniem wplecionym we włosy. Po prostu odpowiedziała na moje pragnienie. Niech bogowie się nad nami zlitują.
– Nie tej nocy. Tę noc przyszykował Zird Zekrun, a on nie jest skłonny do miłosierdzia.
Książę uczynił krótki, pytający ruch brodą w kierunku Szarki, która wkładała na głowę srebrną obejmę, dar Suchywilka. Wiedźma przypomniała sobie, że wcześniej rudowłosa nosiła obręcz dri deonema, ale zeszłej jesieni rzuciła ją w odmęt Wewnętrznego Morza.
– Moc Pomortu jest w niej – wyjaśniła szeptem wiedźma. – Na razie słaba, zduszona, ale rychło wybuchnie świeżym płomieniem. I będzie gorzeć, póki Iskra nie wejdzie w głąb Hałuńskiej Góry. Tego właśnie pragnie Zird Zekrun. Mieć ją dla siebie i sprawdzić, jakim sposobem znalazła się w Krainach Wewnętrznego Morza.
– Czy można to zatrzymać?
Wiedźma potrząsnęła głową.
– Wtedy umrze.
Książę zacisnął zęby.
– Więc nie pozwoliliśmy jej otruć, aby należała do Zird Zekruna.
Szarka podeszła do drzwi i z głową przechyloną na ramię wsłuchiwała się w odgłosy walki.
– Nie, nie tylko po to – odrzekła wiedźma.
Nie mogła jednak przerażać go jeszcze bardziej i wyjaśniać, jakie tropy i ślady widziała tej nocy w ogniu i popiele. Czas się kończył, a każde wędrowało tej nocy inną ścieżką – i nie wszystkie z nich wyznaczył pan Hałuńskiej Góry.
Iskra odsuwała sztaby, którymi zaparto drzwi. Koźlarz uczynił gest, jakby chciał ją odsunąć w bok, ale bezradnie zatrzymał się w pół kroku. Wiedźma podała mu bukłak z wodą, sakwę i płaszcz, przez moment szczęśliwa, że może mu odpłacić za tamtą noc, gdy otulił ją własną opończą.