Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 156
Перейти на страницу:

Prawda była znacznie okrutniejsza. Jej prawda.

Magia przychodziła nieproszona i ginęła bez śladu. Moc, utkana z krwi, ziemi i śliny, czasami gorzała jak ciemny płomień, najczęściej jednak snuła się nisko jak kopcący kaganek i okadzała dymem umysł. Ale kiedy nastawał szał, było to, jakby głęboko w trzewiach wiedźmy ognisty robak budził się i wypełniał ją po brzegi. W rzadkich przebłyskach zrozumienia lękała się tej potęgi równie mocno, jak wieśniacy, którzy zasłaniali rąbkami twarze noworodków, aby nie padło na nie spojrzenie przeklętej. Tyle że strach nic nie zmieniał. Magia, której nie umiała zakląć ani wymodlić precz, lgnęła do zagłady. Zagłady, krwi i bólu. I umiała zmusić wiedźmę do zniszczenia, sprawić, że nadmorskie miasteczko obróciło się w popiół, a szczuracy spłonęli w gospodzie Goworki jak przygarść suchych badyli.

Poczuła w gardle ciepłą falę mdłości.

Wiedźmi szał oznaczał przymus dotkliwszy niż wszystkie inne gwałty. Ostateczne skalanie umysłu i ciała. Myśl, że mogłaby go dobrowolnie sprowadzić, napełniała ją strachem i obrzydzeniem.

– Krwi, gorzałki, jadu – dokończył książę, bardziej do Suchywilka niż do niej. – Wark spostrzeże, żeście pościągali ludzi z okrętów i że się w wieży próbujecie obwarować. A wówczas przyjdzie zastukać w wierzeje. Taranem.

Żalnicki książę położył Sorgo na kamiennej ławeczce we wnęce u okna, tuż za plecami jaśminowej wiedźmy. Wydało się jej, że znów słyszy wściekłe wizgi jadziołka, ale potem zrozumiała, że to było coś więcej. Krzyki. Odległe, niemal zagłuszone wyciem wichru i morskim zaśpiewem. Szczęk mieczy. I jeszcze coś, co powinna była dostrzec znacznie wcześniej, zanim uczta rozkołysała się na dobre.

Czerwień. Łopot płomieni. Ogień, który odbija się w wodzie i barwi ją szkarłatem.

Bezradnie zakryła usta.

– Niech stuka! – parsknął kniaź. – Skalmierscy pół roku szczerbili zęby o te mury. W czym my od mnichów gorsi?

– Wody nie mamy. – Czarnywilk poskrobał się w głowę. – Dzień, dwa możemy wytrzymać. Ale wnet nas głodem wezmą.

– Dwa dni dosyć, jeśli sztorm przejdzie – mruknął kniaź. – Potem byle do łodzi się przebić. Niechaj nas potem Wark po morzu ściga na tych swoich szkutach kolebiastych.

– Choćby zaraz sztorm minął – powiedział Koźlarz – co nie jest rzecz prosta, bo sami wiecie, jak się potrafi morze z wiosną burzyć, niewiele nam to pomoże. Wark podpalił okręty.

– Co?! – ryknął Czarnywilk, ale zwajecki kniaź już odmykał okiennice.

Lodowaty wiosenny wiatr uderzył mu prosto w twarz, wyrzucił w górę rude warkocze, targnął połami szaty. Kotary wokół łoża Szarki zatańczyły. Płomienie w palenisku przygasły, zmiecione pojedynczym podmuchem.

Wiedźma poczuła, jak wicher przenika ją na wskroś.

Pomiędzy skałkami przychytrzyńskiej zatoki jasno płonęły zwajeckie okręty. Łuna oświetlała brzeg i drobne ciemne postaci, które walczyły w płytkiej wodzie.

– Teraz rozumiecie? – spytał książę.

Suchywilk powoli odwrócił się od okna i zamknął okiennicę.

– Podpalił „Łabędzia”. – Z niedowierzaniem potrząsnął głową. – W całym Wewnętrznym Morzu jest tylko jedna łódź zdolna doścignąć „Łabędzia” na pełnym morzu, a on go podpalił. Jak garść chrustu. Wszystkie podpalił.

Po policzkach kniazia ciekły łzy i wiedźma przypomniała sobie, co gadano w Górach Żmijowych – że Zwajcy opłakują okręty jak ludzi. Przypomniała też sobie, jak płynęła w wiosennym sztormie poprzez cieśniny, a morze krzyczało do niej spod łupiny dębowego kadłuba. I tamta noc, gdy wymknęła się przed świtem z rebelianckiego obozowiska. Mgły nie zaczęły się jeszcze podnosić i stała tuż obok Szarki, z rękoma opartymi o posąg wieńczący dziobnicę. I zdawało się jej, że złota głowa żmija podniesie się zaraz do krzyku.

– Wark coś postanowił. – Żalnicki książę potarł niemal niedostrzegalną bliznę nad przegubem prawej ręki. – A skoro postanowił, nie będzie się z wami, kniaziu, układał ani jutra czekał. Spróbuje dostać waszą córkę. Jeżeli ona żyć będzie. – Spojrzał na dziewczynę, która oddychała płytko i chrapliwie; na czerwonej poduszce jej skóra była jasna jak powleczona woskiem. – Bo jeśli zemrze, wszystkich nas naniżą pospołu na pale.

– Zdrajca! – Czarnywilk splunął na kamienną posadzkę. – Nie wiem ja, jakie mu skarby Zird Zekrun za przeniewierstwo przyobiecał, ale nie zapomną ludzie, jak nas tu podstępnie mordowano. Ani o tym, że sinoborski kniaź pośrodku uczty umorzył jadem córkę jasnej Selli, krew zwajeckich kniaziów i Iskry o złotym warkoczu.

– Nie. – Żalnicki książę potrząsnął głową i pierwszy raz w jego głosie wiedźma usłyszała nutkę bólu. – Mylicie się. Nie wierzę, aby Wark układał się z Zird Zekrunem, choć w Sinoborzu znajdziecie niemało bojarów gotowych pchnąć go w sojusz z Pomorcami. Zanadto dobrze wyuczono nas w Czerwienieckich Grodach natury Zird Zekruna.

– Jego ojciec nie wzdragał się przed układami – mruknął siwawy Zwajca.

– Jakże się wam, książę, zdaje? – Suchywilk zmarszczył brwi. – Znacie Warka jeszcze z dawniejszych czasów. Co jemu teraz po głowie chodzi?

– Będzie próbował nas wybić. – Książę uśmiechnął się chłodno. – Jeśli wasza córka umrze, nie pozwoli, aby jeden z nas wyszedł żywym z Przychytrza. Ja bym tak uczynił. Po obu brzegach morza obwiniano go o śmierć ojca i jeśli pójdzie wieść o nowym przeniewierstwie, właśni ludzie rozniosą go na mieczach.

– Dziecko z kohorty Org Ondrelssena – wyszeptała cicho wiedźma.

– Właśnie tak – przytaknął książę. – Północ nie pójdzie za tym, który umorzył dziecko z kohorty Org Ondrelssena. Ani za mordercą Iskry. Dlatego Wark spróbuje dobyć wieży, najpewniej jeszcze przed świtem.

– Tak dobrze go znacie? – kąśliwie spytał Suchywilk.

– Tak dobrze – odparł spokojnie książę. – Jeśli chcecie mojej rady, trzeba Warka zabić, choćby wiedźmim szałem. Zwłaszcza wiedźmim szałem. – Popatrzył uważnie na błękitnooką niewiastkę. – Rankiem nikt nie dojdzie, co się dokładnie wydarzyło. Dość będzie słowo rzec, że kapłanki opętały kniazia, aby próbował otruć swego brata. I Iskrę.

– Nie zrobił tego – wtrąciła wiedźma. Przyklękła na posadzce, gładząc włosy Szarki. Kiedy przesuwała dłonią po rudych włosach Iskry, kolejne zagadki otwierały się z trzaskiem w jej głowie jak małe srebrne puzderka. – Wark nie chciał jej zabić. Was też nie rozkazał otruć. Pragnął waszej sławy, miecza wykutego w ogniach Kii Krindara i kobiety, która was pokochała. Ale nie życia. Nie jest łatwo – dodała przez zaciśnięte gardło, gdy w oczach księcia na nowo pojawił się ów ledwie uchwytny cień bólu – być bratem dziecka, które jeździło w kohorcie Org Ondrelssena pomiędzy martwymi królami. Wark wierzył, że woda Ilv osłabi was i odmieni w zwyczajnego śmiertelnika. Ale nie znał jej prawdziwej natury. I w istocie nie szło o was, tylko o legendę. Legendę dziecka, które przyszło z morza i miało na plecach miecz bogów przywiązany konopnym sznurkiem. Tyle że Lelka nie dbała o baśnie północy. Ani nawet o sinoborskiego kniazia. Jedynie o Szarkę. Obiecała ją zabić.

– Komu?

Nie była pewna, który z nich spytał pierwszy, Koźlarz czy Suchywilk. A może odezwali się jednocześnie.

– Córce skalmierskiego doży. – Zwróciła się nieznacznie ku Suchywilkowi. – Lelka obiecała jej zabić waszą córkę. Powolną, bolesną śmiercią. Tak, abyście musieli patrzeć i nie mogli nic zrobić.

Zwajecki kniaź zmienił się na twarzy.

1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)