Arka odkupienia. Tom 2: Wyścig [Redemption Ark - pl]
- Автор: Рейнольдс Аластер
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-048-8
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Arka odkupienia. Tom 2: Wyścig [Redemption Ark - pl]». Краткое содержание книги:
— Zasługiwałem na to, Antoinette. Zrobiłem okropną rzecz i uszedłem sprawiedliwości.
— Ale, Lyle…
Piekły ją oczy. Czuła, jak wzbierają w nich łzy, głupie, irracjonalne łzy, za które sobą pogardzała. Kochała swój statek, potem go nienawidziła — nienawidziła z powodu kłamstwa, w którym uczestniczył jej ojciec. A potem znowu pokochała swój statek, gdyż on i duch Lyle’a Merricka stanowili dotykalne ogniwa, łączące ją z przeszłością, z ojcem. A teraz, kiedy już się z tym pogodziła, nóż w ranie znowu się obracał. Znowu odbierano jej coś co kocha. Ostatnie ogniwo łączące ją z ojcem wyrywa jej z rąk ta jędza, Volyova…
Dlaczego to takie trudne? Chciała tylko dotrzymać obietnicy.
— Antoinette?
— Możemy cię usunąć — powiedziała. — Wyjąć cię ze statku i zastąpić zwykłą podosobą. Volyova nie musi o tym wiedzieć.
— Nie, Antoinette. Na mnie również przyszedł czas. Jeśli ona chce chwały i odkupienia, to czemu nie mógłbym wziąć ich trochę dla siebie?
— Już udało ci się zrobić coś ważnego. Nie ma potrzeby bardziej się poświęcać.
— Ale jednak zdecydowałem się na to. Nie masz mi tego za złe, prawda?
— Nie — powiedziała łamiącym się głosem. — W żadnym wypadku.
— Obiecasz mi coś, Antoinette?
Otarła oczy, zawstydzona łzami, a jednocześnie dziwnie rozradowana.
— Co takiego, Lyle?
— Że nadal będziesz o siebie dbać, bez względu na to, co się wydarzy.
Skinęła głową.
— Obiecuję.
— To dobrze. Chciałem powiedzieć jeszcze coś, a potem powinniśmy się rozdzielić. Mogę prowadzić dalszą ewakuację bez żadnej pomocy. Więcej, stanowczo odmawiam, byś wystawiała się na niebezpieczeństwo podczas kolejnych lotów na moim pokładzie. Ładny wydałem rozkaz, prawda? Jesteś pod wrażeniem? Nie myślałaś, że jestem zdolny do czegoś takiego?
— Nie, statku, nie myślałam. — Uśmiechnęła się wbrew sobie.
— I na koniec jeszcze jedno, Antoinette. Służba pod twoją komendą była przyjemnością. Przyjemnością i zaszczytem. Teraz, proszę, odejdź i znajdź sobie inny statek, najlepiej coś większego i lepszego. Jestem przekonany, że będziesz świetnym kapitanem.
Wstała.
— Obiecuję, wykonam to jak najlepiej.
— Nie mam co do tego wątpliwości. Podeszła do drzwi i na progu zawahała się.
— Żegnaj, Lyle — powiedziała.
— Żegnaj, panienko.
CZTERDZIEŚCI
Drżał, gdy go wyciągano z otwartej kasety jak z macicy. Czuł się jak uratowany w zimie topielec. Obraz twarzy otaczających go ludzi wyostrzył się i zogniskował, ale w pierwszej chwili nikogo nie rozpoznawał. Ktoś owinął mu ramiona watowanym kocem termicznym. Patrzyli na niego bez słowa, zgadując, że nie jest w nastroju do rozmowy i będzie chciał najpierw samodzielnie zorientować się w otoczeniu.
Clavain przez kilka minut siedział na brzegu kasety, aż zebrał w nogach tyle sił, by pokuśtykać przez pomieszczenie. Potknął się w ostatniej chwili, ale zrobił to zgrabnie, jakby nagle postanowił oprzeć się o podporę opancerzonej ramy iluminatora. Zerknął przez szybę. Widział tylko swe widmowe odbicie zawieszone na pierwszym planie. Twarz wydawała się dziwnie pozbawiona oczu — w oczodołach tłoczyły się cienie równie czarne jak próżnia w tle. Miał ostre wrażenie deja vu: czuł, że był już tu wcześniej i przyglądał się swojej podobnej do maski twarzy. Pruł nić wspomnień — doprowadziła go do misji dyplomatycznej ostatniej szansy; jego prom opadał na okupowanego Marsa; czeka go konfrontacja z dawną przeciwniczką i przyjaciółką o imieniu Galiana; nawet wtedy, czterysta lat temu — teraz jest to już więcej — czuł się zbyt stary na ten świat, zbyt stary na rolę, w której go siłą obsadzono. Gdyby wtedy wiedział, co go spotka, albo by się roześmiał, albo zwariował. Miał wrażenie, że to już schyłek życia, a jednak od narodzin dzieliła go wtedy jedynie chwila. W pamięci te wspomnienia zlewały się ze wspomnieniami z dzieciństwa.
Powiódł wzrokiem po ludziach, którzy go wybudzili, a potem znowu spojrzał na sufit.
— Przygaście światło — powiedział ktoś.
Odbicie twarzy zniknęło. Teraz widział nie tylko czerń. Zobaczył rój gwiazd, ściśnięty w jednej półkuli nieba. Czerwienie, błękity, złoto i mroźne biele. Gwiazdy różnej jasności. Nie widział jednak znajomych konstelacji. Ale gwiazdy grupowały się w jednej części nieba, co oznaczało, że nadal mieli szybkość relatywistyczną, stale ocierali się o szybkość światła.
Clavain odwrócił się do otaczających go osób.
— Była bitwa?
— Tak Clavainie — odparła blada, ciemnowłosa kobieta. Mówiła ciepłym tonem, ale bez całkowitej pewności, jakiej Clavain oczekiwał. — Już po bitwie. Zwarliśmy się z trzema statkami Hybrydowców. Zniszczyliśmy jeden i uszkodziliśmy pozostałe dwa.
— Tylko uszkodziliśmy?
— Symulacje nie całkiem się udały — odparła kobieta. Podeszła do Clavaina i podetknęła mu pod nos kubek z brązowym płynem. Spojrzał na jej twarz i włosy. Miała coś znajomego w ruchach, coś, co wywołało te same stare wspomnienia, które nawiedziły go przed chwilą. — Masz, wypij to. Medmaszyny regenerujące z arsenału llii. Postawią cię na nogi.
Clavain wziął kubek i powąchał wywar. Pachniał czekoladą, a Clavain oczekiwał zapachu herbaty. Upił łyk.
— Dziękuję — powiedział. — Czy mogę spytać, jak się nazywasz?
— Proszę bardzo — odpowiedziała. — Jestem Felka. Znasz mnie dość dobrze.
Spojrzał na nią i wzruszył ramionami.
— Wydajesz się znajoma…
— Wypij. Sądzę, że tego potrzebujesz.
Pamięć wracała mu przypływami — tak wraca do życia miasto po awarii zasilania: ulica po ulicy, urządzenia i światło jąkają się i migają, a potem zaczynają funkcjonować normalnie. Czuł się dobrze, ale stosowano kolejne terapie medmaszynowe, każda z nich obsługiwała specyficzny obszar aktywności w mózgu. Aplikowano je w dozach coraz staranniej dobranych. Clavain grymasił i współpracował z ogromną niechęcią. Pod koniec kuracji stwierdził, że nie chce już nigdy widzieć ani naparstka czekolady.
Po kilku godzinach uznano go za neurologicznie zdrowego. Nadal nie wszystko pamiętał precyzyjnie, ale powiedziano mu, że jest to w granicach błędu zwykłej amnezji towarzyszącej fudze zimnego snu i że jego pamięć nie wykazuje jakichś niefortunnych ułomności. Dali mu lekką tablicę biomonitora, przydzielili patykowatego brązowego serwitora i pozwolili chodzić, gdzie chce.
— Powinienem wiedzieć, dlaczego mnie obudziliście.
— Dojdziemy do tego później — odparł Scorpio, który chyba tu dowodził. — Nie ma pośpiechu, Clavainie.
— Ale zakładam, że trzeba będzie podjąć jakąś decyzję?
Scorpio spojrzał na kobietę — też najwyraźniej jedną z przywódców — nazywaną Antoinette Bax. Miała szerokie oczy, nos usiany piegami i Clavain czuł, że ma o niej wspomnienia, które trzeba jeszcze odkopać. Ledwie dostrzegalnie kiwnęła głową.
— Nie budzilibyśmy cię, Clavainie, żebyś podziwiał widoki — oznajmił Scorpio. — To kawał gówna, nawet przy zgaszonych światłach.
Gdzieś w sercu ogromnego statku istniało miejsce, które jakby należało do całkowicie odmiennej części wszechświata. Polana, trawa, drzewa i syntetyczne błękitne niebo. W powietrzu krążyły holograficzne ptaki: papugi, dzioborożce i im podobne. Szybowały z drzewa na drzewo, a ich ogony błyskały barwami podstawowymi. Wodospad w oddali wyglądał podejrzanie prawdziwie, przysłonięty niebieskawą mgiełką w miejscu, gdzie wpadał do małego ciemnego jeziora.