Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 4 5 6 7 8 9 10 11 12 ... 81
Перейти на страницу:

Prawda, która wyszła z jego ust, przenikała do pijanego umysłu szlachcica wolno niczym ostatki piwa z beczki… Izmajłow, Golicyn, Radiszczew byli ludźmi Dworu… Cie-ka-we… Wyborny koncept… He, he…

I nagle uświadomił sobie, że dał im się złapać w pułapkę.

Słudzy pokazywali go sobie spoconymi paluchami, grubymi jak serdele. Podchodzili bliżej, niczym do dziwnego zjawiska, stając za plecami Izmajłowa i jego kompanów. Śmiali się, podrwiwali.

— Pij, Jacku Aleksandrowiczu — wycharczał Golicyn. — Ale może ty nie chcesz z nami biesiadować? Śmierdzimy ci, Laszku, my, błahoczestwi chrześcijanie?!

Co robić? Wyjąć szablę? — bełkotał w myślach Dydyński. Pewna śmierć… Zagryzł wargi, dusząc zawroty głowy. Zacisnął dłonie na krawędzi stołu, powodowany tym jednym: byle tylko wstać, utrzymać się na nogach i nie zwalić z ławy na pośmiewisko Moskalom. Zwalczyć słabość, utrzymać się na rozkołysanej podłodze…

Wstał zatem. Powoli, rozstawiwszy szeroko nogi, jakby izba miała stanąć dęba.

— Ty, Liach, pokaży szablu! — zakrzyknął jeden z tamtych, wyższy o głowę od stolnikowica, zuchowaty, kosooki i zarośnięty aż po same oczy jak soból z moskiewskiego boru. — Daj, co przy boku nosisz!

Dydyński szarpnął za szablę. Źle, bo potrącił łokciem bratym z gorzałką, który przewrócił się, rozlewając szeroką strugą mętny płyn. Moskale zaszemrali; szlachcic zachwiał się, chwycił naczynie — za późno. Jeszcze gorzej, bo kosooki podskoczył doń z tyłu, pociągnął za rękojeść węgierki, rozbrajając stolnikowica równie łatwo co dziecię w powijakach. Nie trzeba było tyle pić, doszło do głowy pana Jacka razem z pijacką czkawką. Wciągnął powietrze, przez chwilę nie oddychał.

Pomogło, rozjaśniło się w głowie; wolno jak koń w kieracie składał strzępy myśli.

— Raz, dwa, trzy! I tak, i tak! — warczał kosooki, fechtując szablą. — I tak go, i tak! Patrzcie, bracia, ja mam szablę, ja teraz Lach! Klękać przede mną, batiuszkowie!

— Oddaj! — wycharczał Dydyński, postąpił trzy rozkołysane kroki do przodu z wyciągniętą ręką. — Oddaj, co nie twoje.

— To już nie moje! — rzucił Moskal i zanim szlachcic złapał go za ramię, cisnął węgierkę kolejnemu kompanowi. Ten przeciął powietrze błyszczącą klingą, zawinął nieporadnego młyńca; widać rękę bardziej wprawioną miał do rąbania drwa niż do szabli. Stolnikowic postąpił krok w jego stronę, a wówczas pachoł przekazał broń dalej, szczerząc w uśmiechu białe, równe zęby.

Dydyński zakołysał się na rozstawionych szeroko nogach. Spoglądał na wrogie oblicza Moskali. Na pijanych pocztowych. Na pistolety z kurkami opuszczonymi na panewkę, które nagle pojawiły się w rękach Radiszczewa i Izmajłowa.

Pozbierał się, bo wiedział, że wszystko skończone. I raz jeszcze postawił całą rzecz na jedną kartę.

— Dość już — wycharczał, szukając wzrokiem oczu Izmajłowa — tej błazenady. Hej, ojczulku, gadaj zaraz, jakie są nowe rozkazy z Dworu… Od Starca?

Moskal spojrzał nań, odsunął na bok rękę z pistoletem.

— A skąd ty wiesz, Lachu, co to jest Dwór?

— Wiem nawet, co to Niedźwiedzi Chrest, bo całowałem go, wypowiadając Słowo i przysięgając w imię Najwyższego słu-ży-ć Starcowi do końca.

Moskale zamarli. Dydyński, choć pijany, wyczuł może nie zmianę ich zamiarów, ale wahanie. Kosooki popatrzył pytająco na Izmajłowa, a z samego grymasu jego zarośniętej gęby Dydyński wyczytał nieme pytanie: Prać, batiuszka?!

— Ty, Izmajłow, poskrom mużyków! — rzekł Dydyński z udawaną złością, choć tak naprawdę, gdyby nie był pijany, pewnie trząsłby się jak liść osiki. — Służę Dworowi. I zapytuję: jakie są rozkazy? Co w sprawie Dymitra, którego nie udało się porwać pod Samborem i dostarczyć żywcem do Starca?

— Służysz Dworowi? Doprawdy? — Izmajłow pozostał chłodny i obojętny. — A cóż to Jakiego Dwór? Chyba dwór cara Borysa, naszego gosudara preswietnego?

— Nie obracaj kota ogonem! Wiesz równie dobrze jak ja, co to Dwór Starca!

— I o tym słyszałeś? — rzekł cierpko Izmajłow. — A więc dobrze, Lachu. Sprawdzimy, co wiesz o Dworze. Mamy czas. Mamy dużo czasu. Patrz!

W wyciągniętej ręce kołysał się mały drewniany chrest z łbem niedźwiedzia.

Dydyński nie czekał ani chwili dłużej. Runął na kolana przed Izmajłowem, uchwycił krzyż, podniósł go do ust.

— To ku czci Trojcy Swiatej. Ku pamięci Marii Przeczystej Dziewicy.

Izmajłow spojrzał na niego, jakby zobaczył ducha.

— Płocho, płocho całujet! — zakrzyknął Golicyn, ale widać było, że jest poruszony.

— Skąd to zna? Kto to? Jak? — bełkotał podpity Radiszczew.

— Słowo! — Dydyński wbił oczy w oblicze Izmajłowa. — Mów Słowo, suczy synu. Słowo, co było na początku. U waszego Boha!

— Az jesm' s wami i niktoże na wy — wybełkotał bojarzyn.

— Jakie są rozkazy od Starca?! — zagrzmiał Dydyński, gramoląc się z kolan, co zważywszy na jego stan pomroczności, przypominało nieco syzyfowe prace. — Co masz mi do przekazania?!

— Nic… nie wiem — rzekł Izmajłow kompletnie zbity z pantałyku. — Jesteśmy tu osamotnieni. Tropili nas ludzie cara Borysa, ale poukręcałem im łby… Ale czekajże, Jacku Aleksandrowiczu! Wstrzymaj się z pytaniami i zaspokój najpierw naszą ciekawość. Jak to jest, że ja, zakrystianin Dworu, nigdy nie słyszałem o tobie?!

Jednym ruchem Dydyński wyszarpnął z ręki Moskala Niedźwiedzi Chrest. Odwrócił się, podskoczył do gruby i cisnął krzyż prosto w płomienie.

Izmajłow wrzasnął niby żgnięty nożem, skoczył do pieca, zatrzymał się z wyciągniętą ręką.

— Wot pizda gorbataja! — ryknął wściekle. — Poszeł ty w buju, bliadyn syn! Coś ty zrobił, Lachu! Łapcie go, z ognia ratujcie!

Służba bojarska zafalowała, jedni wyciągnęli pistolety w stronę Dydyńskiego, inni skoczyli do gruby — nie wiedzieli, kogo ratować i łapać — Lacha czy krzyż. Ale było już za późno; Chrest sczerniał, zmalał, sczezł w płomieniach.

A Jacek nie czekał. Widząc, że lufa pistoletu bojarzyna nie mierzy już w jego głowę, skoczył na Moskala. Był pijany, słabo utrzymywał się na nogach, potknął się, uderzył kolanem w deski podłogi i zerwał, wkładając w utrzymanie równowagi tyle trudu co w przetoczenie stuwiadrowej beczki piwa. Chciał odtrącić Izmajłowa i biec do drzwi, lecz bojar wrzasnął przeraźliwie, zszedł mu z drogi. Szlachcic uderzył go ramieniem, omal nie upadł.

1 ... 4 5 6 7 8 9 10 11 12 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)