Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 81
Перейти на страницу:

Wypił do dna, aż zakurzyło mu się z czupryny. Wino jak wino, nie wykrzywiało szlacheckiego gardła, niestety, do uczciwego węgrzyna i pospolitej małmazji było mu równie daleko co kwasowi chlebowemu do ambrozji greckich bogów.

Bojarzy wiercili się jak na rozżarzonych węglach i ledwie doczekali końca przemowy, bo służba podała wreszcie dania główne. W głębokich misach i bliudach, to jest półmiskach, wylądowała przed nimi świńska tłuścizna, zające w rosole i kapłony pieczone na rożnie. A poza nimi pochmielie — baranina podana na zimno, zmieszana z ogórkami i rosołem ogórecznym z pieprzem.

Izmajłow sam osobiście pokroił mięso, nałożył gościowi na chleb. Dydyński uradował się na widok solniczki, pierecznicy i gorczycznicy — jak każdy szlachcic lubił jeść kwaśno, ostro i szafranno, a moskiewski powar, czyli kucharz, gospodarował korzeniami równie oszczędnie co lichwiarz umarłym kredytem.

Mięso nie zostałoby pochłonięte tak szybko, gdyby nie podlewano go winem. I trzeba przyznać, że w spełnianiu kolejnych toastów — coraz bardziej nieskładnych — szlachcic polski dostrzegł w moskiewskich bojarach bratnią duszę. Szacunek dla Bachusa i miłość do mocnych trunków zdawały się wspólną cechą ludów tej części świata. Moskale naprawdę umieli pić! To była cecha, która mogła gwarantować pewne i trwałe postępy w brataniu się obu nacji.

Izmajłow i jego kompani wpatrywali się w Dydyńskiego niczym cielę w malowane wrota. A kiedy wreszcie korowód potraw doszedł do polewek i do izby wniesiono misy pierogów z farszem baranim i zajęczym, kaszą, gryką, a razem z nimi czarną uchę z goździkami, Radiszczew przepił do Jacka winem. Dydyński odwzajemnił toast, gdy zaś bratym przeszedł do rąk Izmajłowa, bojarzyn pochylił się w stronę pana stolnikowica.

— Jacku Aleksandrowiczu, nie gniewajże się na przyjaciół, bo rzadka to rzecz gościć u nas, w carstwie prawosławnym, nie dość, że znamienitego cudzoziemca, to jeszcze Lacha, carskiego łycara i powiernika.

— Słyszałem, słyszałem — odparł Dydyński, próbując uchy tak gęstej, że łyżka stała w niej na sztorc, jak rohatyna wbita w plecy Moskwi… to jest w tych okolicznościach raczej w rzyć martwego pludraka — że wam bez carskiej gramoty nie wolno jechać nie tylko za granicę, ale nawet w odwiedziny do sąsiada. Włos się na głowie jeży, kiedy pomyślę, że żyjecie tu, mości panowie, niczym za murem, odgrodzeni nie tylko od Rzeczypospolitej, ale od całej Europy — ba! — od reszty świata.

— Ha, ha, ha — zaśmiał się Radiszczew i pokiwał głową. Nie czekając na służbę i gospodarza, zagarnął z talerza pokaźną porcję pierogów, jeszcze zanim Dydyński zdołał ich skosztować.

— A cóż dobrego przyjść może — zamruczał Golicyn — z Litwy, z Niemczyzny dla nas, ludu prawosławnego, rabów bożych? Nic, jeno zgorszenie, nieprawość i wszeteczne zaprzaństwo. A dzisiaj pułki Dymitriaszki.

— Wojska Dymitra — rzekł Dydyński, odkładając łyżkę — i my, Polacy, przyszliśmy tu, aby wybawić was od tyranii cara Godunowa. Przynoszę wam wolność, mości panowie!

Chciał skinąć na Borysa, ale ten czuwał i sam dolał mu do pełna. Dydyński wstał, uniósł bratym z równym namaszczeniem jak ksiądz patenę w kościele.

— Za wolną Moskwę! — zakrzyknął. — Za to, abyście zaznali równych swobód co naród polski i litewski! Bez carskiego knuta! Bez tiurmy i kajdan! Wasze zdrowie, mości panowie bracia.

Spełnił toast do dna. Szkoda, że bratym był z metalu, bo chętnie rozbiłby go o swój podgolony łeb.

Moskale powstali, gdy wygłaszał toast, ale słysząc słowa stolnikowica, spojrzeli na siebie z wyrazem nieopisanego zdumienia, jak gdyby w ogóle nie wiedzieli, o czym mówi. Jedynie Radiszczew potakiwał. A przy okazji, kiedy znów usiedli, począł w pocie czoła zmiatać coraz większe porcje jadła.

— A cóż to jest owa wolność? — zapytał Izmajłow. — Cóż ona znaczy? Albo to jakowaś bogini pohańska? Niemiecka? Litewska?

— Wolność? To wolność — odrzekł nieco stropiony Dydyński. — Wolność jest szlachecka, polska. Oznacza swobodę, gdzie każdy człowiek samemu stanowi o swoim losie. Do tej pory wszystko zależało u was od woli jednego tyrana — miasta i ziemia, pole i zboże, woda i powietrze. Bez jego woli nie mogliście nawet pisnąć! Dymitr Iwanowicz wybawi was z niewoli po wsze czasy.

— Wasza wolność wam dobra, a nasza niewola nam — zahuczał Golicyn. — Albowiem wolność wasza, litewska, swawolą jest! U was możniejszy chudszego gnębi, wolno mu wziąć chudszemu majętność i samego zabić, a przez prawo wasze dochodząc sprawiedliwości, powlecze się z lat kilkanaście.

Tu pan Dydyński ugryzł się w język, aby nie wtrącić, iż jeśli szablę ma się przy boku, można rzecz radykalnie przyśpieszyć, a rzeczy nierozwiązywalne rozplątać jednym cięciem, jak ów gordyjski węzeł.

— U nas najbolszy[6] bojarzyn — kontynuował Golicyn — najchudszemu nic uczynić nie może, bo za pierwszą skargą car mnie od niego uwolni.

— I sam dla siebie wszystko zabierze — prychnął Dydyński. — Jak Iwan Groźny, co stworzył opryczninę i zagrabił własnym obywatelom połowę Księstwa Moskiewskiego!

— Jeśli sam car jaki mi bezprawie uczyni — mruknął Radiszczew na przekór Jackowi, który do tej chwili był święcie przekonany, że bojarzynka interesowała tylko i wyłącznie zawartość własnej misy — to jemu wolno jako Bohu, bo on karaje i żałuje.

Golicyn przeżegnał się na dźwięk carskiego imienia.

— U nas, Jacku Aleksandrowiczu — rzekł pojednawczo Izmajłow — inne są obyczaje. Ruś cała należy do Boga w Trójcy Świętej jedynego, którego ikoną jest na tej ziemi gosudar. Wszystko u nas, każdy kniaź, bojar, dworzanin, posadzki czy chołopiszka, ma swoje miejsce przynależne od stuleci, jedyne i niezmienne. Po co zatem to zmieniać, skoro wszystko idzie torem i trybem, który dawno temu Bóg nakazał, a gosudar nad Jego wolą czuwa? Nie zmienisz praw rządzących Rusią, choćby dlatego, że powstały równie dawno co cały świat.

вернуться

6

rus. — największy

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)