Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 81
Перейти на страницу:

— Patrzcie — rzekł Świrski, który na trzeźwo miał wzrok wilka, a po pijanemu — sokoli. — Piec świeżo podmalowany. Krew?

Dydyński zatrzymał się w pół kroku. Sięgnął do juków i wydobył kindżał. Przez chwilę ważył go w ręku, potem wsunął za cholewę buta, dla wszelkiego spokoju. A co jeszcze miał zrobić?! Spisać testament? Przecież nie wybierał się na kujawską biesiadę, gdzie szlachtę w tany porywała sama śmierć.

— Chyba nam gardeł nie urezają, mości Świrski. W gościach jesteśmy. Gość w dom, Bóg w dom.

— Znałeś, wasza mość, braci Rosińskich z Teleśnicy nad Sanem? Pan Krogulecki też u nich gość był, a głowę w świetlicy zgubił.

— Idziemy.

Izmajłow czekał na nich w gornicy, pod ścianą zawieszoną ikonami, kłaniając się może nie w pas, ale wystarczająco nisko, aby Dydyński poczuł się jak prawdziwy pan. Jednak po prawdzie nie wiedział, jak odwzajemnić jego honory — czy się po polsku przywitać podaniem ręki, czy może obłapić albo po prostu odkłonić?

Z kłopotu wybawił go Borys. Zdjął czapkę, przeżegnał się, spojrzał na ikony i trzykrotnie pokłonił się im, dotykając ziemi palcami, następnie zgiął się w pas.

— Błagodietielju mojemu i kormilicu rabski czełom biju — rzekł — kłaniajus stopam twoim, gosudaria mojewo, prosti memu okajaństwu, dozwol mojej chudosti[3].

Stolnikowic spojrzał na niego jak na małpę ze zwierzyńca Jana Zamoyskiego.

— Pokłońcie się trzy razy ikonom, ojczulku — wyszeptał Borys. — A potem gospodarzowi. Taki obyczaj.

Dydyński zdjął kołpak, przeżegnał się, ale po katolicku, skłonił głową gospodarzowi, spojrzał na ikony. I starczy. Nie było nawet mowy o tym, aby on, szlachcic polski, bił czołem Moskalowi, choćby się niebo zapaść miało.

Świrski pokłonił się, a Nieborski, który szedł z tyłu, tak zagapił się na ikony i obcych ludzi, że potknął się o próg, omal nie wyrżnął głową w deski. Wpadł między służbę Izmajłowa jak kula z armaty, ledwie któryś z pachołków ze śmiechem złapał go pod pachę.

Dydyński rozejrzał się ciekawie, bo choć nie pierwszy raz był w dostatnim moskiewskim domu, dopiero teraz miał czas, by przyjrzeć się sprzętom, ludziom i świętym obrazom. Jak się domyślisz bowiem, Drogi Czytelniku, uwaga pana stolnikowica, gdy wraz z panem Przybyłowskim gościł u czernihowskiego kupca, była skupiona na sprawach bardziej przyziemnych — jak skrzynie i sakwy wypełnione brzęczącym grosiwem.

— Jacku Aleksandrowiczu, preswietny sługo gosudara naszego — rzekł bojarzyn — poznakomijże się z gośćmi moimi i druhami — mówił, prowadząc Dydyńskiego do stołu, przy którym zasiadało dwóch Moskali w kołpakach i szubach obszytych tak grubym futrem, że ich rękawy przywodziły na myśl niedźwiedzie łapy. — Oto bojar Mikołaj Siemionowicz Golicyn i poddiaczy Fiodor Iwanowicz Radiszczew.

Pierwszy był stary, z brodą jak wiecheć słomy, a drugi z bródką podgoloną w szpic, po tatarsku. Tak przedstawiała się zasadnicza różnica między Moskalami, bo obaj byli po równo zarośnięci pod oczy i w futrzanych czapach. Podnieśli się ociężale, ale kiedy przyszło do powitań, Dydyński znów miał okazję, aby podziwiać nadzwyczajną giętkość moskiewskich karków. Młody Radiszczew i gruby Golicyn skłonili karki z równą łatwością co młode topole uginające się pod powiewem wichru. Zdaje się, że mieli nawet ochotę obłapić się z Jackiem, ale szlachcic jakoś nie był chętny do niedźwiedzich poufałości.

— Bijut[4] czołem, Jacku Aleksandrowiczu — rzekł Golicyn, taksując szlachcica bacznym spojrzeniem jak kupiec na targu.

— Siadajże, waszmość panie, koło gospodarza — syknął Borys. — Ja was, dobrodzieju, obsłużę.

Dydyński usiadł u szczytu stołu, na ławie pod rzędami ikon, na wprost Moskali, którzy przyglądali mu się z ukosa, ukrywając wszakże swe zamiary pod gęstymi brodami. Świrskiego i Damiana usadzono w drugim kącie, przy stole dla służby, co trochę nie podobało się Jackowi. Borys przycupnął z boku, gotów służyć na każde skinienie szlachcica.

Izmajłow klasnął w ręce siarczyście, aż echo poszło po izbie, i tym znakiem rozpoczął pir, to jest ucztę, a właściwie spóźnioną wieczerzę.

Służba była wyszkolona jak na królewskim dworze w Krakowie. Uwijała się żwawo, podając kolejne potrawy, część stawiając na stół, inne trzymając w rękach, póki goście nie pojedli lub przynajmniej nie pokosztowali.

Porządek uczty w porównaniu z tym, co Jacek pamiętał z Polski, odwrócony był na wspak. Zamiast pieczystego podano wety. Kolejno lądowały przed nimi kołacze brackie z pszennej mąki, potem karabaj, to jest chleb z serem. Kisiele z mlekiem tudzież słodkie szyszki zastąpić miały polskie cukry i marcepany. I nie można powiedzieć, aby Dydyński rad był temu wszystkiemu. Chleb podano tylko Izmajłowowi, który po chwili zaczął wywoływać gości po imieniu i otczestwie, po czym obdarowywał ich grubymi pajdami. Talerzy nie było. Zamiast nich podano po prostu czerstwe kołacze. O noże, a zwłaszcza łyżki, nie warto było nawet pytać. A Jacek z wrodzonej wyrozumiałości dla moskiewskich obyczajów nie wspomniał nawet o nowomodnych widełkach do przytrzymywania mięsa. Jeszcze by się skojarzyły Moskwie z diabelskimi widłami.

— Błagodietielju, Jacku Aleksandrowiczu, czełom biju — zakrzyknął Izmajłow, wznosząc srebrny bratym, czyli puchar, a stolnikowic zdziwił się, że mieszkańcy tego kraju nie mieli guzów na łbie od tego bezustannego czołobicia. — Dobrego zdrowia żełaju[5] i wszystkiego, co dobre!

Toast był krótki, ale po Moskalu trudno było spodziewać się retoryki godnej Demostenesa. Szybko osuszył naczynie do dna, lejąc trunek w gardło jak w spróchniałą sosnę. Puchar przeszedł w ręce Dydyńskiego, Borys usłużnie nalał aż po brzegi czerwonego wina, podał panu, trzymając w obu rękach, jak najdoskonalszy sługa. Kto, do diaska, wyuczył go dworskich manier?

— Wielmożni, uprzejmi i wielce mnie mili mości panowie bracia Moskale — rzekł Dydyński staropolskim obyczajem — wielce mnie miły mości panie bracie Iwanie Jakowlewiczu Izmajłowie i wy — zacni i przytomni panowie bojarzy. Będąc tu, w Wielkim Księstwie Moskiewskim, chcę wznieść toast za zdrowie i powodzenie naszego gospodarza. Za wieczny pokój i braterstwo Rzeczypospolitej i Moskwy! Obyśmy was, mości panowie, przypuścili do herbów i godności jak ongiś naszych braci Litwinów. Bodaj teraz, po szczęśliwym zakończeniu peregrynacji Dymitra, takich siła i polska, i moskiewska kraina zrodziła przyjaciół! Za przyjaźń. Za szczęście! I za nasze powodzenie.

вернуться

3

rus. — Dobroczyńcy i chlebodawcy niewolnik czołem bije, kłaniam się stopom twoim, panie mój, wybacz me zuchwalstwo, zezwól na moją biedę

вернуться

4

rus. — Biję

вернуться

5

rus. — życzę

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)