Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pierworodny
Pierworodny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierworodny

Электронная книга - «Pierworodny». Краткое содержание книги:

Silvanos, dostojny założyciel zjednoczonego państwa elfów znanego jako Silvanesti, umiera i zostaje pochowany w kryształowym grobowcu. Tron Mówcy Gwiazd przechodzi na jego syna — Sithela, który sam jest ojcem dwóch bliźniaczych synów. Książęta Sithas i Kith-Kanan reprezentują rodzące się w narodzie nowe frakcje. Niestabilna sytuację starają się wykorzystać wrogowie — zarówno ci zewnętrzni jak i wewnętrzni. Nieznani najeźdźcy pustoszą dalekie prowincje państwa, narastają niepokoje wśród ludu, mnożą się kolejne spiski pałacowe. Drogi rywalizujących ze sobą braci rozchodzą się. Obaj zmuszeni będą dokonywać dramatycznych wyborów, które położą kres jedności i zadecydują o losach ich rodziny i wszystkich elfów...
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 86
Перейти на страницу:

— Cóż, tak! Jest niczym słonecznik w żywopłocie ostów...

Kith-Kanan wskoczył na siodło.

— Na Astarina! Zaczynasz mówić niczym bard! Dobrze, że zabieramy cię z miasta. Słysząc z twoich ust takie słowa, Anaya na pewno by cie nie poznała!

Wojownicy ruszyli w pięcioosobowych kolumnach za Kith-Kananem i Mackelim, zawracając z gracją, gdy książę prowadził ich krętą Drogą Paradną. Zgromadzeni silvanestyjczycy ryknęli z aprobatą, a ich wrzask szybko przerodził się w miarowe skandowanie:

— Kith-Kanan, Kith-Kanan, Kith-Kanan...

Monotonnie okrzyki trwały nieprzerwanie, podczas gdy oddział zmierzał w kierunku brzegu rzeki. Tam na wojowników czekały już dwie barki. Kith-Kanan i Dzicy Biegacze weszli na pokład i chwilę później ogromne żółwie odbiły od brzegu. Mieszkańcy Silvanostu, którzy zgromadzili się nad rzeką, wykrzykiwali imię Kith-Kanana aż do chwili, gdy obie barki zniknęły za ciemnym pasem zachodniego brzegu.

26

Wczesne lato, rok Barana

Drużyna lorda Dunbartha załadowała cały swój dobytek na wozy i przygotowała się do wyjazdu. Żegnał ich Sithas w towarzystwie straży honorowej.

— Pogoda jest dużo lepsza, niż kiedy tu przybyłem — zauważył Dunbarth. Krasnolud najwyraźniej pocił się pod grubym, wełnianym płaszczem i kamizelką. Do Silvanostu zbliżało się lato, a wraz z nim wiejący od strony rzeki ciepły, łagodny wiatr.

— W rzeczy samej — odparł uprzejmie Sithas. Pomimo zawodowej rezerwy Dunbartha, Sithas lubił starego krasnoluda. Była w nim naturalna dobroć. — W swoim powozie znajdziesz, panie, skrzynię złocistego nektaru — rzekł książę. — Z wyrazami uznania lady Nirakiny i mymi własnymi.

— Ach! — Krasnolud wyglądał na szczerze wzruszonego. — Wielkie dzięki, szlachetny książę. Z pewnością podzielę się nim z moim królem. Ceni on sobie elfi nektar prawie tak bardzo jak krasnoludzkie piwo.

Eskorta ambasadora, powiększona o dwudziestoosobowy oddział elfiej straży honorowej, przemaszerowała obok wozów. Dunbarth i jego sekretarz Drollo wdrapali się do wnętrza metalowego powozu. Chwilę później ambasador odsłonił delikatne, siatkowane zasłonki i wyciągnął w kierunku Sithasa zdobioną licznymi pierścieniami dłoń.

— W Thorbardinie podczas rozstań życzymy naszym przyjaciołom długiego życia. Wiem jednak, że przeżyjesz mnie o cale wieki — rzekł Dunbarth z iskrą w oku. — Co zatem mówią elfy, kiedy nadchodzi czas rozstań?

— Mówimy: „Błogosławieństw Astarina" i „Niechaj twa droga usłana będzie zielenią i zlotem" — odparł Sithas. Po tych słowach mocno ścisnął krępą, pomarszczoną dłoń ambasadora.

— A zatem, książę Sithasie, niechaj twa droga usłana będzie zielenią i złotem. Ach, mam jeszcze dla ciebie pewną wiadomość. Nasza lady Teralind nie jest tym, za kogo się podaje.

Sithas zmarszczył brwi.

— Czyżby?

— Jest najstarszą córką imperatora Ullvesa. Sithas wyraził zdziwienie.

— Doprawdy? To ciekawe. Dlaczego mówisz mi to teraz, mój panie?

Dunbarth starał się ukryć swój uśmiech.

— Umowa została zawarta, nie ma więc potrzeby dłużej ukrywać prawdy ojej pochodzeniu. Widzisz, spotkałem ją już wcześniej. W Daltigoth. Hmm, myślałem, ze twój szlachetny ojciec zechce o tym wiedzieć, tak aby mógł... hmm... wyprawić jej iście królewskie pożegnanie.

— Mój panie, jak na takiego młodzika jesteś niezwykle mądry — odparł Sithas, szczerząc zęby w uśmiechu.

— Dobrze by było, gdybym faktycznie był młody! Żegnaj, książę! — Dunbarth zastukał w bok powozu — Ruszaj!

Po powrocie do pałacu Sithas został wezwany do kwater Ergothu. Tam czekali już na niego ojciec i matka, a także jej osobisty dworzanin Tamanier Ambrodel. Książę natychmiast poinformował ich o rewelacji lorda Dunbartha.

W dalekim końcu komnaty Teralind nerwowym, podniesionym głosem wydawała swym służącym ostanie rozkazy. Suknie z ciężkiego aksamitu i delikatnej ku pakowane były do skrzyń, które następnie szczelnie zamykano. W ratanowych koszach grzechotały liczne kosmetyki. Kasetka, w której umieszczono biżuterię Teralind została opatrzona ciężką kłódką i oddana pod opiekę jednemu z żołnierzy.

Sithel zbliżył się do pogrążonego w chaosie miejsca. Zatrzymał się pośrodku komnaty, zakładając ręce do tyłu. Widząc to, lady Teralind nie miała wyjścia, jak tylko porzucić pakowanie i podejść do Mówcy. Chwilę później odgarnęła z twarzy pasemko włosów i dygnęła przed Sithelem.

— Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? spytała tonem, który sugerował raczej, ze obecność Sithela wcale nie jest czymś zaszczytnym.

— Właśnie doszły mnie słuchy, te zaniedbałem swoje obowiązki — zauważył ironicznie Sithel. — Powitałem cię i twojego męża, jak przystało witać ambasadorów, podczas gdy powinienem był uczynić to z większym zaszczytem. Nieczęsto goszczę bowiem pod mym dachem cesarską księżniczkę.

Broda Teralind zadrżała nerwowo.

— Co takiego? — mruknęła.

— Z całą pewnością nie wypierasz się swego ojca? Koniec końców, jest przecież imperatorem.

Napięcie, jakie odczuwała kobieta, opadło i Teralind wyprostowała się nieznacznie, przybierając nieco bardziej odprężoną, choć wciąż królewską pozę.

— Teraz to nieważne. Wasza Wysokość ma rację. Jestem Xanille Teralind, pierwsza córka Jego Cesarskiej Mości Ullvesa X. — Znowu odgarnęła z twarzy zabłąkany kosmyk włosów. — Jak się dowiedziałeś?

— Rozpoznał cię lord Dunbarth. Jednak dlaczego skrywałaś przed nami swą tożsamość? — spytał zaciekawiony Sithel.

— Aby chronić samą siebie — zapewniła. — Mój maż jest bezsilnym kaleką. W czasie naszej długiej podróży z Daltigoth mijaliśmy regiony, których mieszkańcy nie darzą mego ojca szczególną miłością. Czy możesz wyobrazić sobie niebezpieczeństwo, któremu musielibyśmy stawić czoło, gdyby każdy bandyta i watażka wiedział, że jestem cesarską księżniczką? Potrzebowalibyśmy wówczas stokrotnie większej eskorty niż ta, z którą przybyliśmy. A co poczułby Wasza Wysokość, gdybym pojawiła się w Silvanoście, stojąc na czele tysiąca wojowników?

— Masz rację. Pomyślałbym, że próbujesz mnie zastraszyć — odparł z sympatią Sithel. Następnie spojrzał na Tamaniera Ambrodela. Dworzanin wręczył Mówcy niewielki zwój welinowego papieru i choć Sithel ścisnął go w dłoni, wciąż jednak go nie otworzył.

Książę z uwagą obserwował ojca, matkę i Tamaniera. Co zamierzali uczynić? Nikt nie powiedział mu, co się wydarzy, a z całą pewnością coś wisiało w powietrzu.

— Gdzie, moja pani, jest twój seneszal? — spytał spokojnie Sithel.

— Ulvissen? Nadzoruje ładowanie mych bagaży. Dlaczego chcesz wiedzieć? — Pytanie Mówcy sprawiło, że Teralind przyjęła pozycję obronną.

— Czy zechciałabyś go przywołać? Chciałbym porozmawiać z tym człowiekiem.

Chwilę później Ulvissen opuścił dziedziniec, na którym ładowano ergothiańskie wozy, i wszedł do komnaty. Miał na sobie strój z grubej wełny, w którym wraźnie było mu za gorąco w ogrzanym pomieszczeniu. Pokłonił się Teralind i Sithelowi.

— Wasza Wysokość chciał ze mną rozmawiać? — spytał z zakłopotaniem.

— Tak. Ponieważ jest to dzień niespodzianek, nie widzę powodu, dla którego ty także nie miałbyś stać się ich częścią. — Sithel otworzył dłoń, pokazując skrawek welinu, — Mam tu raport przygotowany przez księcia Kith-Kanana, tuż przed jego wyjazdem na zachód. Opisuję w nim bandytę, półczłowieka, którego spotkał w lasach, a którego imię brzmi Voltorno. Wiele miesięcy temu mój syn spotkał tegoż Voltorna w towarzystwie grupy ludzi. Twierdzi on, panie, że jesteś jednym z nich.

Ulvissen przeniósł wzrok z welinowego zawiniątka na twarz Mówcy, jednak jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)