Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pierworodny
Pierworodny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierworodny

Электронная книга - «Pierworodny». Краткое содержание книги:

Silvanos, dostojny założyciel zjednoczonego państwa elfów znanego jako Silvanesti, umiera i zostaje pochowany w kryształowym grobowcu. Tron Mówcy Gwiazd przechodzi na jego syna — Sithela, który sam jest ojcem dwóch bliźniaczych synów. Książęta Sithas i Kith-Kanan reprezentują rodzące się w narodzie nowe frakcje. Niestabilna sytuację starają się wykorzystać wrogowie — zarówno ci zewnętrzni jak i wewnętrzni. Nieznani najeźdźcy pustoszą dalekie prowincje państwa, narastają niepokoje wśród ludu, mnożą się kolejne spiski pałacowe. Drogi rywalizujących ze sobą braci rozchodzą się. Obaj zmuszeni będą dokonywać dramatycznych wyborów, które położą kres jedności i zadecydują o losach ich rodziny i wszystkich elfów...
1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86
Перейти на страницу:

Kith-Kanan przyglądał się depeszy napisanej ręką swego bliźniaka. Świta Sithela była wielka i poruszała się powoli, miną więc przynajmniej dwa tygodnie, zanim dotrze do Sithelbec. Nawet przy tak długim czasie budowa fortecy nie zostanie w porę ukończona. Kith-Kanan nawoływał swych żołnierzy, by robili, co tylko w ich mocy, a mimo to oszczędzali swe siły do walki; nawet jeśli bandyci stali się taką samą rzadkością, jaką był rześki wiatr w czasie parnych i upalnych letnich nocy.

Kiedy na horyzoncie pojawiły się pierwsze sztandary Sithelowej świty, praca wciąż była jeszcze niedokończona. Kith-Kanan zwołał wszystkie patrole i ustawił swych wojowników przed bramami Sithelbec.

Dzicy Biegacze patrzyli z podziwem, kiedy ich oczom ukazać się towarzysząca Mówcy eskorta. Najpierw pojawiło się czterdziestu konnych strażników, uzbrojonych w długie lance. Na szczytach lśniącej broni powiewały silvanestyjskie proporce. Za nimi szła straż honorowa i licząca sześćdziesiąt dwie osoby grupa szlachty, niosąca sztandary klanu Silvanosa, miasta Silvanost, wielkich świątyń, najważniejszych gildii, a także mniejszych silvanestyjskich miast. Szlachcice tworzyli swoisty kwadrat przed — idącymi tuż za nimi — lansjerami. Dalej szedł Sithas w towarzystwie własnej, odzianej w szkarłat i bieli świty. Na samym końcu jechał Mówca Gwiazd, otoczony setką dworzan, z których wszyscy nosili barwy królewskiego domu. Resztę eskorty stanowili pozostali strażnicy, a także załadowane bagażami wozy.

— Na Astarina — mruknął Kith-Kanan. — Czy ktokolwiek jeszcze został w Silvanoście?

Szlachta rozdzieliła swe szeregi, lansjerzy odsunęli się na jedną stronę i na przedzie eskorty pojawił się Sithas.

— Witaj bracie. Czy wszystko w porządku? — spytał następca tronu.

Kith-Kanan wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Nie wszystko — odparł, spoglądając na Sithasa. — Ale radzimy sobie wystarczająco dobrze.

Przywódca Dzikich Biegaczy przeszedł przez kolumny konnych w kierunku swego ojca. Żołnierze, szlachta i dworzanie schodzili mu z drogi, z niemalże mechaniczną precyzją. I tak oto Kith-Kanan ujrzał Sithela, siedzącego na grzbiecie wspaniałego białego rumaka, ze złotym płaszczem udrapowanym wokół końskiego zada. Na czole władcy lśniła korona Silvanosa.

Kith-Kanan złożył ojcu głęboki pokłon.

— Witaj, Wielki Mówco!

— Witaj i ty, mój synu. — Sithel machnął szmaragdowobiałym berłem Silvanosa i Kith-Kanan wyprostował się. — Jak sobie radzisz?

— W większości przypadków dobrze, ojcze. Straż okazała się niezwykłym sukcesem. Akty grabieży ustały i do pewnego czasu wszyscy, których spotykaliśmy, byli po naszej strome.

Sithel położył berło na zgięciu ramienia.

— Do pewnego czasu? — spytał, marszcząc brew.

— Tak. Mieszkańcy lasów nie są chętni naszej pomocy. Wierzę jednak, że w końcu oni także przejdą na naszą stronę.

Rumak Mówcy potrząsnął głową i tańcząc powoli, zatoczył półkole. Natychmiast u boku Sithela pojawił się stajenny, który przytrzymał uzdę, podczas gdy Sithel pieszczotliwie poklepał śnieżnobiałą szyję zwierzęcia.

— Chciałbym usłyszeć o tym nieco więcej — rzekł z powagą, Kith-Kanan odebrał uzdę z rąk stajennego i poprowadził ojcowskiego rumaka w kierunku niedokończonej fortecy.

Ogromna formacja żołnierzy i dworzan rozproszyła się i na równinie, a także wokół palisady Sithelbec, wyrosło prawdziwe miasto namiotów. Mówca przeniósł do ukończonej części wieży, podobnie jak Sithas. Tam na chropowatym stole z zielonych dębowych desek. Kith-Kanan podał obiad i opowiedział o problemach z zaufaniem ze strony leśnych elfów.

— Cóż za zuchwalstwo — narzekał zajadle Sithas. — Uważam, że powinieneś tam iść i wyciągnąć tych drani siłą.

Kith-Kanan nie mógł uwierzyć własnym uszom. — I na zawsze uczynić z nich śmiertelnych wrogów, Sith? Znam Kagonesti. Ponad wszystko cenią sobie wolność i nie poddadzą się, nawet gdyby przyłożyć do ich gardła miecz. Dopóki nic zechcemy spalić całego lasu, nigdy nie zdołamy ich wypłoszyć. To ich żywioł; znają każdy jego zakątek. Jednak przede wszystkim to ich dom.

Nastała chwila ciszy, którą niebawem przerwał Sithel. — Jak polowania? — spytał uprzejmie.

— Znakomicie — odparł Kith-Kanan, zadowolony ze zmiany tematu. — Lasy aż roją się od zwierzyny, ojcze.

Przez chwilę dyskutowali o życiu w mieście. Lady Nirakina i Tamanier Ambrodel wciąż wkładali wiele wysiłku w pomoc bezdomnym. Budowa nowego targowiska została niemalże ukończona. Biorąc pod uwagę obfitość zbliżających się zbiorów, podjęto decyzję o opodatkowani nowego, rozbudowanego targowiska, tak aby poradzić sobie z ilością towarów.

— Jak Hermathya? — spytał uprzejmie Kith-Kanan. Sithas wzruszył ramionami.

— Tak dobrze jak zawsze. Wydaje zbyt dużo pieniędzy i wciąż pragnie adoracji ze strony prostego ludu.

Następnie mężczyźni poczynili plany co do polowania na dzika, które miało się odbyć następnego dnia. Miała brać w nim udział zaledwie kilkuosobowa grupa — Mówca, Sithas. Kith-Kanan, Kencathedrus, inny członek królewskiej straży, Parnigar i pól tuzina uprzywilejowanych dworzan. Uzbrojeni w lance myśliwi mieli spotkać się o poranku i wyruszyć do lasu. Postanowiono także, że polowanie odbędzie się bez udziału naganiaczy czy też myśliwskich psów, jako że Mówca uważał takie środki za niesportowe.

Choć słońce nie wzeszło jeszcze w pełni, w powietrzu dało się wyczuć poranny żar zapowiedź kolejnego, dusznego dnia. Kith-Kanan stał przy niewielkim ognisku w towarzystwie Parnigara, posilając się chlebem i owsianką. Sithas i Sithel opuścili wieżę, obaj odziani w szarobrązowe ubrania myśliwskie.

— Dzień dobry — rzekł energicznie Kith-Kanan.

— Zapowiada się upalny dzień — ocenił pogodę Sithel. U jego boku bezgłośnie pojawił się służący, niosąc w dłoniach filiżankę chłodnego jabłecznika. Drugi służący zaoferował to samo Sithasowi.

Chwilę później pojawili się dworzanie, z których twarzy można było wyczytać, że czują się wyraźnie nieswojo w pożyczonych ubraniach łowieckich. Kencathedrus i Parnigar prezentowali się zdecydowanie lepiej. Dowódca — wyraźnie rozbudzony i przez lata przyzwyczajony do wstawania przed świtem — z wdziękiem opierał się na swej lancy. Drużyna łowiecka zjadła śniadanie w ciszy, przeżuwając chleb i ser, jedząc w pośpiechu owsiankę i przepijając wszystko jabłecznikiem.

Jako pierwszy skończył Sithel. Mówca podał służącemu pustą filiżankę i talerz, a następnie wziął lancę z prawdziwej piramidy broni, którą wystawiono tuż przed wieżą.

— Do koni — ogłosił. — Zwierzyna czeka! Mówca Z łatwością dosiadł konia i trzymając w dłoni długą, jesionową lancę, zatoczył ponad głową szeroki łuk. Kith-Kanan nie mógł zrobić nic, jak tylko uśmiechnąć się do ojca, który pomimo swego wieku i powagi miał więcej doświadczenia z koniem i bronią niż którykolwiek ze zgromadzonych, może z wyjątkiem Kencathedrusa i Parnigara.

Sithas był dobrym jeźdźcem, mimo to bezskutecznie szarpał się z lancą i wodzami. Dworzanie, bardziej nawykli do luźnych szat i surowego protokołu, z przerażeniem kiwali się w swych siodłach. Zdenerwowane zwierzęta rozsierdziły się jeszcze bardziej, widząc kiwające się i tańczące przed ich oczami lance.

Formując trójkąt z jadącym na czele Sithelem, drużyna ruszyła w kierunku oddalonego o pół mili lasu. Wysokie trawy wciął były jeszcze mokre od porannej rosy. Zewsząd dochodził dźwięk cykających świerszczy, która milkły wraz z nadejściem koni. Na zachodnim horyzoncie wciąż było jeszcze widać srebrny pierścień Solinari.

Na lewo od Sithela jechał Sithas, podczas gdy Kith-Kanan, który wetknął trzonek swej lancy w strzemię, podróżował na prawo od Mówcy. Jechali lekkim kłusem, nie chcąc przedwcześnie zmęczyć koni. Jeśli udałoby się im wypłoszyć dzika, będą potrzebowali całej siły, jaką da się wykrzesać z ich rumaków.

1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)