Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zielona Mila
Zielona Mila - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zielona Mila

Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:

Rok 1932. W USA trwa Wielki Kryzys; panuje głód i bezrobocie. Paul Edgecombe pracuje jako strażnik w więzieniu Cold Mountain, do którego trafiają ci, na których państwo postawiło już krzyżyk. To dla nich przeznaczone jest specjalne pomieszczenie przylegające do bloku E, gdzie na drewnianym podium stoi krzesło elektryczne zwane Starą Iskrówą. Ostatnia droga każdego z więźniów będzie prowadzić po zielonym linoleum.
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 96
Перейти на страницу:

Zanim zdążył strzelić, Harry dał krok do przodu i zasłonił Coffeya własnym ciałem. Coffey nie kazał mu tego robić; Harry uczynił to z własnej inicjatywy.

– Nie, panie dyrektorze – odezwał się. – Wszystko jest w porządku! Nikt nie jest uzbrojony, nikomu nie stanie się nic złego, przyjechaliśmy tu, żeby pomóc.

– Pomóc? – Potargane krzaczaste brwi Mooresa uniosły się w górę. Piorunował nas wzrokiem. Nie spuszczałem oczu z odbezpieczonego kurka pistoletu. – Pomóc w czym? Pomóc komu?

Jakby w odpowiedzi ponownie odezwał się kobiecy głos, swarliwy i kompletnie wyzbyty wstydu.

– Chodź tutaj i wypiłuj mi szparę, ty sukinsynu! I przyprowadź swoich zasranych kolesiów! Niech mnie wydupczą po kolei!

Spojrzałem na Brutala, wstrząśnięty do szpiku kości. Potrafiłem zrozumieć, że Melinda przeklina – że guz spowodował, iż zaczęła używać brzydkich wyrazów – ale to było coś więcej niż brzydkie wyrazy. O wiele więcej.

– Co wy tutaj robicie? – zapytał nas ponownie Moores. W jego głosie nie słychać było już poprzedniej determinacji; osłabiły ją jazgotliwe krzyki jego żony. – Nie rozumiem. Czy to ucieczka, czy…

W tym momencie John Coffey odsunął Harry’ego – podniósł go po prostu do góry i postawił obok – i wszedł na ganek. Stanął między mną i Brutalem, tak wielki, że zepchnął nas niemal na rosnący po obu stronach ostrokrzew. Oczy Mooresa powędrowały za nim w górę, tak jak podnoszą się oczy kogoś, kto chce zobaczyć koronę wysokiego drzewa. I nagle świat trafił z powrotem na swoje miejsce. Zniknął duch niezgody, który rozproszył moje myśli niczym potężne palce przesiewające piasek albo ziarna ryżu. Zrozumiałem chyba także, dlaczego Harry był zdolny do działania, podczas gdy ja i Brutal staliśmy zdezorientowani i bezradni przed naszym szefem. Harry’emu towarzyszył John – a czymkolwiek jest ten drugi duch, który stanowi przeciwwagę dla ducha niezgody, tkwił on wtedy w Johnie Coffeyu. I kiedy John podszedł do dyrektora Mooresa, ten właśnie duch – coś białego, tak właśnie o nim myślę, jako o czymś białym – zaczął panować nad sytuacją. Ta druga moc nie odeszła, ale widziałem, jak cofa się niczym cień w promieniu jasnego światła.

– Chcę pomóc – powiedział John Coffey. Moores otworzył usta i patrzył na niego zafascynowanym wzrokiem. Coffey wyjął mu z ręki pistolet i podał go mnie, lecz nie sądzę, żeby Hal zdawał sobie w ogóle z tego sprawę. Opuściłem ostrożnie odbezpieczony kurek. Później, sprawdzając cylinder, odkryłem, że nie było w nim wcale nabojów. Czasami zastanawiam się, czy Hal o tym wiedział. – Przyjechałem jej pomóc – mruczał John. – Tylko pomóc. Nie chcę niczego więcej.

– Hal! – zawołała z sypialni Melinda. Jej głos wydawał się teraz nieco silniejszy, ale także bardziej przestraszony, jakby ten duch, który wprawił nas w takie zmieszanie, wycofał się do niej. – Kimkolwiek są, każ im się wynosić! Nie chcemy żadnych kramarzy w środku nocy. Nie potrzebny nam elektroluks ani hoover! Ani francuskie majtki z dziurką w kroczu! Wyrzuć ich! Powiedz, żeby spierdalali w podskokach…

Coś stłukło się – to mogła być szklanka – a potem usłyszeliśmy jej płacz.

– Chcę tylko pomóc – powtórzył John Coffey tak cicho, że jego głos graniczył z szeptem. Nie zwracał uwagi ani na jej szloch, ani na wulgarne słowa. – Tylko pomóc, szefie, nic więcej.

– Nie możesz – stwierdził Moores. – Nikt nie może jej pomóc.

Słyszałem już gdzieś ten ton i po chwili uświadomiłem sobie, że sam nim przemawiałem tamtej nocy, gdy wszedłem do celi Coffeya. Mówiłem wtedy jak zahipnotyzowany. Zajmij się swoimi sprawami, a ja zajmę się swoimi, powiedziałem do Delacroix… tyle że w gruncie rzeczy to John Coffey zajął się moimi sprawami, podobnie jak teraz miał zająć się sprawami Mooresa.

– Chyba możemy – powiedział Brutal. – I nie ryzykowalibyśmy utraty pracy, a może nawet tego, że wylądujemy za kratkami, tylko po to, żeby odjechać teraz z kwitkiem.

Nie wspomniał oczywiście, że zaledwie przed trzema minutami obaj byliśmy gotowi to zrobić.

John Coffey odebrał nam teraz wszelką inicjatywę. Wszedł do środka, mijając w progu Mooresa, który wyciągnął bez przekonania rękę, żeby go zatrzymać. Ześlizgnęła się z biodra Coffeya i jestem pewien, że nasz wielkolud nawet jej nie poczuł. Szurając nogami, ruszył korytarzem w stronę salonu, sąsiadującej z nim kuchni i znajdującej się jeszcze dalej sypialni, z której dobiegał znowu piskliwy, trudny do rozpoznania głos.

– Trzymaj się ode mnie z daleka! Kimkolwiek jesteś, nie waż się tu wchodzić! Nie jestem ubrana, mam cycki na wierzchu i wietrzę sobie cipkę!

John maszerował dalej, wcale się tym nie przejmując, ze zwisającymi po bokach rękoma, błyszczącą czaszką i pochyloną głową, żeby nie zahaczyć o żaden z żyrandoli. Po chwili ruszyliśmy za nim: ja pierwszy, Brutal i Hal obok siebie i zamykający pochód Harry. Rozumiałem dobrze tylko jedno; nie mieliśmy teraz na nic wpływu. Wszystko było w rękach Johna.

8

Kobieta wsparta o wezgłowie łóżka i wlepiająca bezmyślnie wzrok w olbrzyma, który pojawił się w polu jej widzenia, w ogóle nie przypominała Melly Moores, jaką znałem od dwudziestu lat; nie była nawet podobna do Melly Moores, którą ja i Janice odwiedziliśmy na krótko przed egzekucją Delacroix. Wyglądała jak przebrane za wiedźmę chore dziecko. Obwisłą siną twarz żłobiły setki zmarszczek. Skóra wokół prawego oka była spuchnięta, tak jakby miała ochotę mrugnąć. Usta po tej samej stronie opadły jej w dół; nad dolną wargą sterczał pożółkły stary ząb. Włosy tworzyły wokół jej czaszki kruchą siwą aureolę. W pokoju unosił się zapach rzeczy, które nasze ciało wydala tak dyskretnie, gdy wszystko toczy się jak trzeba. Nocnik przy jej łóżku wypełniała jakaś paskudna żółtawa maź. Przybyliśmy za późno, pomyślałem przerażony. Kilka dni temu można ją było jeszcze poznać – chorowała, ale była sobą. Ta rzecz w jej głowie musiała jednak poczynić od tego czasu kolosalne postępy. Nie sądziłem, żeby nawet John Coffey mógł teraz pomóc Melly Moores.

Kiedy wszedł do sypialni, na jej twarzy malowały się strach i zgroza – jakby ta rzecz rozpoznała doktora, który potrafi się być może z nią rozprawić i wypędzić… posypać solą, tak jak posypuje się pijawkę, żeby przestała ssać krew. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli; nie twierdzę, że Melly Moores była opętana, i zdaję sobie sprawę, że biorąc pod uwagę stan, w jakim się wówczas znajdowałem, nie mogę do końca polegać na świadectwie własnych zmysłów. Z drugiej strony nigdy nie wykluczyłem możliwości opętania przez diabła. Coś było w jej oczach, powiadam wam, coś, co przypominało strach. W tej kwestii możecie mi zaufać. Oglądałem strach zbyt często, żeby się mylić.

A jednak to coś ulotniło się bardzo szybko i jego miejsce zajęło żywe irracjonalne zainteresowanie. Jej usta wykrzywiły się w grymasie, który można było uznać za uśmiech.

– O, jaki duży! – zawołała. Miała głos małej dziewczynki, która nie doszła jeszcze do zdrowia po ciężkiej infekcji gardła. Wysunęła spod kołdry ręce, tak samo gąbczasto-białe jak twarz, i klasnęła w dłonie. – Ściągaj portki! Słyszałam wiele o murzyńskich kutasach, ale nigdy żadnego nie widziałam.

Stojący za mną Moores wydał cichy, pełen rozpaczy jęk.

John Coffey nie zwracał na to w ogóle uwagi. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby chciał przyjrzeć się jej z pewnej odległości, a potem podszedł do łóżka, które oświetlała pojedyncza lampa. Jasny krąg światła padał na białą kołdrę podciągniętą aż po koronkowy kołnierzyk nocnej koszuli Melindy. W cieniu za łóżkiem zobaczyłem szezlong, który stał kiedyś w salonie. Narzuta, którą Melly zrobiła własnoręcznie na drutach w szczęśliwszym okresie, leżała w połowie na szezlongu i w połowie na podłodze. To tutaj właśnie spał – a przynajmniej drzemał – Hal, gdy przyjechaliśmy.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)