Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zielona Mila
Zielona Mila - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zielona Mila

Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:

Rok 1932. W USA trwa Wielki Kryzys; panuje głód i bezrobocie. Paul Edgecombe pracuje jako strażnik w więzieniu Cold Mountain, do którego trafiają ci, na których państwo postawiło już krzyżyk. To dla nich przeznaczone jest specjalne pomieszczenie przylegające do bloku E, gdzie na drewnianym podium stoi krzesło elektryczne zwane Starą Iskrówą. Ostatnia droga każdego z więźniów będzie prowadzić po zielonym linoleum.
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 96
Перейти на страницу:

Kiedy John podszedł bliżej, wyraz jej twarzy zmienił się po raz trzeci. Nagle zobaczyłem Melly, której dobroć przez wszystkie te lata znaczyła dla mnie bardzo dużo i jeszcze więcej dla Janice, gdy nasze dzieci wyfrunęły z gniazda, a ona poczuła się samotna, bezużyteczna i przygnębiona. Melly była w dalszym ciągu zainteresowana, teraz jednak jej ciekawość wydawała się zdrowa i w pełni świadoma.

– Kim jesteś? – zapytała czystym spokojnym głosem. – I dlaczego masz tyle blizn na rękach i ramionach? Kto cię tak skrzywdził?

– Nie bardzo pamiętam, skąd się wszystkie wzięły, proszę pani – odparł skromnie John Coffey, siadając obok niej na łóżku.

Melinda uśmiechnęła się najlepiej jak mogła – wykrzywiony szyderczo kącik ust zadrżał, ale się nie podniósł – a potem dotknęła palcem wygiętej niczym szabla białej blizny na jego lewej dłoni.

– Jesteś w takim razie szczęściarzem! Rozumiesz dlaczego?

– Chyba dlatego, że jeśli człowiek nie pamięta, kto go skrzywdził, nie zawraca sobie tym głowy w nocy – odparł John Coffey z tym swoim południowym akcentem.

Melinda wybuchnęła srebrzystym śmiechem, który wypełnił cuchnącą sypialnię. Hal stał teraz koło mnie, szybko oddychając, ale nie próbował przeszkadzać. Kiedy Melly się roześmiała, wstrzymał na chwilę oddech i złapał mnie swoją wielką dłonią za ramię. Uścisk był tak mocny, że został mi po nim siniak – odkryłem go nazajutrz – lecz w tamtym momencie prawie go nie poczułem.

– Jak się nazywasz? – zapytała.

– John Coffey, proszę pani.

– Tak jak napój.

– Tak, proszę pani, tylko inaczej się pisze.

Siedziała wsparta o poduszki, uważnie się w niego wpatrując, a on odwzajemniał jej spojrzenie. Światło lampy wydobywało ich z mroku, tak jakby byli aktorami na scenie – potężny czarny mężczyzna w więziennych drelichach i drobna umierająca biała kobieta. W jej utkwionych w Johnie oczach płonęła fascynacja.

– Proszę pani?

– Tak, Johnie Coffeyu? – szepnęła. Ich słowa ledwie do nas docierały. Czułem, jak tężeją mi mięśnie nóg, rąk i pleców. Zdawałem sobie mgliście sprawę, że dyrektor zaciska palce na moim ramieniu, i widziałem kątem oka, że Harry i Brutal trzymają się za ręce niczym dzieci, które zabłądziły w nocy. Coś miało się zdarzyć. Coś wielkiego. Każdy z nas czuł to na swój sposób.

John Coffey przysunął się do niej bliżej. Zaskrzypiały sprężyny łóżka, zaszeleściła pościel i do sypialni zajrzał przez okno uśmiechnięty zimno księżyc. Podbiegłe krwią oczy Coffeya badały jej wycieńczoną twarz.

– Widzę to – oznajmił. Nie mówił do niej (tak mi się w każdym razie wydaje), lecz do siebie. – Widzę to i mogę pomóc. Niech się pani nie rusza… Niech się pani nie rusza…

Pochylał się coraz niżej. Jego wielka twarz zatrzymała się na chwilę nie dalej niż dwa cale od jej twarzy. Wyciągnął do tyłu rozczapierzone palce, jakby każąc nam czekać… po prostu czekać, a potem pochylił się jeszcze bardziej. Jego szerokie wargi dotknęły ust Melindy i otworzyły je. Przez moment widziałem jej jedno oko, które spoglądało w ścianę i w którym malowało się chyba zaskoczenie. A potem zasłoniła je jego gładka głowa.

Z cichym świstem wciągnął w płuca powietrze, które zalegało w jej płucach. Trwało to sekundę albo dwie, a później podłoga uciekła nam spod nóg i zatrząsł się cały dom. Wcale sobie tego nie wyobraziłem; wszyscy to poczuli i wszyscy o tym później mówili. Rozległ się przeciągły grzmot. W salonie runęło na podłogę coś bardzo ciężkiego – już po wszystkim okazało się, że był to duży ścienny zegar. Hal oddawał go potem parę razy do naprawy, ale po żadnej z nich nie chodził dłużej niż piętnaście minut.

Gdzieś bliżej rozległ się huk i po sekundzie pękła szyba, przez którą zaglądał do środka księżyc. Wiszący na ścianie obraz – kliper żeglujący przez jedno z siedmiu mórz – spadł z gwoździa i rozbił się o podłogę; szkło, które go osłaniało, roztrzaskało się na kawałki.

Poczułem ciepło i zobaczyłem, że z białej kołdry okrywającej Melindę unosi się dym. Na dole, w miejscu, pod którym dygotała jej prawa stopa, poszwa całkiem sczerniała. Mając wrażenie, że śnię, strząsnąłem z ramienia dłoń Mooresa i podszedłem do nocnego stolika. Obok trzech albo czterech słoiczków z lekami, które przewróciły się podczas wstrząsu, stała tam szklanka wody. Wziąłem ją do ręki i polałem dymiące miejsce. Rozległ się głośny syk.

John Coffey ciągle całował ją w ten głęboki intymny sposób, wdychając powietrze, które znajdowało się w jej płucach. Jedną rękę wciąż wyciągał do tyłu, drugą opierał o łóżko. Palce miał szeroko rozłożone; jego dłoń przypominała mi brązową rozgwiazdę.

Melinda wygięła nagle plecy w łuk. Jej ręka zatrzepotała w powietrzu, palce zacisnęły się i rozluźniły w serii skurczów. Stopy bębniły o łóżko. A potem coś krzyknęło. I znowu nie tylko ja jeden to usłyszałem. Według Brutala brzmiało to jak wycie kojota lub wilka, który wpadł w potrzask. Mnie przypominało bardziej krzyk orła, którego słychać czasami w spokojne ranki, gdy pikuje ze sztywno wyprostowanymi skrzydłami przez strzępy mgły.

Na zewnątrz zerwał się tak mocny wiatr, że dom zatrząsł się po raz drugi – i było to dziwne, ponieważ do tej pory prawie w ogóle nie wiało.

John Coffey odsunął się od Melindy i zobaczyłem, że jej twarz się wygładziła. Usta nie opadały już z prawej strony. Oczy odzyskały normalny kształt i wyglądała dziesięć lat młodziej. Coffey przyglądał jej się przez krótki moment, a potem zaniósł się kaszlem. Obracając głowę, żeby nie kasłać jej w twarz, stracił równowagę (co nie było dziwne; od samego początku siedział na skraju łóżka, opierając się o nie tylko jednym pośladkiem) i spadł na podłogę. To wystarczyło, żeby dom zatrząsł się po raz trzeci. Coffey wylądował na kolanach i zwiesił głowę, kaszląc niczym dogorywający gruźlik.

Teraz będą robaki, pomyślałem. Wykrztusi je z siebie i będzie ich tym razem całe mnóstwo.

A jednak tego nie zrobił. Zanosił się tylko coraz cięższym kaszlem, z trudem znajdując czas, żeby zaczerpnąć powietrza między atakami. Jego ciemnoczekoladowa skóra zaczęła szarzeć. Zaniepokojony Brutal przyklęknął obok niego na jedno kolano i objął ramieniem wstrząsane spazmami szerokie plecy. Jego gest jakby złamał zaklęcie. Moores podszedł do swojej żony i usiadł w miejscu, które jeszcze przed chwilą zajmował Coffey. Nie zdawał sobie prawie sprawy z obecności kaszlącego, krztuszącego się olbrzyma. Chociaż Coffey klęczał prawie u jego stóp, Moores nie odrywał wzroku od Melindy, która przyglądała mu się ze zdziwieniem. Patrząc na nią, człowiek miał wrażenie, że patrzy na brudne lustro, które ktoś przetarł ściereczką.

– John! – zawołał Brutal. – Wyrzygaj to! Wyrzygaj, tak jak to robiłeś wcześniej!

John jednak nie przestawał zanosić się kaszlem. Łzy stanęły mu w oczach z wysiłku. Z ust leciały drobne kropelki śliny, ale poza tym nic z siebie nie wypluł.

Brutal walnął go kilka razy w plecy, a potem obejrzał się na mnie.

– On się dusi! – zawołał. – Dusi się tym, co z niej wyssał.

Ruszyłem do przodu, lecz John uciekł przede mną na kolanach w kąt pokoju, wciąż gwałtownie kaszląc i łapiąc kurczowo powietrze. Zamknął oczy, oparł czoło o tapetę – przedstawiającą dzikie czerwone róże na tle ogrodowego muru – i wydał z siebie wyjątkowo paskudny charkotliwy odgłos, tak jakby chciał wyrzygać własne gardło. Teraz wylecą z niego te robaki, pamiętam, że tak właśnie pomyślałem, ale one w ogóle się nie pojawiły. Za to ataki kaszlu trochę osłabły.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)