Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 156
Перейти на страницу:

– Czyżbyś wreszcie zaczynała rozumieć, księżniczko? – Twarz kapłanki była blada jak chusta, a po policzkach znów płynęły łzy.

Księżniczka ocknęła się.

– Czy już nie czas…?

– Ono i tak się urodzi. – Głos Sinoborzanki drżał od tłumionego cierpienia. – Bogowie potrafią zadbać o swoje długi, a to dziecko ofiarowano Mel Mianetowi od Fali za jeden ze znaków, których będziesz potrzebowała. Zatrzymał je tylko w mym łonie, dopóki nie dokończę dzieła.

– Nawet gdybym postanowiła zabawić się w boga – księżniczka potrząsnęła głową – potrzebowałabym znacznie więcej. Ale jak miałabym odnaleźć pośrodku wiecznych śniegów kohortę Org Ondrelssena i odebrać harfę jednemu z widmowych królów, kapłanko?

Lecz nagle znała odpowiedź. Znała ją, choć pytanie nie zdążyło wybrzmieć pod niskimi łukami sklepienia. Moce zbiegają się do siebie niczym kuleczki żywego srebra na kamiennej podłodze, pomyślała, odszukują się i łączą w jedno. Zawsze tak było i tak pozostanie.

– Dostaniesz ją – powiedziała stłumionym głosem kapłanka. Jej tęczówki były szare jak Wewnętrzne Morze w czas jesiennych sztormów. – Nie pytaj, jaka jest cena. Ale dostaniesz je. Miecz i harfę. Reszta zależy od ciebie.

Selveiin nie odrywała spojrzenia od wąskiego prześwitu nieba w szparze opony.

– Nie zrobię tego – odezwała się cicho. – Odgadłam, czym jest harfa Szarki. Ale nie mogę odebrać im znaków. Ani jej, ani Koźlarzowi. Nie teraz. Równie dobrze mogłabym poderżnąć im gardła. Albo gorzej jeszcze. Oddać ich Zird Zekrunowi.

– Oni już nie żyją – rzekła płaskim głosem kapłanka. – Jej śmierć przyobiecano córce doży, gdyż taką cenę naznaczyła za Fletnię Wichrów, a on… Królowie umierają, księżniczko. Sinoborze jest pełne kurhanów, w których złożono kości dawnych bohaterów, lecz nikt już nie pamięta ich imion. A twój brat kroczy niebezpieczną ścieżką i Sorgo nie zdoła go chronić bez końca. Może nawet już teraz…

– O czym ty mówisz? – odwróciła się, czując krew napływającą gwałtownie na policzki.

– Wark zabrał ze sobą wiedźmi war, który wnet wybuchnie płomieniem pośrodku Wewnętrznego Morza. Nikt nie zdoła już tego powstrzymać.

Coś w jej głosie sprawiło, że w komnacie pomroczniało nagle. Selveiin odsunęła kotarę. Zmierzchało. Rybacy wyciągali na brzeg łodzie ciężkie od połowu, a ich kobiety, w spódnicach z niebarwionego samodziału, po dwie, po trzy schodziły od chat po nadmorskich skałkach z wielkimi pustymi koszami na głowach. Troje bosonogich dzieci w przykusych koszulinach ukradło kilka chudych śledzi i umykało przed wygrażającym im pięścią rybakiem; łuski ryb w ich rękach połyskiwały srebrzyście, a słońce wisiało już bardzo nisko nad krawędzią morza i czerwone odblaski rozpryskiwały się szczodrze na falach.

Jedna z kobiet zaczęła nucić z cicha, głosy innych wnet dołączyły do pieśni. Śpiewały o letnim deszczu, który jest jak łzy, i o chłopcu, który przewędrował poprzez siedem bram piekła w poszukiwaniu ukochanej. W każdej z bram zapłacił za przejście odrobiną samego siebie, jednak dziewczyna i tak go nie rozpoznała, ponieważ martwi nie pamiętają żywych.

Selveiin zamrugała. Coś kłuło ją pod powiekami. Ziarenko piasku. Powoli odwróciła się ku kapłance.

– Opowiedz mi – poprosiła łagodnie.

– Będzie uczta. I będzie kielich wysadzany rubinami wielkimi jak gołębie jaja. A także trucizna na dnie kielicha. Podstępny jad, który z wolna wysysa siły i pokona ich oboje. Szarkę i Koźlarza.

– Trucizna? – powtórzyła martwo Selveiin. – Jaka trucizna zdoła pokonać moc Sorgo?

– Pamiętasz legendy o źródle Ilv, o jasnej wodzie, która odwraca przekleństwo i niweczy nieśmiertelne moce? – Kapłanka oblizała spieczone wargi. – Zeszłej jesieni Lelka posłała sługi ścieżką wywieszczoną w majaczeniach wołw. Na Wyspach Hackich zaczerpnęli wody, ale źródło zostało skalane śmiercią żmijów i mocą Zird Zekruna. Potem podarowałyśmy ją Warkowi. Nie chcesz wiedzieć, jak.

Selveiin przymknęła oczy. Przypomniała się jej twarz Koźlarza w owej krótkiej chwili w ogrodach księcia Evorintha, kiedy stali naprzeciw siebie w milczeniu, nie śmiejąc postąpić ni kroku naprzód. Nie jesteśmy dziećmi, które chowają się pod parasolami łopianowych liści, powiedziała wówczas. I nic nie można poradzić.

– Więc wydajecie ich Zird Zekrunowi – powiedziała wreszcie. – Na długą bolesną śmierć albo coś zgoła gorszego. Oboje.

– Taka była istota umowy zawartej z córką skalmierskiego doży, księżniczko.

Nie sądzę, pomyślała z nagłą złością. Krew Iskry nie podda się, jakiekolwiek pakty ułożono w podziemnych komnatach treglańskiego przybytku.

Znów wyjrzała przez okno. U podnóża falochronu kobiety patroszyły ryby na wieczerzę. Siedziały w kucki na płaskich kamieniach, a woda u ich stóp była czerwona od krwi. Stado morskich ptaków, białych mew, rybitw i wydrzyków walczyło o wnętrzności, przywodząc księżniczce na myśl Ptaszniczkę i chmarę gołębi wirującą wokół jej palców.

Chrapliwe, urywane krzyki ptactwa wibrowały w uszach niczym lament płaczek.

Zasunęła kotarę i przywołała położne, trzy staruszki o twarzach pomarszczonych jak korzenie. Na czołach miały piętna łapaczy niewolników, wypalone żelazem. Księżniczka wiedziała, że pochodzą z Czerwienieckich Grodów, a wiele lat temu sprzedano je na służbę żalnickiemu kniaziowi. Nie pamiętała, czy widziała je wcześniej. Cytadela była obszerna i nie brakowało w niej służby.

Na widok kapłanki niewolnice zaczęły mamrotać niechętnie. Selveiin odsunęła się i nalała sobie wystygłego naparu z krwawiennika. Ból w kolanie znów się odezwał, a napój nie przynosił ulgi. Pod belkowaniem pojedyncza ćma zataczała zwichrowane kręgi wokół kaganka. Zmienne cienie padały na rozwieszone na ścianach opony. Na jednej sfora ogarów ścigała białego jednorożca poprzez krzewy haftowane zieloną i srebrną nicią.

Czerwienieckie niewolnice przykucnęły kręgiem przy palenisku. Pierwsza nabrała w gołe dłonie popiołów i zasypała żar pozostawiony przez służebne księżniczki. Następnie starannie zgarnęła do środka dymiące resztki, aż ukazały się nagie, okopcone kamienie. Wówczas druga wyjęła spod koszuli ciasno związane zawiniątko z lnianej szmatki i dobyła z niego odłamek piorunowego kamienia, który rodzi się w skałach, gdzie stąpają żmijowie. Obróciła go trzykrotnie w dłoniach i poczęła miarowo uderzać w poszczerbiony kawałek metalu. Żadna nie patrzyła ku księżniczce nawet wówczas, kiedy krzesały świeży, czysty ogień.

Pierwsza iskra padła na wierzbową hubkę. Niewolnice siedziały w kucki, kolejno karmiąc ogienek drobnymi gałązkami – czarnego bzu, gorzkiego głogu, lipy i srebrzystej olchy, której liście zwinęły się i czarnymi płatkami pofrunęły aż pod powałę. Księżniczce zdawało się, że płomienie zmieniają kolor przy każdym kawałku drewna. Wiedziała, że to święty ogień, rozpalony dla odpędzenia złej mocy od posłania rodzącej i podsycany zaklęciami starszymi niż mury uścieskiej cytadeli. Jednak dziecko kapłanki przyobiecano samemu panu Wewnętrznego Morza i wiedziała, że jeśli bóg zechce je odebrać, nie zlęknie się babskich czarów.

Na razie jednak wokół strażnicy panowała cisza, mącona jedynie szumem morza. Nawet rybaczki uporały się z połowem i odeszły.

Selveiin siedziała oparta o chłodną ścianę, rozcierając obolałe kolano. Ciepło płomieni przyniosłoby ulgę, lecz nie śmiała podchodzić do paleniska, póki niewolnice nie dokończą błogosławieństw. Kapłanka również milczała. Leżała na wysokim posłaniu, nieruchoma i bledsza od wykrochmalonego płótna. Dopiero gdy położne zaczęły wzywać kolejno jedenastu bogów, aby obdarzyli dziecko swymi darami, położnica uśmiechnęła się krótkim cierpkim uśmiechem.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)