Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Nie poważy się.
– Poważy – twardo powiedział Czarnywilk. – Poważy się, bez pochyby. Nie traf to ślepy, że nas na Przychytrze ściągnął, choć są na morzu miejsca pewniejsze i bardziej sposobne. Ale nie masz klasztorów biczowników na tyle choć zdatnych, by w nich ucztę nagotować i łeb przed burzą schronić.
– Haniebna była tutejsza rzeź i zgoła pogańska – zwajecki kniaź potrząsnął głową – choć pod boskimi chorągwiami szły skalmierskie hufce i z kapłanami przy boku. Ale to heretycy byli, przez boginię odrzuceni. Z treglańskimi panienkami inna będzie sprawa. Pierwej świątynię postrojono, nim tam kniaziowie nastali.
– Tedy po coście nas tutaj, kniaziu, wlekli? – Czarnywilk skrzywił się. – Skoro sami wiecie, jak nam bogini odpłaci za podobne przymierza?
– A co nam do sinoborskiej bogini? – zdziwił się Suchywilk. – My się Warkowi w wojowanie mieszać nie będziemy, ani on nam. A wedle Kei Kaella… – Zawahał się. – Nie wiedzieć jeszcze, na czyje się fortuna obróci. Treglańskie panny są dobrze z plugawymi sztukami obeznane i wiedźmy pono im służą z woli dobrej, nieprzymuszonej.
– Nieprzymuszonej? – błękitnooka niewiastka znów się odezwała, ale tak cicho, że jej głos prawie niknął w szumie morza. – Wiedźmy niewiele mają wolności, kniaziu. Ja też nie z woli dobrej z wami idę.
Suchywilk obrócił się ku niej lekko.
– Jeno dla córki mojej. Wiem.
– Która nie pozwoli wam odpłynąć teraz z Przychytrza. – Zmarszczyła brwi, z wysiłkiem próbując przypomnieć sobie te strzępki snów, które zdołała pochwycić, nim jeszcze jadziołek odpędził ją od posłania Szarki.
Z trudem znajdowała słowa.
– Fale zatrzymają się dla niej, kniaziu – powiedziała wreszcie przez zaciśnięte gardło. – Prawie umarła zeszłej nocy. Przez całą zimę śniła w waszym dworcu sny o oceanie i wiedziała, że morze upomni się o nią, kiedy tylko wsiądzie na statek.
– Nic mi nie rzekła. – Suchywilk ze złością zacisnął zęby. – Ni jednego słowa. Własnemu ojcu.
– Może nie winniście wiedzieć – jeszcze ciszej odparła wiedźma. – Może żadne z nas nie powinno. Chciała przypłynąć na Przychytrze, więc tak uczyniła. A teraz nie pozwoli tego zmarnować. Nie z powodu zadurzenia sinoborskiego kniazia… – urwała i podskoczyła z przestrachem, bo na dziedzińcu rozległ się głośniejszy szczęk żelaza i stłumiony krzyk.
Wychyliła się zza muru. Wark stał pośrodku placu, ściskając zranione ramię. Jego miecz z brzękiem potoczył się gdzieś pomiędzy strzaskane skałki. Koźlarz czekał bez słowa. Wark oderwał pas płótna od koszuli, przewiązał draśnięcie.
– Jeszcze raz – powiedział bezbarwnym tonem, podnosząc broń.
Ostrze Sorgo błysnęło w salucie rozpoczynającym walkę.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Z okien wieży alchemiczek Selveiin spoglądała na nieruchomą sylwetkę kobiety przy studni. Szczelnie okutana płaszczem, w kapturze głęboko nasuniętym na twarz, stawała się w ostrych promieniach słońca niemal czarna. Księżniczka nie widziała twarzy, ale wydęty ciężarny brzuch błagalniczki rysował się pod opończą. Dłonie miała ciasno splecione na podołku i tak delikatne, że z pewnością nie pracowała przy sianokosach ni żniwach. W jakiś niezrozumiały sposób właśnie te nieruchome cierpliwe dłonie o delikatnych palcach najbardziej przerażały Selveiin.
Mozolne czuwanie u studni trwało już cztery dni, jeśli nie dłużej. Księżniczka była boleśnie świadoma obecności nieznajomej nawet wówczas, kiedy odwracała wzrok od jej ciemnej postaci na wewnętrznym dziedzińcu cytadeli. Nawet głęboko za murami cytadeli Selveiin zdawało się, że słyszy głuchy dźwięk miedziaków wpadających do mosiężnej miseczki i krzyk dzikiego ptactwa. Mewy każdego dnia podchodziły coraz bliżej, by pochwycić kęs zeschniętej bułki czy kołacza, podarowanego brzemiennej przez litościwą podkuchenną.
Sama błagalniczka nic nie jadła. Po prostu czekała u studni.
Selveiin dobrze znała obyczaj, który nakazywał stać u wrót swego wroga bez napoju i jadła, póki ten nie wysłucha prośby. Wprawdzie nie potrafiła zgadnąć żadnego powodu, dlaczego ktoś pragnąłby błagać o litość przeklętą żalnicką księżniczkę, którą obwołano wiedźmą we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza. Lecz o świcie jej oczy nieodmiennie znajdowały u studni ciężarną niewiastę, zastygłą w oczekiwaniu niczym owad w bursztynie.
Księżyc zniknął i odmienił się na nowo, odkąd Wężymord pożeglował ku ciemnej ziemi Pomortu na wezwanie Zird Zekruna. Nie zostawił swej małżonce nic prócz obietnicy, że powróci, nim bzy skończą kwitnąć. Kiedy odpływał, uścieski port był pełen smoczych okrętów o żaglach w pupurowo – szafranne pasy, jakże podobnych tym, które budowali Zwajcy. Księżniczka pamiętała bardzo wyraźnie, jak wiatr łopotał płaszczem jej męża, stojącego na burcie okrętu o dziobie rzeźbionym na kształt morskiego orła. Ale nie odwrócił się i nie spojrzał ku niej, kiedy wypłynął poza palisadę z potężnych drewnianych bali, która miała chronić uścieski brzeg przed rozszalałymi falami Cieśnin Wieprzy.
Nie powiedział żonie, co wzywało go w dziedzinę Zird Zekruna. Po prostu pewnego ranka wetknął jej w zgrabiałe z przestrachu palce klucze do cytadeli i oznajmił, że odpływa. Selveiin wiedziała, że nie powinna się dziwić. Ostatecznie zawsze z wiosną odpływał na Pomort, by dopełniać rytuałów przemiany. Jednak tego roku wszystko było inne – z powodu rebeliantów przyczajonych na Lipnickim Półwyspie, szalonego proroka i wszystkich przepowiedni, które coraz ciaśniej zaciągały się nad murami uścieskiej cytadeli.
Gdybym zdołała odgadnąć choć część zagadek ukrytych w proroctwie Nur Nemruta i słowach rudowłosej kniahinki, pomyślała, wpatrując się w fale Cieśnin Wieprzy. Ale nie potrafię.
Wiedziała, że Wężymord dawno odnalazł sens przepowiedni. Jednak milczał. Jak w baśniach, pomyślała, mimo woli uśmiechając się do siebie. Nikt nie może pomóc człowiekowi, gdy ten gra w zagadki z bogiem, bo z pierwszym słowem podpowiedzi obaj, ten, który podpowiada, i ten, który słucha podpowiedzi, zmieniają się w kamień. Tyle że ja zmienię się w kamień, cokolwiek nastąpi, i nie mam żadnych sojuszników. Nie znam języka bogów i nie odnalazłam żadnego sposobu, by ich oszukać.
Znów wychyliła się z okna i spojrzała na dziedziniec. Brzemienna niewiasta wciąż tkwiła przy cembrowinie studni. Wychudzony ryży kundelek podszedł ostrożnie i polizał jej palce.
Och, ostatecznie jakie ma znaczenie, że raz wystawię się na niebezpieczeństwo, pomyślała niecierpliwie Selveiin, wygarniając ze szkatułki garść srebra. Narzuciła na ramiona płaszcz. Niebo było jasne i nad kamiennym dziedzińcem wisiał nieznośny upał, lecz kniahini nie mogła ukazywać się obcym w lnianej spodniej sukni. Strażnik, który jej dzisiaj towarzyszył, uczynił gest, jakby chciał ją powstrzymać. Ostatecznie jednak nic nie powiedział. Odsunął się jedynie nieznacznie, by nie padł nań cień księżniczki. Był jednym z Pomorców zostawionych przez Wężymorda dla jej obrony, bo żalniccy strażnicy nazbyt dobrze pamiętali szarańczę Hurk Hrovke i nie kwapili się do podobnej służby. Jednak i frejbiterzy bali się, a ich wiara w opiekę Zird Zekruna gwałtownie słabła, kiedy przekraczali progi komnat Selveiin.
Na kamiennym dziedzińcu gorąco uderzyło ją w twarz.
– Z woli bogów uczyniono mnie żalnicką kniahinią – pokonując suchość gardła poczęła recytować rytualną formułę powitania – bym skłaniała serce mego pana ku prośbom poddanych. Ofiaruję ci ogień, sól i wybaczenie, jeśli w imię bogów pragniesz któregoś z nich.
– Pani. – Żebraczka uniosła opuchnięte powieki.
Selveiin aż wstrzymała powietrze ze zdumienia, kiedy z zupełnie obcej twarzy spojrzały na nią przejrzyste szare oczy Koźlarza.