Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 156
Перейти на страницу:

Suchywilk począł wyłamywać palce.

– Przecie nie może być, żeby ją próbował żelazem brać! – huknął z nagła. – Hyr poszedłby po całym Wewnętrznym Morzu, jak sinoborski kniaź wiary z gościnności dotrzymuje.

– E tam. – Zwajca odął wargi. – Będą jeszcze Warkowi przyklaskiwać. Padwany będą rzewne śpiewać, że uroda mocarz wielki i jak Warka sparło przemożne miłowanie, ledwie córkę waszą z dala na morzu uwidział. Nawet jeśli wam zięć niedoszły łeb toporem rozłupie, to w pieśni was w capa sprośnego przerobią, co miłowaniu drogę śmiał zastawiać. Pośmiertnie! – sapnął ze złością.

– Tedy co radzicie? Bo na darmo gębą nie kłapiecie?

– Umykać radzę! – krzyknął raźno Czarnywilk. – Umykać chyżo. Jeśli dziewka wciąż słabuje, owinąć w płaszcz i na okręt nieść! Niech nas tam potem Wark albo i Pomorcy na morzu tropią. Niech nawet Zwajców tchórzami obwołają, a co mi tam!

– Wam nic. – Suchywilk znów począł brodę targać. – Jeno mnie na godności kniaziowskiej uszczerbek będzie. Nadto Koźlarz nie przyklaśnie temu pomysłowi. Przecie on tutaj nie tylko na radę zjechał, ale i na stypę po dziadku macierzystym.

– Koźlarz? – spytał z przekąsem Czarnywilk. – Wyście, mości kniaziu, jak kret ślepy. Ale, skoro trzeba, otworzę wam oczy. Chodźcie za mną! – Szarpnął go za rękaw.

– Dokąd? – Kniaź próbował się opierać, choć bez przekonania.

– Chodźcie, chodźcie, nie mruczcie. – Pociągnął go mocniej. – A ty, panna, z nami. – Uchwycił za rękę wiedźmę, która stała, niezdecydowana. – Jeno po cichońku.

Poprowadził ich stromą ścieżką na samą górę urwiska, aż do wyrwy w klasztornym murze. Tam przystanął i nasłuchiwał przez chwilę. Gdy wiedźma nastawiła uszu, dobiegły ją odległe brzęknięcia żelaza. Suchywilk widać również je posłyszał, bo poruszył się niespokojnie.

– Gdzież nas wleczecie? – wyszeptał, niezadowolony.

Czarnywilk gestem nakazał mu milczenie. Stąpając ostrożnie po kamieniach, ruszył przez wysokie suche trawy, które porastały podnóże murów i zewnętrzny dziedziniec. Wiedźmę owionęła przemożna woń piołunu i macierzanki, kiedy pomiędzy obłamami głazów wspinali się do północnej wieży. Z potężnego niegdyś bastionu została zaledwie skorupa, wypalona i porośnięta zżółkłą trawą. Wzdrygnęła się. Niemal widziała na dziedzińcu ciała wymordowanych mnichów. To miejsce ją przerażało. Zakręciło jej się w głowie, kiedy podniosła wzrok na zębaty krenelaż, wieńczący resztki muru. Wydał się jej podobny do grzbietu żmija, który zasnął na chwilę na wygrzanych skałach i zamienił się w kamień.

– Dokąd? – Czarnywilk ucapił ją i przyciągnął do siebie. – Stąd panna popatrz.

Ocknęła się. Stała w załomie za ogromną przyporą, przyciśnięta bokiem do zimnych kamieni. Od razu rozpoznała jednak szczęk mieczy. Ktoś walczył na wewnętrznym dziedzińcu. Obok niej Suchywilk oddychał spazmatycznie, oczy miał ponad jej głową wbite w walczących. Wiedźma jednak była zbyt niska, mur zasłaniał widok. Wychyliła się ostrożnie.

Sorgo zabłysnął w porannym słońcu i Koźlarz sparował cios potężnego szarszuna i odrzucił Warka na dwa kroki. Sinoborski kniaź miał włosy pozlepiane od potu, koszulę porwaną, pobrudzoną krwią i ziemią. Zebrał się w sobie, zawinął młynka. Koźlarz uskoczył, lecz potknął się na kamieniu. Podobnie jak Wark, nie wdział kolczugi, głowę też miał odkrytą. Przetoczył się po kamieniach.

Wiedźma mimowolnie drgnęła na widok spadającego ostrza, ale brzeszczot minął o włos ramię żalnickiego księcia. Koźlarz poderwał się i przeskoczył nad kapitelem potrzaskanej kolumny. Cofał się, z ostrzem nisko przy ziemi. Wark zaśmiał się ochryple i znowu uderzył, wkładając całą siłę w następny cios. Koźlarz błyskawicznie poderwał Sorgo i zatrzymał brzeszczot na wysokości swojej piersi. Mocowali się, oddychając ciężko. Wiedźma widziała, jak twarz Warka pokrywa się coraz ciemniejszą purpurą.

Koźlarz podniósł głowę. Wiedźma miała wrażenie, że jego szare oczy spoczęły dokładnie na niej. Nie śmiała się poruszyć. W tej samej chwili książę przerwał zwarcie i odrzucił Warka. Sinoborski kniaź zatoczył się. Jednak zamiast upaść pomiędzy jasne wapienne kamienie, wyprowadził niski, podstępny cios w podbrzusze Koźlarza. Książę odtrącił brzeszczot pozornie lekkim muśnięciem Sorgo. Wyhamował miecz i wymierzył Warkowi potężnego kopniaka w brzuch. Wiedźma aż stęknęła, a tamci dwaj zatrzymali się, pochyleni, otwartymi ustami chwytali powietrze. Sinoborski kniaź poderwał się pierwszy.

Nie zobaczyła nic więcej, bo Czarnywilk złapał ją za suknię na plecach i wciągnął głębiej w cień.

– I co wy na to, kniaziu? – szepnął. – Iście radosne powitanie krewniaków, nieprawdaż?

– Od dawna się tak tłuką?

– Od samiusieńkiego świtu – nie bez satysfakcji objaśnił go Czarnywilk. – Zrazu jeno popróbować się chcieli. Ale sami widzicie, że wnet do czegoś innego przyszło.

– Ale żeby tak bez kolczug, bez szłomów nijakich mieczami się okładać. – Pokręcił głową. – Ktoś ich powinien powściągnąć.

– Znaczy się, kto? Wy, kniaziu? Bo ja ani myślę. Jeszczem rozumu nie postradał.

– A pachołkowie jacyś?

– Pachołków na samym początku Wark precz pogonił. – Czarnywilk wykrzywił wargi. – Jak go jeden, taki najgorliwszy, opatrzyć próbował, bo go Koźlarz ździebełko ostrzem po żebrach naznaczył. Kniaź zły był, aż iskrzyło. Nawet niewiele gadał, tylko pacholika mieczyskiem w łeb zdzielił, aż mu się krew z gęby puściła. Reszta pacholików sama uciekła, zabierając rannego towarzysza, i potem nikt się już nie mieszał.

– Pewnie i roztropnie – przyznał po namyśle Suchywilk. – Poczubią się i pogodzą, jak często między krewniakami bywa. Ja też wam nieraz łeb poszczerbiłem za młodu, ale waśni z tego nijakiej nie było.

– Wy, kniaziu, jak coś rzekniecie, to tak głupio, że aż zęby cierpną – żachnął się szpakowaty Zwajca. – Przecie o dziewkę się swarzą. A oba młode, gniewliwe jak kozły. Rozmówić się nie potrafią, więc mieczami się tłuką. Ot, pomyślunek.

– Może i ją zdałoby się o zdanie zapytać – wtrąciła cicho wiedźma.

– Oj, dziewczyno. – Czarnywilk żartobliwie zmierzwił jej włosy. – Kto by w Sinoborzu dziewkę o przyzwolenie prosił, choćby i Iskrę? Warkowi ani w głowie postanie podobna myśl.

– Jej się to nie spodoba. – Wiedźma pociągnęła nosem. – Bardzo się jej nie spodoba.

Czarnywilk wymownie popatrzył na krewniaka.

– Niby co mam zrobić? – Suchywilk szarpał rudą brodę. – Dziewkę toporzyskiem w łeb zdzielić i na okręt wpakować? Przecież nam Wark nie daruje, jeśli nocką niby złodzieje w łódź siądziem. Nie po to nas na Przychytrze prosił.

– Jam od początku gadał, żeby na tę przeklętą wyspę nie płynąć. – Czarnywilk splunął ze złością. – Ale was spichrzański karnawał niczego nie nauczył. Cięgiem sojuszy szukacie, a co jeden, to osobliwszy.

– Wark ma interes słuszny, żeby się z nami sprzymierzyć. Jego ojca przecie bojarstwo stare na tron wyniosło i panienki święte z treglańskiej świątyni. A Wark jest sam, jako łysy kołek w płocie, tedy musi sobie przyjaciół jednać między sąsiadami.

– Jeno co wy będziecie mieli z tego sprzymierzenia? Sinoborze zawdy się trzymało z dala od zagranicznych waśni. I tak mnie się zdaje, że Wark będzie wiele o pospólnym dobru gadał, ale na tę wojnę z Pomorcami ni okrętu, ni drużynnika pojedynczego nie użyczy. Wnet mu gdzie indziej potrzebni będą. W Tregli.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)