Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Pani, przewędrowałam długą drogę, by prosić o wstawiennictwo. – Niewiasta oblizała popękane spieczone wargi. – Mój czas nadchodzi. Przybyłam prosić, żebyś świadczyła przed bogami o moim dziecku i nadała mu imię.
Za plecami księżniczki Pomorzec zaśmiał się cicho. To była chytra prośba, błaganie kobiety pozbawionej opieki krewnych i dachu, by powić dziecko. Od wieków było zwyczajem, że gildia uścieskich ladacznic zwracała się do kniahini z podobnym życzeniem. Nazywają je dziećmi kniahini, przypomniała sobie Selveiin, i przyjmują imię kniazia lub jego małżonki. Na znak łaski, która je spotkała, dostają jedenaście złotych monet, po jednej na pamiątkę każdego z bogów Krain Wewnętrznego Morza. Dość, by skuszony groszem chłopek zabrał je i wychował we własnej zagrodzie, wraz z gromadką kóz, prosiąt i wiejskiego drobiu.
Tak, prośba była zrozumiała, o ile ktoś nie wzdrygał się nazwać dziecka imieniem przekleństwa, dodała w myślach. Jednak to nie będzie moje imię. Nikt ze śmiertelnych nie zdoła zapamiętać mojego prawdziwego imienia.
– Proszę – powiedziała miękko błagalniczka.
Jej palce zacisnęły się na podołku gestem, który przypomniał księżniczce Servenedyjkę, umierającą w zaułku w Spichrzy, i jej dziecko urodzone z grudką krwi w dłoni.
– Pani. – Pomorzec przestał się nagle bać i przypatrywał się księżniczce nieledwie z rozbawieniem. – Nie moja rzecz, ale jeśli nie chcecie odbierać tego bękarta przy studni, każcie ją zanieść na pokoje.
– Niech zaniosą ją do niskiej świetlicy – zdecydowała Selveiin. – I sprowadźcie jakąś babę świadomą wedle porodów.
– Nie! – krzyknęła błagalniczka. – Nie pod jego dachem. Nie oddam mojego dziecka Zird Zekrunowi.
Pomorzec wzruszył obojętnie ramionami. Na północy powszechnie wierzono, że jeśli niewiasta urodzi w murach poświęconych obcemu bogu, dziecko na zawsze pozostanie w jego mocy.
Selveiin przygryzła wargę. Tak wiele gadano o krwawych biesiadach w uścieskiej cytadeli, gdzie wilkołakowie i wiedźmy wieczerzali pospołu ze śmiertelnikami i pili krew niemowląt z kielichów poświęconych Annyonne, że rozumiała strach położnicy.
– Przygotujcie izbę przy wschodniej strażnicy. Jedną z tych, których okna wychodzą na morze – dodała. – I wóz, bo żadna z nas nie zajdzie tam piechotą.
Wojownik skrzywił się nieznacznie, gdyż rzadko kto w Uścieży lubił ową budowlę z szarego kamienia. W czasach pradziadów Selveiin służyła za morską latarnię. Potem jednak morze cofnęło się mocno w głąb Cieśnin Wieprzy, odsłaniając cokół wieży i potrzaskane skałki u jej podnóża. Zresztą po kolejnych pożarach został jedynie wysoki, toporny postument. Wężymord kazał nadbudować na nim dwa piętra. Architekt, sprowadzony z samego Pomortu, uczynił to z właściwym swej nacji brakiem wdzięku, zamieniwszy latarnię w coś w rodzaju pomniejszego bastionu o grubych murach i okienkach tak wąskich, że niemal nie przepuszczały światła.
Selveiin pamiętała jej pierwszego komendanta. Siwobrody frejbiter miał nogę pogruchotaną w dawniejszych potyczkach, a jego okuta laska posępnie stukała po kamiennych posadzkach cytadeli. Powierzono mu tuzin żołnierzy, takoż zbyt poranionych, by mogli tego roku wyruszyć na morze, i przykazano wypatrywać na Cieśninach wrogich okrętów. Lecz jeżeli Wężymord zapragnął zmienić strażnicę w szpital czy przytulisko dla weteranów, jego zamysły obróciły się wniwecz jeszcze tego samego roku. Pewnego ranka znaleziono frejbitera powieszonego na żelaznym haku. Jego ludzie rozbiegli się pospiesznie, tak że nikt nie doszedł, czy sam postanowił skończyć z nędznym bytowaniem, czy też dopomógł mu jaki zły człowiek.
Odtąd jednak Pomorcy lękali się strażnicy. Gadano, że nawiedza ją duch komendanta, a piraci nazywali wieżę trupiarnią. Z czasem coraz bardziej popadała w ruinę. Ostatnio zaglądali tam jedynie świniopasi, którzy szukali schronienia na kilka nocy podczas wielkich świńskich targów.
Strażnica była wszak wystarczająco oddalona od cytadeli i przybytku Zird Zekruna, by uspokoić sinoborską niewiastę. Zresztą żadne inne miejsce nie przychodziło księżniczce do głowy.
Położnica nie wyglądała mimo wszystko na zanadto wylęknioną. Kiedy służba poczęła się krzątać wokół nich w zadziwionym milczeniu, przymknęła tylko oczy. Kosmyk rdzawobrązowych włosów wysunął się jej spod kaptura i łagodnie spłynął wzdłuż krzywizny szyi. Miała opalone, śniade policzki, delikatną twarz w kształcie serca. Gdy tak spoczywała lekko oparta o cembrowinę, z rękoma splecionymi na piersi i na wpół uśpiona w letnim upale, Selveiin poczuła przelotne ukłucie zawiści. Tak musiała wyglądać Thornveiin, kiedy nosiła w łonie syna kopiennickiego księcia.
Na podwórcu u stóp strażnicy dwie służebne wylewały właśnie brudną wodę z cebrzyka. Na widok księżniczki ukłoniły się prędko i jeszcze chyżej odwróciły wzrok.
We wnętrzu strażnicy było niemal czysto. Drewniane posadzki wyszorowano pospiesznie i zarzucono tatarakiem, zmiótłszy resztki śmieci pod kobierce zwiezione z cytadeli. Selveiin z westchnieniem rozpoznała kilka sprzętów z własnych pokojów, dwa karła, podnóżek, krzesło inkrustowane macicą perłową i srebrną miednicę. Jakby dziecko ladacznicy nie mogło być wykąpane w zwyczajnej drewnianej misie, pomyślała ze zmęczeniem. Jednak była przekonana, że służebni nie wierzyli w życzenie błagalniczki. Dla nich szykowała się kolejna krwawa ofiara dla przeklętej kniahini, która wybrała odludne miejsce, by, jak to już wiedźmy mają we zwyczaju, wytoczyć krew z niewinnego dziecięcia.
– Odeślij je. – Sinoborska niewiasta, która dotychczas bezwolnie poddawała się zabiegom służby, przysiadła na skraju łoża zaścielonego lnianymi prześcieradłami i wskazała na trzy stare czerwienieckie niewolnice skulone pod ścianą. – Nie będą więcej potrzebne.
– Owszem, będą – odparła oschle Selveiin. – Nie kształcono mnie na położną, a i w rodzeniu dziatek nie bardzom doświadczona.
– Ale będziesz, prawda? – Błagalniczka spojrzała ku niej spod opuszczonych rzęs. – Urodzisz dziecko o oczach koloru Wewnętrznego Morza, w którego żyłach popłynie krew sorelek. Przepowiedziano też inne rzeczy, księżniczko, tamtej nocy, kiedy upadła wyniosła wieża Nur Nemruta od Zwierciadeł. Czy teraz odeślesz niewolnice? Czy wystarczy?
Selveiin odprawiła służki skinieniem, nie odwracając nawet głowy, i bez słowa nalała świeżo zaparzonego krwawiennika w porcelanowe czarki. Jałmużniczka odmówiła przeczącym skrzywieniem ust. Kolejny z północnych zwyczajów, pomyślała Selveiin. Nie będziesz jadł ni pił w domu swego wroga, byś nie stał się jego dłużnikiem.
– Nie – odpowiedziała cicho Sinoborzanka. – To nie to co myślisz, księżniczko. Co ranek pomorccy kapłani odprawiają w cytadeli błogosławieństwo nad pokarmem. Jeśli nie chcę, aby Zird Zekrun dostrzegł mnie tej nocy, nie mogę dotknąć ani źdźbła poświęconego mu jadła. Poza tym – uśmiechnęła się, tłumiąc grymas bólu – moja bogini mogłaby mieć za złe. Czy zechcesz to wziąć, księżniczko? – Odwiązała przytroczoną na plecach sakwę z grubego sukna. – A także to. – Sięgnęła pod poły płaszcza i wcisnęła jej w dłoń drobny, połyskliwy przedmiot.
Selveiin odruchowo zacisnęła palce i zaraz wydała okrzyk bólu, kiedy ostrze przecięło jej skórę.
– Danina dla bogini – wyszeptała brzemienna. – Zawsze ta sama, kiedy pierwszy raz bierzesz je w dłonie.
Księżniczka z niedowierzaniem patrzyła na wąską strużkę krwi wijącą się wokół jej nadgarstka. Srebrzyste wrzeciono Kei Kaella ze stukotem potoczyło się po chropowatych deskach i zatrzymało u jej stóp. Nie śmiała go podnieść. Nazbyt dobrze zapadły jej w pamięć uczta Hurk Hrovke i Jabłko Niezgody, ukryte teraz głęboko w kufrze przykutym żelaznymi pierścieniami do ścian w podziemiach wieży uścieskich alchemiczek.