Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 156
Перейти на страницу:

Więc jednak przyszedł odebrać swoją zapłatę, pomyślała. Niewolnice się nie omyliły.

Fala podpełzła ku księżniczce i z wahaniem przystanęła u czubków jej palców. Selveiin poczuła na twarzy ciepłe krople letniego deszczu. Owionął ją zapach sztormowego morza, śliskich gnijących wodorostów, rybiej łuski i martwych ptaków wyrzucanych na gładkie czarne kamienie, po których w zimne bezksiężycowe noce pląsają topielice.

– Nie dam ci go – usłyszała własne słowa.

Pierwsza fala cofnęła się jak zmieciona jej słowami. Jednak bóg nadal stał we drzwiach. W jego bursztynowych źrenicach nie było groźby, tylko niezmierzona cierpliwość nieśmiertelnej mocy. Zza poły płaszcza Mel Mianeta, z każdej fałdy, wychylały się chciwie inne oblicza. Bladolice, nabrzmiałe twarze utopców o długich smukłych palcach i włosach z martwego sitowia. Selveiin cofnęła się o chwiejny krok, widząc nocnicę, ptasimi pazurami wczepioną w ramię pana Wewnętrznego Morza. Krogulczy pokryty pozlepianym pierzem łeb plugastwa chwiał się na cieniutkiej szyi. Wydało przenikliwy pisk, od którego łzy nabiegły księżniczce do oczu.

Było ich jeszcze więcej. Wyłaniały się zewsząd, z fal i mlecznoszarej mgły nad morzem, z wilgotnego szlamu poza progiem. Drobne stworki na żabich łapach tłoczyły się wokół butów Mel Mianeta. Nakrapiane i pokryte brodawkami odmieńce rechotały głupkowato. Stadko pomniejszych mamników, co pojedynczym krzykiem sprowadzają śmierć na nadmorskie wioski, wczepiało się w skraj kapoty boga. Za plecami boga nocne dusznice, które uczyniono z piany i morskiej mgły, pochylały się ku wnętrzu chaty rzędem widmowych kształtów. Morska wiedźma – topielica, pokryta grubą skórą morsa, szczerzyła bezzębne usta i zachęcająco kiwała palcem do księżniczki.

Jeszcze dalej kłębiła się ciżba topielców. Zwajcy wciągnięci w toń z wojennych okrętów uśmiechali się prześmiewczo spod przeżartych morską solą szłomów. Sinoborskie dziewczęta, wciąż ciężkie od płodu, usiłowały podpełznąć bliżej; ich długie bladozielone włosy wlokły się po skałach jak węże. Wszystko to parło naprzód i wyciągało zachłannie ręce ku nowo narodzonemu. Lecz żadne nie ośmieliło się wyjść przed Mel Mianeta. On zaś stał nieruchomo na dębowym progu, przyglądając się Selveiin bursztynowymi oczami.

– Daleko zaszłaś, dziewczyno – odezwał się wreszcie z cicha i bez złości, ale każda deska, każdy kamień posadzki zdawały się wibrować jego głosem. – Czy jednak wystarczająco daleko, by odbierać bogom to, co im przyobiecano w uczciwym targu i bez przymusu?

Nocnica przestąpiła z nogi na nogę na jego ramieniu i przekrzywiwszy kurzęcą głowę, zaszczebiotała urągliwie.

– Podobnego targu nie można zawrzeć uczciwie – odparła księżniczka, lecz jej głos zdawał się niknąć w wilgotnej, pełnej upiorów mgle za plecami Mel Mianeta. – Nigdy. Nie miałeś prawa przyjąć dziecka, a matka nie miała prawa go ofiarować. Pod czerwonym księżycem nie ma ani jednej rzeczy, która byłaby warta podobnej ceny.

Dzieci leżały w jej ramionach nieruchomo. Były ciężkie jak kamienie i nie wydały ani najsłabszego kwilenia. Nie była nawet pewna, czy zdołały zaczerpnąć oddechu.

– Doprawdy? – Bóg uśmiechnął się łagodnie, a woda za jego plecami uniosła się i wypiętrzyła na nowo. – Sądzisz, że jedno śmiertelne szczenię to zbyt dużo za nieśmiertelną moc zamkniętą w rogu wykutym w kuźniach Kii Krindara? Nie sądzę, dziewczyno, by ona miała się z tobą zgodzić. – Skinieniem głowy wskazał posłanie.

Obejrzała się mimowolnie. Kapłanka leżała nieruchomo na stosie wysokich poduszek. Jej rozchylone usta ani drgnęły, półprzymknięte powieki nie uniosły się na powitanie morskiego boga. Paciornickie niewolnice przykryły miłosiernie białym prześcieradłem jej poszarpane ciało i kuliły się cicho u wezgłowia łoża.

– Teraz jednak umiera – odparła Selveiin. – A ponieważ przed śmiercią prosiła, bym świadczyła o jej dzieciach przed bogami, będziesz musiał mi je odebrać. Bo nie oddam ich z dobrej woli.

Wiedźma odrzuciła w tył głowę i wybuchnęła przeraźliwym, szyderczym śmiechem. Dusznice uniosły ciężkie głowy i zafalowały na deszczu jak rząd dmuchawców. Mały utopiec w czerwonym kubraczku wdrapał się na czubek buta Mel Mianeta i wetknąwszy w szczerbate usta kciuk, machał w powietrzu bosymi stopami. A potem druga fala zakołysała się i opadła na Selveiin.

– Naprawdę myślisz, że zdołałabyś mnie powstrzymać? – Mel Mianet przypatrywał się jej z uwagą poprzez smugi wody. – Sama przeciw mocy Wewnętrznego Morza? Przeciwko mrocznemu ludkowi? Nocnicy, która ukradnie ci życie pojedynczym krzykiem?

– Nie potrzebujesz upiorów – powiedziała bezdźwięcznie, choć wargi sztywniały jej ze strachu. – Są tutaj, by mnie przerazić. Chcesz, bym oddała dziecko z własnej woli, omamiona jarmarczną sztuczką. Lecz upiory nie przejdą bez zaproszenia przez próg omotany wilczomleczem i powojem. A ja nie zlęknę się garści przegniłych wodorostów i szlamu.

I następna, druga fala zakołysała się na posadzce komnaty, po czym cofnęła ku Mel Mianetowi. Dwie fale, pomyślała Selveiin, dwie próby. Jednak nim zdążyła cokolwiek uczynić, bóg przemówił kolejny raz.

– Babskie czary – rzekł szorstko i uczynił drobny gest.

Selveiin usłyszała jedynie szelest, plusk srebrzystych rybek i deszczu, śmiech bulgoczący w gardle wiedźmy, jakby i tam przelewały się wody Mel Mianeta. Naraz trzecia fala ruszyła ku księżniczce, niosąc pędy powoju, czerwoną nitkę i wilczomlecz, który nie był już niczym innym, tylko odrobiną poszarpanych liści. A potem bóg zrobił jeszcze coś. Zbyt szybko, by Selveiin zdołała się cofnąć z przestrachu czy krzyknąć. Nie, nie przeszedł nad dębowym progiem, nagim i odartym z zielnej magii. Po prostu tupnął w ziemię. Podkówki jego wysokich żółtych butów stuknęły jeden raz o skałę i maleńki utopiec z wyrazem zdumienia na twarzy spadł prosto w rozpadlinę skalną, która otwarła się o włos za obcasami.

Księżniczka mocniej przyciągnęła do piersi zawiniątko z dziećmi. Wiatr uderzył w nią chłodnym podmuchem. Potem wszystko zamarło.

Nie było już ani progu, ani drzwi komnaty. Potrzaskana skalna posadzka otwierała się prosto na morze wygładzone pod stopami boga. Rozległ się chrapliwy krzyk. Selveiin zacisnęła powieki i wciągnęła głowę w ramiona, jakby mogły osłonić ją przed wezwaniem nocnicy. Ale to tylko gdzieś daleko nad Cieśninami Wieprzy krzyknęła mewa.

Księżniczka zatoczyła się.

Bóg wyciągnął rękę, by ją podtrzymać. Skóra jego dłoni była nieoczekiwanie ciepła i miękka. Pachniał ciętym tatarakiem, którym o poranku wysypywano komnaty cytadeli, morską trawą i łagodnym wiatrem, nadciągającym znad Cieśnin Wieprzy po wiosennych burzach. W fałdach jego szaty nie widziała już utopców ani innego morskiego drobiazgu. Nie pozostał ni ślad po nocnicy czy morskiej wiedźmie. I tylko drobne rybki o zielonosrebrnych łuskach delikatnie szczypały ją w bose palce.

Mel Mianet odsunął się, lecz jego dłoń wciąż spoczywała na ramieniu księżniczki. Nie miała na sobie nic, prócz spodniej koszuli, która przemokła na deszczu i oblepiła ją szczelnie, a kolano pulsowało coraz mocniej. Dotyk Mel Mianeta uspokajał i niósł ulgę. Jestem zmęczona, pomyślała, tak potwornie zmęczona. Wystarczająco, by fala nakryła mnie jak przezroczysty welon i uniosła tam, gdzie nie ma ani znaków bogów, ani przepowiedni. Daleko. Daleko od Wężymorda.

– Nie – powiedziała niewyraźnie, poprzez mokre włosy, które oblepiały jej twarz. – Nie omamisz mnie ułudą. Wyrzekłam się ciebie po trzykroć. Czy teraz mnie odstąpisz?

Coś nowego pojawiło się w jego twarzy. Żal czy smutek, nie umiała zgadnąć.

– Szkoda cię, dziewczyno. – Ujął jej twarz za brodę i uniósł ku górze. – Obu was szkoda. Ale są rzeczy, których nawet ja nie potrafię zmienić. I choćbym postanowił zostawić ci dziecko, czy pragniesz je zatrzymać po to, by stało się częścią przekleństwa Zird Zekruna? Czy bez sojuszników zdołasz się oprzeć panu Pomortu?

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)