Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
– Chodź, duży – powiedziałem, biorąc go za rękę i próbując pociągnąć w stronę drzwi prowadzących do tunelu. Ale Coffey stał jak wryty; równie dobrze mógłbym starać się poruszyć gołymi rękoma głaz tkwiący głęboko w ziemi.
– Chodź, John, musimy iść, chyba że czekasz, aż karoca przemieni się z powrotem w dynię – mruknął Harry i nerwowo się roześmiał. Wziął Coffeya za drugą rękę i pociągnął, lecz on w dalszym ciągu nie ruszał się z miejsca. A potem powiedział coś cichym i sennym głosem. Nie mówił do mnie ani do żadnego z nas, ale po dziś dzień nie zapomniałem jego słów.
– Wciąż tutaj są. Wciąż trochę z nich tutaj zostało. Słyszę, jak krzyczą.
Harry przestał się śmiać. Niepewny uśmiech, który zawisł na jego twarzy, przypominał skrzywioną okiennicę w oknie pustego domu. Brutal rzucił mi przestraszone spojrzenie i odsunął się od Johna Coffeya. Po raz drugi w czasie krótszym niż pięć minut miałem wrażenie, że znaleźliśmy się na skraju katastrofy. Tym razem jednak to ja energicznie zareagowałem. Trochę później miał to być Harry. Wierzcie mi, wszyscy zasłużyliśmy na medal tej nocy.
Stanąłem między Johnem i krzesłem, wspinając się na palcach, żeby kompletnie zasłonić mu pole widzenia, a potem strzeliłem dwa razy głośno palcami przed jego oczyma.
– No już! – przynagliłem. – Chodźmy! Powiedziałeś, że nie musimy zakuwać cię w kajdany, pokaż teraz, że to prawda. Chodź, duży! Chodź, Johnie Coffeyu. Tam! Do tamtych drzwi!
Rozjaśniły mu się oczy.
– Tak, szefie – mruknął i dzięki Bogu ruszył z miejsca.
– Patrz na drzwi, Johnie Coffeyu, na drzwi i nigdzie indziej.
– Tak, szefie.
Oczy Coffeya powędrowały posłusznie w stronę drzwi, a ja dałem znak Brutalowi, który wyprzedził nas, wyjął z kieszeni kółko z kluczami i odnalazł ten właściwy. John nie odrywał wzroku od drzwi, a ja nie odrywałem wzroku od Johna, kątem oka widziałem jednak, że Harry zerka nerwowo w stronę krzesła, jakby zobaczył je po raz pierwszy w życiu.
“Wciąż trochę z nich tutaj zostało. Słyszę, jak krzyczą”.
Jeśli to prawda, Eduard Delacroix musiał krzyczeć najdłużej i najgłośniej z nich wszystkich i cieszyłem się, że nie słyszę tego, co słyszał John Coffey.
Brutal otworzył drzwi i puszczając Coffeya przodem zeszliśmy po schodach. Znalazłszy się na dole, nasz olbrzym spojrzał z niepokojem w głąb niskiego ceglanego tunelu. Idąc nim mógł nabawić się skrzywienia kręgosłupa, chyba że…
Przysunąłem bliżej wózek. Prześcieradło, na którym położyliśmy Dela, zabrano już (i prawdopodobnie spalono) i widać było znajdujące się pod spodem czarne skórzane obicia.
– Kładź się – powiedziałem. Coffey zerknął na mnie z powątpiewaniem, ale ja pokiwałem zachęcająco głową. – Będzie ci łatwiej, a nam nie sprawi to różnicy.
– Dobrze, szefie Edgecombe – odparł, po czym położył się, spoglądając na nas swymi zatroskanymi brązowymi oczyma. Jego obute w więzienne kapcie nogi zwisały prawie do samej podłogi. Brutal stanął między nimi i powiózł Johna Coffeya wilgotnym korytarzem, tak jak wiózł przedtem wielu innych. Jedyną różnicą było to, że obecny pasażer oddychał. W połowie drogi – znajdowaliśmy się pod szosą i usłyszelibyśmy zapewne stłumiony warkot samochodu, gdyby któryś przejeżdżał tędy o tej porze – John zaczął się uśmiechać.
– Fajna jazda – stwierdził.
Podczas następnej jazdy wózkiem nie będzie się tak dobrze bawił, przeszło mi przez głowę. Podczas następnej jazdy wózkiem nie będzie myślał i nie będzie czuł. A może nie miałem racji? “Wciąż trochę z nich tutaj zostało”, powiedział; i słyszał, jak krzyczą.
Idąc z tyłu, poczułem, jak przechodzi mnie dreszcz.
– Mam nadzieję, że nie zapomniałeś aladyna – odezwał się Brutal, kiedy dotarliśmy do końca tunelu.
– Nie martw się – odparłem. Aladyn nie różnił się z wyglądu od innych kluczy, które nosiłem w tamtym okresie – i które ważyły razem ze cztery funty – ale był z nich najbardziej uniwersalny i otwierał wszystkie drzwi. Na każdym z pięciu bloków mieliśmy po jednym aladynie, który należał do kierownika. Inni strażnicy mogli go pożyczać, ale tylko naczelny klawisz dysponował nim bez żadnych ograniczeń.
Na końcu tunelu znajdowała się otwierana stalowa krata, która zawsze przypominała mi obrazki ze starych zamków i dawne czasy, gdy rycerze walczyli w turniejach i kwitły dworskie maniery. Tyle że Cold Mountain leżało bardzo daleko od Camelotu. Za kratą zaczynały się schody prowadzące do niewielkiego włazu, opatrzonego na zewnątrz tabliczkami: WSTĘP WZBRONIONY! WŁASNOŚĆ PAŃSTWOWA! oraz UWAGA! WYSOKIE NAPIĘCIE!
Otworzyłem kratę. Harry odsunął ją na bok i wspięliśmy się po schodach, ponownie puszczając przodem zgarbionego Johna Coffeya. Na samej górze Harry wyminął go (co nie przyszło mu łatwo, mimo że był z nas wszystkich najmniejszy) i otworzył zamek włazu. Próbował go następnie podnieść, ale klapa tylko lekko drgnęła.
– Niech pan da, szefie – powiedział John, po czym ponownie wysforował się do przodu, przyciskając przy tym do ściany Harry’ego, i uniósł jedną ręką klapę, tak jakby zrobiona była z tektury, a nie ze stalowej blachy.
Uderzył nas w twarze chłodny wiatr z gór, który miał teraz z małymi przerwami wiać aż do marca lub kwietnia. Razem z nim nadleciało kilka suchych liści i John Coffey złapał jeden z nich wolną ręką. Nigdy nie zapomnę tego, jak mu się przyjrzał, jak podsunął go sobie pod szeroki kształtny nos i zgniótł, żeby lepiej poczuć zapach.
– Ruszajmy – powiedział Brutal.
Wyszliśmy na zewnątrz. John opuścił klapę, a Brutal zamknął ją – po tej stronie włazu nie potrzebowaliśmy aladyna, ale otworzyliśmy nim furtkę w ogrodzeniu, które otaczało wyjście.
– Trzymaj ręce blisko siebie, duży – mruknął Harry. – Nie dotykaj drutów, jeśli nie chcesz się paskudnie poparzyć.
Po chwili stanęliśmy na poboczu drogi (wyglądaliśmy pewnie jak trzy pagórki otaczające potężną górę) i spojrzeliśmy na majaczące po drugiej stronie muru światła i wieże strażnicze zakładu karnego Cold Mountain. Wewnątrz jednej z nich zobaczyłem nawet niewyraźną sylwetkę chuchającego w dłonie strażnika, ale trwało to tylko chwilę; wychodzące na szosę okna wież były małe i niezbyt ważne. Mimo to musieliśmy zachowywać się bardzo, bardzo cicho. A gdyby nadjechał teraz jakiś samochód, groziły nam poważne kłopoty.
– Chodźmy – szepnąłem. – Ty prowadź, Harry.
Ruszyliśmy gęsiego północną stroną szosy: Harry, potem John Coffey i Brutal, na końcu ja. Pokonaliśmy pierwsze wzniesienie i zeszliśmy na dół. Po więzieniu została tylko jaśniejsza łuna nad szczytami drzew, ale Harry wcale nie zwalniał.
– Gdzieś zaparkował? – zapytał scenicznym szeptem Brutal, wydmuchując z ust małe obłoczki pary. – W Baltimore?
– Już niedaleko – odparł nerwowym i poirytowanym tonem Harry. – Nie gorączkuj się, Brutal.
Coffey, z tego, co widziałem, mógł tak maszerować do wschodu słońca, a może nawet do zachodu. Rozglądał się na wszystkie strony i wzdrygnął się – nie ze strachu, jestem tego pewien, lecz z radości – kiedy gdzieś w pobliżu zahukała sowa. Uświadomiłem sobie, że choć bał się ciemności w zamkniętym pomieszczeniu, na dworze wcale mu nie przeszkadzała. Sycił się nocą i ocierał o nią zmysły, tak jak mężczyzna ociera twarz o krągłości kobiecego biustu.
– Skręcamy tutaj – mruknął Harry.
Po prawej stronie od szosy odchodziła wąska, zarośnięta chwastami polna dróżka. Przeszliśmy nią kolejne ćwierć mili i Brutal otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Harry zatrzymał się, zszedł na lewo i zaczął odgarniać połamane sosnowe gałęzie. John i Brutal pomogli mu i nim zdążyłem się przyłączyć, z gęstwiny wyjrzała maska starej półciężarówki marki Farmall z wyłupiastymi oczyma odrutowanych reflektorów.