Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zielona Mila
Zielona Mila - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zielona Mila

Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:

Rok 1932. W USA trwa Wielki Kryzys; panuje głód i bezrobocie. Paul Edgecombe pracuje jako strażnik w więzieniu Cold Mountain, do którego trafiają ci, na których państwo postawiło już krzyżyk. To dla nich przeznaczone jest specjalne pomieszczenie przylegające do bloku E, gdzie na drewnianym podium stoi krzesło elektryczne zwane Starą Iskrówą. Ostatnia droga każdego z więźniów będzie prowadzić po zielonym linoleum.
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 96
Перейти на страницу:

– Chciałem po prostu zachować maksymalne środki ostrożności – wyjaśnił gderliwym głosem Harry. – Dla ciebie to może być małe piwo, Brutus, aleja pochodzę z bardzo pobożnej rodziny. Moi kuzyni są tak cholernie świątobliwi, że chrześcijanie wyglądają przy nich jak lwy, i gdyby złapano mnie na tym, co tutaj robię…

– Nie ma sprawy – uspokoił go Brutal. – Jestem po prostu trochę podminowany.

– Ja też – odparł sztywno Harry. – Żeby tylko ten stary gruchot chciał od razu zaskoczyć.

Wciąż mrucząc pod nosem, obszedł dookoła maskę samochodu, a Brutal mrugnął do mnie okiem. Co się tyczy Coffeya, w ogóle nas nie zauważał. Przechylił w bok głowę i podziwiał gwiazdy rozrzucone po nieboskłonie.

– Jeśli chcesz, pojadę z nim z tyłu – zaproponował Brutal. Rozrusznik zajęczał krótko, niczym stary kundel stawiający ostrożnie łapy na szronie, a potem silnik zapalił. Harry dodał raz gazu i puścił go na wolne obroty. – Nie musimy tam obaj siedzieć.

– Siadaj z przodu – zadecydowałem. – Możesz z nim jechać, kiedy będziemy wracali. Pod warunkiem że nie przywiozą nas z powrotem naszą własną karetką.

– Nie mów takich rzeczy – odparł autentycznie zmartwiony, tak jakby po raz pierwszy zdał sobie sprawę, jak poważne grożą nam konsekwencje. – Chryste Panie, Paul.

– Siadaj z przodu – powtórzyłem.

Posłuchał mnie. Potrząsnąłem kilka razy za rękę Johna Coffeya, żeby sprowadzić go z powrotem na ziemię, i obszedłem wraz z nim ciężarówkę. Jej skrzynia obudowana była po bokach żerdziami. Harry zarzucił na nie plandekę, która powinna zasłonić nas przed wzrokiem ludzi jadących z naprzeciwka, nie potrafił jednak nic poradzić na otwarty tył.

– Wskakuj na górę, duży – powiedziałem.

– Jedziemy na przejażdżkę?

– Zgadza się.

– To dobrze – stwierdził z uśmiechem, który był słodki i łagodny, być może dlatego, że nie towarzyszył mu zanadto skomplikowany proces myślowy. Wskoczyłem w ślad za nim na skrzynię, podszedłem do szoferki i stuknąłem w dach. Harry wrzucił pierwszy bieg i ciężarówka wytoczyła się, podskakując i kołysząc, z małego zagajnika, w którym była ukryta.

John Coffey stanął na szeroko rozstawionych nogach pośrodku skrzyni, zadzierając głowę do gwiazd, uśmiechając się szeroko i nie zwracając zupełnie uwagi na smagające go gałęzie.

– Niech pan spojrzy, szefie! – zawołał z entuzjazmem, wskazując czarne niebo. – To Cassie, dama w fotelu na biegunach!

Miał rację; widziałem ją w pasie gwiazd między ciemnymi drzewami. Tyle że kiedy wspomniał o damie w fotelu na biegunach, nie pomyślałem o Kasjopei; pomyślałem o Melindzie Moores.

– Widzę ją – odparłem i pociągnąłem go za rękaw. – Ale teraz musisz usiąść, dobrze?

Siadł, opierając się plecami o szoferkę i ani na chwilę nie spuszczając oczu z nocnego nieba. Na jego twarzy malował się wyraz bezgranicznego bezmyślnego szczęścia. Zielona Mila oddalała się z każdym obrotem łysych opon farmalla i przynajmniej na razie wyschły łzy, które wydawały się płynąć z jego oczu nieprzerwanym strumieniem.

7

Do domu Hala Mooresa w Chimney Ridge było dwadzieścia pięć mil i podróż rozklekotaną powolną ciężarówką Harry’ego Terwilligera zajęła nam ponad godzinę. Jazda była niesamowita i choć mam wrażenie, że zachowałem w pamięci każdą jej chwilę – każdy wybój, każdą dziurę i dwa groźne momenty, kiedy minęły nas jadące z naprzeciwka ciężarówki – nie sądzę, by udało mi się nawet w przybliżeniu opisać, jak się czułem, siedząc tam z tyłu razem z Johnem Coffeyem, opatulony niczym Indianin w stare koce, o które zadbał Harry.

Było to przede wszystkim uczucie zagubienia – głęboki i straszny ból, którego doznaje dziecko, uświadamiając sobie, że musiało zabłądzić, że znalazło się w całkiem obcej okolicy i nie wie, jak trafić do domu. Wybrałem się w środku nocy na przejażdżkę z więźniem – nie pierwszym lepszym więźniem, lecz kimś, kogo oskarżono o zamordowanie dwóch małych dziewczynek i skazano na śmierć. Gdyby nas złapano, moja wiara, że jest niewinny, nie miałaby najmniejszego znaczenia; trafilibyśmy na pewno do kryminału, a wraz z nami prawdopodobnie Dean Stanton.

Rzuciłem na szalę całe swoje życie z powodu jednej spartolonej egzekucji oraz wiary, że siedzący obok mnie przerośnięty gamoń jest być może w stanie coś zrobić z nie nadającym się do operacji guzem mózgu. Teraz jednak, obserwując gapiącego się na gwiazdy Johna Coffeya, zdałem sobie z przerażeniem sprawę, że wcale w to nie wierzę i nie wiem, czy kiedykolwiek wierzyłem; moja infekcja wydawała się tak samo odległa i nieistotna jak wszystkie bolesne i nieprzyjemne doznania, które odeszły w przeszłość (gdyby kobieta pamiętała, jak bardzo bolało ją urodzenie pierwszego dziecka, nigdy nie zdecydowałaby się na następne, powiedziała kiedyś moja matka). Co się tyczy Pana Dzwoneczka, czy nie było możliwe, a nawet prawdopodobne, że zbyt poważnie oceniliśmy obrażenia, jakie zadał mu Percy? Albo że John – który rzeczywiście obdarzony był pewnego rodzaju hipnotyczną siłą, co do tego nie było żadnych wątpliwości – zasugerował nam w jakiś sposób, że widzieliśmy coś, czego wcale nie widzieliśmy? Pozostawała jeszcze kwestia, jak zachowa się dyrektor. Tamtego dnia, gdy zaskoczyłem go w gabinecie, miałem do czynienia z zapłakanym roztrzęsionym starcem. Nie była to jednak jego prawdziwa twarz. Hal Moores był człowiekiem, który złamał kiedyś rękę obwiesiowi próbującemu go dźgnąć, człowiekiem, który zwrócił mi cynicznie uwagę, że jaja Delacroix ugotują się bez względu na to, kto wejdzie w skład zespołu egzekucyjnego. Czy sądziłem, że usunie się grzecznie na bok, wpuści do domu skazanego na śmierć mordercę i pozwoli mu dotykać swojej żony?

Moje wątpliwości rosły w miarę, jak zbliżaliśmy się do celu. Nie potrafiłem po prostu powiedzieć, dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem, i dlaczego przekonałem innych, by wzięli ze mną udział w tej zwariowanej nocnej wycieczce. Nie wierzyłem, że uda nam się wyjść z tego cało. Dziwna rzecz, że nie starałem się jednak tego wykrzyczeć, choć mogłem to przecież uczynić; dopóki nie dojechaliśmy do domu Mooresa, wszystko było jeszcze w naszych rękach. Coś – myślę, że był to po prostu entuzjazm emanujący z siedzącego obok mnie olbrzyma – powstrzymywało mnie przed walnięciem w dach kabiny i krzyknięciem, żeby zawracać i jechać do więzienia, póki jest jeszcze czas.

W takim znajdowałem się stanie ducha, kiedy zjechaliśmy z głównej szosy na drogę okręgową numer pięć, a potem na Chimney Ridge Road. Mniej więcej piętnaście minut później zobaczyłem zasłaniający gwiazdy zarys dachu, i domyśliłem się, że jesteśmy na miejscu.

Harry wrzucił jedynkę (sądzę, że podczas całej podróży tylko raz użył najwyższego biegu), silnik szarpnął i cały samochód zadrżał, jakby on także bał się tego, co nas czekało. Skręciliśmy na wysypany żwirem podjazd Mooresa i zaparkowaliśmy obok jego porządnego czarnego buicka. Trochę na prawo przed nami stał elegancki dom wzniesiony w stylu, który określa się chyba mianem Cape Cod. Podobny budynek mógł wydawać się trochę nie na miejscu w naszej górzystej okolicy, ale ten całkiem dobrze do niej pasował. Zza chmur wyszedł księżyc, uśmiechając się nieco szerzej aniżeli poprzedniej nocy, i w jego świetle zobaczyłem, że utrzymany zazwyczaj pięknie trawnik teraz wydaje się zaniedbany. Sprawiały to głównie nie zagrabione liście. W normalnych okolicznościach powinna się nimi zająć Melly, ale tej jesieni Melly nie miała zdrowia do grabienia liści i nie sądziłem, by doczekała następnej. Taka była prawda i postradałem chyba zmysły łudząc się, że jakiś idiota o nieobecnym spojrzeniu potrafi to zmienić.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)