Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Żołnierze wnieśli kwadratowy stół, na którym ustawili jakąś maszynę, przykrytą czerwoną płachtą. Sima Ku klasnął w dłonie i oznajmił:
– Uwaga, zaraz zacznie się film! Drodzy przyjaciele, powitajmy najpierw serdecznie pana Babbitta, który za chwilę pokaże nam kolejny cud techniki!
Zerwał się huragan oklasków. Babbitt wstał i ukłonił się zebranym, następnie podszedł do kwadratowego stołu i ściągnął czerwoną płachtę. Oczom wszystkich ukazała się owa zdumiewająca, cudowna maszyna w całej swojej groźnej krasie.
Palce Babbitta dłuższą chwilę poruszały się żwawo wśród mnóstwa lśniących kółek, małych i dużych, aż z trzewi maszyny wydobyło się głośne buczenie. Nagle promień białego światła przeciął powietrze jak nóż i padł na zachodnią ścianę kościoła. Wybuchły radosne okrzyki, rozległ się rumor przesuwanych krzeseł. Wszyscy zwrócili się w stronę białego światła, które padło na twarz Jezusa z daktylowego drewna, dopiero co odkopanego i przybitego na nowo do krzyża. Święty wizerunek był już całkowicie zatarty, górną część rzeźby zarastał żółtawy grzyb, zwany „zielem nieśmiertelności". Babbitt jako żarliwy chrześcijanin nalegał na ślub w kościele. W dzień zarośnięte grzybem oczy Jezusa czuwały nad jego ceremonią ślubną, a wieczorem, gdy skierował na nie snop elektrycznego światła, znad warstwy porostu uniosła się biała mgiełka. Promień powędrował niżej, schodząc z twarzy Jezusa na jego tors, z torsu na brzuch, z brzucha na zakryte przez chińskiego rzeźbiarza liściem lotosu intymne partie ciała, a stamtąd na stopy. W końcu trafił w rozwieszony na szarej ścianie prostokąt z białego płótna, obramowany szeroką czarną obwódką. Drgając, promień skurczył się tak, by zmieścić się wewnątrz obwódki. Drżał jeszcze przez chwilę, wyskakując poza biały prostokąt, wreszcie stanął w miejscu. W tym momencie maszyna wydała dźwięk podobny do bębnienia kropli deszczu, spływających obficie z dachu na ziemię.
– Zgasić lampy! – krzyknął Babbitt.
Wiszące na krokwi żarówki zgasły z głośnym pyknięciem. Nagle pogrążyliśmy się w ciemności, a biały promień z diabelskiej maszyny Babbitta zajaśniał jeszcze mocniej. Stada maleńkich muszek tańczyły, a biała ćma trzepotała zawzięcie skrzydłami, kręcąc się wewnątrz mlecznej smugi; na płóciennym prostokącie natychmiast pojawił się jej wielokrotnie powiększony cień o wyraźnych konturach. W mroku rozległy się okrzyki entuzjazmu; ja także odruchowo wydałem zdumione „Oooo!".
Nareszcie zobaczyłem „ruchomy obraz"! Nagle na drodze białego promienia pojawiła się czyjaś głowa. Była to głowa Simy Ku – światło przeświecało mu przez małżowiny uszne, widać było krążącą w żyłkach krew. Głowa obróciła się twarzą w stronę źródła promienia; oblicze Simy było płaskie i białe, jak zrobione z przezroczystego papieru. Na prostokątnej płachcie ukazał się wielki, podłużny kształt. W ciemności znowu rozległy się okrzyki zachwytu, do których ja także się dołączyłem.
– Proszę siadać! Proszę siadać! – pokrzykiwał zniecierpliwiony Babbitt.
W snopie światła mignęła czyjaś biała, chuda ręka; głowa Simy Ku znikła. Ściana wydała serię trzasków i huków, a na mlecznym prostokącie zatańczyły czarne plamy i rysy, jakby ktoś strzelał do niego z pistoletu. Z wiszącej na ścianie obok czarnej skrzynki popłynęła muzyka – brzmienie przypominało trochę dwustrunowy huqin, a trochę róg suona. Dźwięk był płaski jak wyciskane przez sito spłaszczone, nieskończenie długie wstążki fasolowego makaronu.
Na płóciennym prostokącie ukazały się nagle pokrętne znaki, które – rząd za rzędem – przesuwały się z dołu ku górze. Krzyknęliśmy ze zdumienia. Podobno woda zawsze płynie w dół, obcojęzyczne napisy miały jednak przeciwną naturę – unosiły się w kierunku sufitu i wypłynąwszy ponad górną krawędź białej płaszczyzny, znikały na czarnej ścianie. Ciekawe, czy gdyby następnego dnia podłubać w murze, obce słowa nadal by tam były? Kiedy tak rozmyślałem bez ładu i składu, na białym prostokącie pojawiła się rzeka. Woda szumiała, na brzegach rosły drzewa, ptaki podskakiwały ze świergotem na gałęziach. Otworzyliśmy usta ze zdumienia, zapominając o wydaniu okrzyku. Następnie naszym oczom ukazał się mężczyzna ze strzelbą na plecach, o szerokim, owłosionym torsie. Z wargi zwisał mu zapalony papieros; nozdrzami wypuszczał dym. Dobry Boże, toż to zdumiewające! Spomiędzy drzew wychynął niedźwiedź i ruszył w jego stronę. W kościele rozległy się piski kobiet oraz odgłos odbezpieczanej broni. Ktoś znowu skoczył w sam środek wiązki promieni świetlnych – był to Sima Ku z rewolwerem w ręku. Celował w niedźwiedzia, lecz ten rozwiał się gdzieś za jego plecami.
– Siadać, siadać! – krzyczał Babbitt. – To jest film, idioto!
Gdy Sima Ku usiadł, niedźwiedź w białym prostokącie był już martwy – z jego klatki piersiowej sączyła się zielonkawa krew, a myśliwy siedział obok zwłok i ładował broń.
– A niech go! Wykurwiście strzela! – zakrzyknął Sima Ku.
Myśliwy podniósł głowę, wymamrotał coś, czego nie zrozumiałem, po czym zaśmiał się drwiąco. Zarzucił strzelbę z powrotem na plecy, wetknął do ust dwa palce i gwizdnął przeraźliwie – gwizd odbijał się echem w całym kościele. Brzegiem rzeki nadjechał wóz zaprzężony w konia. Koń miał postawę dumną i arogancką, lecz sprawiał wrażenie niezbyt rozgarniętego. Uprząż wyglądała znajomo, jakbym już gdzieś widział podobną. W wozie stała kobieta z długimi, rozwianymi włosami niewiadomego koloru. Miała dużą twarz, wypukłe czoło, bardzo piękne oczy i podwinięte rzęsy, czarne i sztywne jak kocie wąsy. Jej usta były ogromne, wargi ciemne i lśniące. Wydawała mi się wyzywająca. Jej piersi podskakiwały jak szalone, niczym białe króliczki trzymane za ogonki. Były ogromne, dużo większe od piersi kobiet w rodzinie Shangguan. Prowadziła wóz, który pędził w naszą stronę. W moim sercu wrzało, w wargach czułem mrowienie, spociły mi się dłonie. Wstałem, a czyjaś silna ręka natychmiast przydusiła mi głowę, sadzając mnie z powrotem na ławie. Odwróciłem się, lecz nie rozpoznałem twarzy mężczyzny siedzącego za mną z otwartymi ustami. Z tyłu stał zbity tłum ludzi, szczelnie zasłaniający drzwi; zdaje się, że ktoś nawet wisiał na framudze. Z zewnątrz dobiegał gwar; zapewne jeszcze wielu chciało się dostać do środka.
Kobieta zatrzymała wóz i zeskoczyła na ziemię. Uniosła spódnicę, odsłaniając śnieżnobiałe łydki i zawołała, zapewne zwracając się do mężczyzny. Dalej nawołując, zerwała się do biegu. Mężczyzna zapomniał o martwym niedźwiedziu, rzucił strzelbę i ruszył w jej stronę. Jej twarz, oczy, usta, białe zęby, falujące piersi. Jego twarz, gęste brwi, sokole oczy, lśniąca broda, połyskująca blizna między brwią a skronią. I znów twarz kobiety i jeszcze raz mężczyzna. Kobieta pada mężczyźnie w objęcia. Jej piersi robią się płaskie, usta obsypują jego twarz pocałunkami. Wargi mężczyzny obejmują wargi kobiety. Raz to jego usta znajdują się na zewnątrz, to znowu jej usta obejmują jego usta. Wpijają się w siebie nawzajem. Jęki i westchnienia kobiety. Ręce obejmują za szyję, ściskają w pasie, dotykają, głaszczą. W końcu oboje padają w miękką trawę i turlają się, raz mężczyzna znajduje się na górze, raz kobieta. Obrót za obrotem, potoczyli się całkiem daleko; wreszcie zatrzymali się. Owłosiona dłoń mężczyzny wśliznęła się pod suknię i chwyciła pierś kobiety. Moje serce cierpiało nieznośny ból, gorące łzy pociekły z kącików oczu.
Snop białego światła znikł. Obok diabelskiej maszyny pyknęła włączana lampa elektryczna. Ludzie wzdychali chrapliwie. Kościół był pełen, nawet na stole przede mną siedziały gołe dziecięce pupy. W świetle lampy płonącej obok maszyny Babbitt wyglądał jak istny Nieśmiertelny. Kółka maszyny obracały się i obracały. Wreszcie – pa-da! – coś stuknęło w środku i maszyna stanęła. Sima Ku podskoczył i zakrzyknął radośnie: