Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
23
Zanim przeszła cała fala uderzeniowa, ruszyła na nas chmara pochodni. Żołnierze niezależnego Siedemnastego Batalionu w ciemnych trzcinowych pelerynach, z karabinami o postawionych bagnetach maszerowali nieubłaganie naprzód, wznosząc chóralne okrzyki. Pochodnie nieśli ludzie wyglądający na cywilów, o głowach obwiązanych białymi chustkami, w większości ostrzyżone na pazia kobiety; trzymali je wysoko, oświetlając maszerujących żołnierzy. Zrobione ze starej watoliny i szmat zamoczonych w nafcie pochodnie paliły się wielkimi, mocnymi płomieniami. Od strony wojsk Simów rozległy się strzały; kilkunastu żołnierzy Siedemnastego Batalionu padło na ziemię jak ziarna prosa, lecz po chwili jeszcze większa liczba zajęła ich miejsce. Nadleciało kolejnych kilkadziesiąt granatów; wstrząsy eksplozji były tak silne, jakby niebo spadło nam na głowy, a ziemia się rozstąpiła.
– Poddajcie się, bracia! – zawołał Sima Ku. Rzucana bezładnie na ziemię broń lśniła w świetle pochodni.
Sima Ku zakrwawionymi rękami obejmował Shangguan Zhaodi, lamentując w głos:
– Zhaodi! Zhaodi! Żono ukochana, obudź się…
Czyjaś drżąca ręka złapała mnie za ramię. Podniosłem głowę. W świetle pochodni rozpoznałem bladą twarz Niandi, która leżała na ziemi, przygnieciona przez kilka nie całkiem kompletnych trupów.
– Jintong… Jintong… – wykrztusiła z trudem. – Ty żyjesz? Wyciągnęła do mnie ręce.
– Młodszy braciszku – prosiła – pomóż, weź mnie za rękę…
Ręce miałem całe zielone i śliskie, ona także. Chwyciłem za nie – mimo mocnego uchwytu wyśliznęły mi się, jakbym usiłował złapać pijawki. Wszyscy już leżeli na ziemi, nikt nie odważył się ruszyć; biała smuga wciąż oświetlała ekran, na którym trudny związek dwojga Amerykanów wkraczał w najbardziej burzliwą fazę: kobieta stała z uniesionym nożem nad chrapiącym mężczyzną. Młody Amerykanin Babbitt wołał spod projektora:
– Niandi! Niandi, gdzie jesteś?
– Tu jestem, Babbitt, pomocy! – Szósta Siostra wyciągnęła ku niemu rękę.
Miała zachrypnięty głos, twarz zalaną łzami i zasmarkaną. Wysoki i szczupły Babbitt, chwiejąc się, usiłował dokuśtykać do żony. Poruszał się z trudem, jak koń, który utknął w błocie.
– Stać! – krzyknął ktoś, strzelając w powietrze. – Nie ruszać się!
Babbitt zgiął się wpół jak przecięty nożem i padł na ziemię.
Nie wiadomo skąd wyczołgał się Sima Liang. Miał naderwane ucho, strużka krwi moczyła mu włosy, ściekała na policzek i szyję. Postawił mnie na nogi i twardymi palcami wprawnie obmacał mi wszystkie kończyny.
– Wszystko z tobą w porządku, wujaszku, ręce masz całe, nogi też – oznajmił.
Schylił się, odsunął zwłoki przygniatające Szóstą Siostrę i pomógł jej wstać. Suknia Niandi z wysokim kołnierzem była upstrzona plamami krwi.
Smagani ulewą przypominającą deszcz strzał zostaliśmy zagnani do wnętrza wielkiego wiatraka, który był najwyższym budynkiem w wiosce, a obecnie służył za więzienie. Wspominając to wszystko, dochodzę do wniosku, że mieliśmy mnóstwo sposobności do ucieczki. Ulewny deszcz zgasił pochodnie niesione przez cywilnych członków Siedemnastego Batalionu, a żołnierze szli, zataczając się, z trudem znosząc uderzenia lodowatych kropel, które zalewały im oczy. Drogę z przodu oświetlały jedynie dwie latarki. Mimo to nikt nie próbował uciekać; jeńcy i strażnicy cierpieli wspólnie. Gdy zbliżyliśmy się wreszcie do zrujnowanych wrót, żołnierze jeszcze chętniej niż my ruszyli do środka.
Młyn dygotał pod ciosami nawałnicy; w niebieskawym świetle błyskawic dostrzegłem, że przez szczeliny w blaszanym dachu płyną istne wodospady. Z wystających blaszanych kalenic ściekały lśniące strumienie, szarobiałe masy wody z rowu w pobliżu bramy wylewały się wprost na ulicę. W czasie tej trudnej wędrówki z klepiska do młyna ja, Szósta Siostra i Sima Liang zostaliśmy rozdzieleni. Przede mną szedł żołnierz w czarnej pelerynie. Miał zbyt krótkie wargi, które nie zakrywały żółtych zębów i sinych dziąseł, oraz szare, zamglone oczy. Gdy błyskawica zgasła, kichnął siarczyście w ciemnościach; fala zmieszanych woni papierosów i rzodkwi uderzyła mnie w twarz i zakręciła w nosie. W mroku zewsząd rozlegały się kichnięcia. Chciałem odszukać Szóstą Siostrę i Simę Lianga, ale bałem się krzyknąć – mogłem tylko czekać na następną błyskawicę i wśród porażającego huku, w pachnącym paloną siarką gromowym powietrzu rozejrzeć się za nimi, starając się wykorzystać krótką chwilę jasności. Za niską postacią żołnierza dojrzałem żółtawą, chudą twarz Zhanga Dzięcioła. Wyglądał bardzo malowniczo – jak duch, który powstał z grobu. Żółta twarz posiniała, włosy przypominały dwa płaty filcu, jedwabna koszula oblepiała ciało; szyja wydłużyła się jeszcze bardziej, grdyka miała wielkość kurzego jaja, a na piersi można mu było policzyć wszystkie żebra. Oczy Dzięcioła przypominały błędne ogniki cmentarne.
Przed świtem deszcz osłabł. Zamiast ogłuszającego łomotu blachy słyszeliśmy tylko delikatne postukiwania kropli o dach. Uderzające z rzadka błyskawice pozbyły się złowrogich odcieni zieleni i błękitu na rzecz łagodnej żółci i bieli. Grzmoty się oddalały, wiał północno-wschodni wiatr, grzechocząc blaszanym pokryciem dachu; zbierająca się na nim woda spływała szczelinami do środka. Zimny wiatr przenikał do szpiku kości; cali zesztywnieliśmy. Zbiliśmy się w ciasną kupę, nie zważając, kto wróg, a kto przyjaciel. Kobiety i dzieci płakały w ciemności. Czułem, jak dwa kurze jajka między moimi nogami kurczą się, wywołując ostre bóle w dole brzucha. Skurcze dosięgały żołądka; wnętrzności chyba mi zamarzły, zamieniły się w bryłę lodu. Gdyby ktokolwiek chciał teraz opuścić młyn, nikt nie próbowałby go zatrzymać, lecz nie było chętnych.
Wreszcie jacyś ludzie stanęli w drzwiach. Kompletnie zdrętwiały, opierałem się na czyichś plecach, a ów ktoś opierał się na moich. Usłyszeliśmy chlupot kroków na zalanej wodą ziemi i zobaczyliśmy dwa chwiejne snopy żółtego światła. We wrotach stało kilku mężczyzn, zakutanych w peleryny; widać było tylko ich twarze. Któryś z nich zawołał:
– Żołnierze Siedemnastego Batalionu, wracać do kwatery głównej!
Wołanie zabrzmiało ochryple, lecz z pewnością nie była to naturalna cecha głosu mężczyzny – w rzeczywistości jego głos był czysty, donośny i pełen autorytetu. Rzut oka i rozpoznałem go – między peleryną a czapką znajdowała się twarz komendanta i oficera politycznego Plutonu Wysadzania Mostów, Lu Lirena. Wieść o tym, że jego jednostka weszła w skład sił samodzielnych, doszła do moich uszu tej wiosny i oto stanął przed nami we własnej osobie.