Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Niektóre palce trzymała zgięte, inne wyprostowane; dłoń mojej siostry przypominała orchideę, w której środku połyskiwała złota obrączka. Wnętrze jej dekoltu jaśniało białym, porcelanowym, chłodnym blaskiem. Serce waliło mi jak szalone.
Mali goście z buziami pełnymi rybiego mięsa pośpiesznie podnieśli się zza stołu; ich policzki, nosy, a nawet czoła lśniły od tłustego oleju. Sima Liang, który siedział obok mnie, czym prędzej połknął wszystko, co miał w ustach, po czym zamaszyście wytarł twarz i ręce zwisającym rąbkiem obrusa. Moje ręce były nieskazitelnie czyste i delikatne, nawet najmniejsza plamka nie szpeciła ubrania, włosy lśniły świeżością. Mój przewód pokarmowy nigdy nie miał okazji trawić zwierzęcych zwłok, a moje szczęki nigdy nie żuły roślinnych włókien. Rząd lśniących od tłuszczu dziecięcych łapek uniósł niezgrabnie kieliszki, które brzęknęły w zderzeniu z kieliszkami młodej pary. Tylko ja jeden stałem oszołomiony, wpatrując się w piersi Shangguan Niandi. Trzymałem się oburącz krawędzi stołu, z wysiłkiem opanowując chęć rzucenia się na moją Szóstą Siostrę i ssania jej piersi.
Babbitt popatrzył na mnie ze zdumieniem.
– A ty czemu nie jesz ani nie pijesz? – spytał. – Nic nie jadłeś? Ani odrobinki?
Shangguan Niandi na chwilę zstąpiła ze swoich wyżyn i odzyskała cechy mojej Szóstej Siostry. Wolną ręką pogłaskała mnie po szyi i zwróciła się do świeżo poślubionego małżonka:
– Mój braciszek jest na wpół Nieśmiertelnym. Nie jada ludzkiego pokarmu.
Intensywny aromat wydzielany przez ciało Szóstej Siostry doprowadzał mnie do szaleństwa. Moje ręce same wyciągnęły się do niej i całkowicie wbrew mojej woli złapały ją za piersi. Jej jedwabna suknia była tak gładka i śliska… Szósta Siostra wydała przestraszony okrzyk i chlusnęła zawartością kieliszka w moją twarz. Zarumieniona po uszy, poprawiła przekręcony gorset.
– Drań! Bezwstydny łobuz! – wyklinała mnie pod nosem.
Czerwone wino spłynęło mi po twarzy; rubinowa, półprzezroczysta kotara przesłoniła oczy. Piersi Shangguan Niandi niczym czerwone, mocno nadmuchane balony zderzały się głośno ze sobą – nie przed moimi oczyma, lecz w myślach.
Babbitt poklepał mnie po głowie swoją wielką dłonią.
– Młody człowieku – mrugnął do mnie – piersi twojej matki należą do ciebie, ale piersi twojej starszej siostry to już moja własność. Mam nadzieję, że zostaniemy dobrymi kumplami.
Cofnąłem się przed jego ręką, wpatrując się nienawistnie w tę komiczną, paskudną facjatę. Bezmiar mojego cierpienia był nie do opisania. Piersi Szóstej Siostry, tak gładkie, tak miękkie, tak jędrne i kształtne, jakby wyrzeźbiono je z jadeitu, te niezrównane skarby, dzisiejszej nocy wpadną w ręce Amerykanina o rumianej, włochatej gębie. Będzie mógł je łapać, głaskać, ugniatać do woli. Białe niczym kule z mleka w proszku, te wypełnione miodem, cudowne naczynia, przysmaki niemające sobie równych w całym wszechświecie, tej nocy staną się własnością ust Amerykanina o śnieżnobiałych zębach, by mógł je gryźć, szczypać lub zgoła wyssać z nich całą wilgoć, aż pozostanie tylko blada skóra. O największą rozpacz zaś przyprawiał mnie fakt, że wszystko to stanie się z własnej, nieprzymuszonej woli mojej Szóstej Siostry. O, Shangguan Niandi, ja tylko łaskotałem cię źdźbłem trawy, a ty wymierzyłaś mi dwa bezwzględne ciosy. Dotknąłem cię, a ty chlusnęłaś mi winem w twarz. Babbitt dotyka cię i gryzie, a ty przyjmujesz to z radością! To ma być sprawiedliwość? Wy nędzne dziwki, dlaczego nie rozumiecie mojego bólu? Na całym świecie nie ma nikogo, kto tak dobrze zna, tak bardzo kocha i tak troskliwie chroni piersi kobiety jak ja. Ale dla was moje serce znaczy tyle co ośle flaki! Rozpłakałem się z rozpaczy.
Babbitt wzruszył ramionami, wykrzywił się do mnie, objął Shangguan Niandi i odszedł z nią do innego stołu, wznosić kolejne toasty. Kelnerzy wnieśli wazę pełną zupy, w której pływały rozbełtane pasma żółtka i coś, co przypominało włosy trupa. Mali biesiadnicy, naśladując dorosłych sąsiadów przy stole obok, nabierali zupę białymi porcelanowymi łyżkami, starając się, by była jak najgęstsza i mieszali zamaszyście, chlapiąc na wszystkie strony. Potem dmuchali na łyżki i pili po odrobinie. Sima Liang szturchnął mnie.
– Wujaszku, spróbuj trochę. To naprawdę dobre, nie gorsze od koziego mleka – powiedział.
– Nie, nie będę tego jadł – odparłem.
– No to chociaż usiądź, wszyscy się na ciebie gapią.
Potoczyłem dokoła wyzywającym spojrzeniem. Nikt na mnie nie patrzył, Sima Liang minął się z prawdą. Ze środka każdego stołu buchała para, unosząc się aż pod elektryczne lampy, gdzie od gorąca zamieniała się w jeszcze drobniejszą mgiełkę i rozpływała w powietrzu. Na wszystkich blatach panował straszliwy bałagan, talerze i kieliszki walały się, gdzie popadnie; rysy twarzy gości zacierały się i rozmywały, woń alkoholu działała oszołamiająco. Małżeństwo Babbittów zajęło już z powrotem swoje miejsca przy stole. Zauważyłem, że Niandi pochyla się ku Zhaodi i szepcze jej coś do ucha. O czym mówi? Czy ma to jakiś związek ze mną? Zhaodi pokiwała głową, Niandi odsunęła się i na powrót przybrała swoją dystyngowaną postawę. Nabrała łyżką zupy, zwilżyła usta i wypiła elegancko. Znała Babbitta ledwie od miesiąca, a już stała się kimś zupełnie innym. Przyznaj się, wielka damo, czyż miesiąc temu nie siorbałaś kleiku jak wszyscy? Czy nie smarkałaś głośno i nie plułaś na ziemię? Niandi budziła we mnie odrazę, ale jednocześnie podziwiałem ją – tak szybko zmienić swoje zachowanie, jak tego dokonała? Nie mogłem się nadziwić. Kelnerzy wnieśli główne dania: pierożki i makaron, taki jak ten, który przyprawił mnie niegdyś o utratę apetytu, a do tego jakieś kolorowe ciastka. Zdecydowanie nie mam ochoty opisywać, w jaki sposób jedzono to wszystko. Byłem udręczony i głodny. Matka i moja koza na pewno już niecierpliwie czekały. Czemu więc jeszcze nie poszedłem do domu? Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że po przemówieniu Simy Ku i po przyjęciu Babbitt zamierzał urządzić kolejny pokaz techniki i kultury Zachodu. Wiedziałem, że pokaże nam film, czyli powstające z udziałem elektryczności ruchome obrazy ludzi, które wyglądają jak żywe. Tak przynajmniej mówiła Druga Siostra, gdy zapraszała naszą matkę na przyjęcie weselne. Matka opowiadała, że dwadzieścia lat wcześniej coś podobnego pokazywali Niemcy, którzy reklamowali jakieś nawozy swojej produkcji. Twierdzili, że gdy posypać ziemię tym białym proszkiem, wzrosną plony, ale nikt im nie wierzył. W naszej wsi zawsze nawożono obornikiem, a darmowe próbki nawozu od Niemców ludzie powrzucali do stawu. Gdy nadeszło lato, lotosy w stawie rozrosły się jak szalone – miały długie łodygi i liście jak kamienie młyńskie, grube i mięsiste, lecz kwiatów było jak na lekarstwo. Ludzie byli uradowani, że nie dali się nabrać – widać Niemcy chcieli nam tylko zaszkodzić, bo co to za nawóz, który daje wielkie liście, ale nie daje kwiatów i owoców? Trucizna i tyle.
Przyjęcie wreszcie dobiegło końca. Wbiegli kelnerzy z ogromnymi koszami i uwijając się jak w ukropie, zbierali kieliszki i talerze, ładując je z brzękiem do koszy, gdzie zamieniały się w potłuczone skorupy. Specjalna grupa żołnierzy przybiegła im na pomoc – każdy z nich zwijał ze stołu jeden obrus i wybiegał z nim jak z workiem. I znów kolej na kelnerów – błyskawicznie porozkładali świeże obrusy, po czym wnieśli owoce: winogrona i ogórki, arbuzy i soczyste gruszki. Podano też coś, co nazywano brazylijską kawą – płyn koloru oleju ze słodkich ziemniaków, o dziwnym zapachu. Pito wielkie ilości, dzbanek za dzbankiem, kubek za kubkiem. Goście, dręczeni czkawką, siedząc spokojnie, ze ściągniętymi w ryjek wargami sączyli powoli kawę, w skupieniu i ostrożnie, jakby popijali chińskie lekarstwo.