Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Na cycki mojej babki! Jeszcze, jeszcze! Puść pan to jeszcze raz!
22
Czwartego z kolei wieczoru pokazy filmowe przeniosły się na rozległe klepisko w pobliżu domu rodziny Sima. Wszyscy żołnierze i oficerowie oraz ich rodziny zasiedli na „złotych", honorowych miejscach, wioskowi notable zajęli „srebrne" rzędy za nimi, a zwykli obywatele stali z tyłu, zajmując „żelazne" oraz „miedziane" miejsca stojące. Za wysoko zawieszoną płachtą białej tkaniny znajdował się stawek pełen lotosów i rzęsy wodnej, a nad nim stali bądź siedzieli starcy i kaleki, którzy mieli widok na film od tyłu i przy okazji mogli obserwować pozostałych widzów.
Dzień ten został opisany w Kronice Północno-Wschodniego Gaomi. Wspominając go, dochodzę do wniosku, że nic tego dnia nie działo się zwyczajnie. W południe było gorąco i duszno, słońce miało kolor czarny, ryby w rzece pływały brzuchami do góry, a ptaki spadały z nieba. Młody, energiczny żołnierz, który wkopywał w ziemię pale do zawieszenia ekranu, nagle dostał skrętu kiszek; wił się na ziemi z bólu, a z ust sączyła mu się zielonkawa ciecz – to z pewnością nie było normalne. Dziesiątki purpurowych węży w żółte wzory sunęły jeden za drugim główną ulicą – to też nie było normalne. Białe żurawie z bagien całymi stadami obsiadły drzewa mydlane przed wejściem do wioski, gałęzie pękały pod ich ciężarem, wszędzie wirowało pełno białego pierza, trzepocących skrzydeł, szyj długich jak węże, sztywnych i prostych nóg – to wszystko nie było normalne. Zhuang Zuch, najsilniejszy chłop w całej wiosce, wrzucił do stawu dziesięć kamiennych wałków do łuskania ryżu – to też nie było normalne. Wczesnym popołudniem pokazali się jacyś zmęczeni podróżą przybysze z obcych stron, usiedli nad Rzeką Wodnego Smoka i jedli placki cienkie jak z papieru, zagryzając marchewkami. Zagadnięci, skąd pochodzą, odpowiedzieli, że z Anyangu, a zapytani o cel podróży – że chcą obejrzeć film. Na pytanie, skąd wiedzą, że u nas się pokazuje filmy, odrzekli, że dobre wieści rozchodzą się szybciej, niż wieje wiatr – to też nie było całkiem normalne. Matka opowiedziała nam dowcip o głupim zięciu, czego nigdy przedtem nie robiła i to też nie było normalne. O zachodzie słońca niebo stało się pełne ognistych chmur, które nieustannie zmieniały barwy, co nie było normalne. Woda w Rzece Wodnego Smoka czerwieniła się jak krew, co też nie było normalne. O zmierzchu komary zbiły się w wielkie stado i niczym czarna chmura unosiły się nad klepiskiem – i to też nie było normalne. Białe, późno kwitnące lotosy na powierzchni stawu w czerwonym blasku zachodzącego słońca przypominały niebiańskie duchy, co też nie było normalne. W mleku mojej kozy wyczułem posmak krwi i to było najbardziej nienormalne ze wszystkiego!
Po wieczornej porcji mleka pobiegliśmy jak wicher z Simą Liangiem na wielkie klepisko – przyciągał nas film. Biegliśmy na spotkanie zachodzącego słońca, twarzami ku wieczornej zorzy. Szukaliśmy wzrokiem kobiet niosących na ramionach ławki i prowadzących dzieci oraz starców o laskach – między nich najłatwiej się wepchnąć. Ślepiec Xu Xian'er o ochrypłym, charyzmatycznym głosie, który żył ze śpiewu i żebractwa, kuśtykał przed nami zgarbiony, macając drogę długą bambusową laską. Właścicielka straganu z olejem, Stara Jin o jednej piersi, spytała go:
– Hej, ślepcze, pędzisz jak wicher, dokąd się tak śpieszysz?
– Jeśli ja jestem ślepy, to ty też! – odparował.
Blady Du, stary rybak w słomianym kapeluszu, w którym chodził przez okrągły rok, niosący wyplatany z trzciny stołek, włączył się do rozmowy:
– Jak ty będziesz oglądał film, ślepcze?
– Ty Blady Zadku – zirytował się ślepiec – jak śmiesz pleść androny, żem ślepy? Moimi zamkniętymi oczyma widzę wszystko na wylot!
Wymachując gwałtownie bambusową laską, która świszczała w powietrzu, omal nie trafił w chude jak u czapli nogi Bladego Du. Du ruszył na niego, zamierzając się swoim trzcinowym stołkiem, ale w porę rozdzielił ich Fang Półkula, któremu niedźwiedź odgryzł pół twarzy, kiedy zbierał żeńszeń na górze Changbai.
– Stary Du, chcesz się bić ze ślepcem? Czy to nie wstyd? Dajże spokój, wszyscy jesteśmy z jednej wsi, raz moje na wierzchu, raz twoje; jeśli uderzysz miską o talerz, albo jedno się wyszczerbi, albo drugie – tak to już jest. Tam, na Changbai, ciężko spotkać człowieka z tej samej wsi. Wpadniesz na kogoś z naszego powiatu, a już czujesz się, jakby to był twój krewny!
Na klepisku Simów zbierał się różnorodny tłum, a my byliśmy pewni, że przedtem całe rodziny omawiały przy stołach jadalnych niezwykłe osiągnięcia Simy Ku, kobiety zaś z rodziny Shangguan stały się głównym tematem babskich plotek. Czuliśmy się, jakby wyrosły nam skrzydła, przepełniała nas radość. Chcieliśmy, by pokazywano filmy bez końca!
Zajęliśmy z Simą Liangiem miejsca tuż przed maszyną Babbitta. Wkrótce po tym, jak usiedliśmy, ognie zachodniego nieba niemal wygasły, a mroczny powiew wieczoru przyniósł słonawą, przykrą woń. Kawałek ziemi przed nami obrysowano wapienną linią, a Głuchy Hanguo, pachołek, wymachiwał gałęzią sterkulii i odpędzał wszystkich, którzy ośmielili się tę linię przekroczyć. Z jego ust czuć było alkohol, do zębów przywarły mu skrawki szczypiorku; wytrzeszczając oczy podobne do ślepiów modliszki, bezpardonowym machnięciem kija strącił czerwony jedwabny kwiat z głowy Zezowatej Hua, młodszej siostry Zhanga Dzięcioła. Zezowata Hua była w zażyłych stosunkach ze wszystkimi kwatermistrzami wszystkich oddziałów, jakie stacjonowały w wiosce. Jedwabna bielizna, którą miała dziś na sobie, była podarunkiem od Wanga Buhe, kwatermistrza jednostki Simy Ku; z ust Hua unosiła się woń papierosów, które także dostała od kwatermistrza Wanga. Z głośnym przekleństwem schyliła się po kwiat, nabierając przy okazji garść piachu, którym sypnęła w modliszkowate oczy Głuchego Hanguo. Piach oślepił Hanguo, który wypuścił kij, „tfu!" – splunął śliną zmieszaną z kurzem i trąc oczy rękoma, jął obrzucać Zezowatą Hua obelgami:
– Hua, ty zezowata sprzedajna dziwko w dziurawych butach, jebać córkę twojej matki, pieprzona siostrzenico Czarnego Pierdoły!
Zhao Szósty, gadatliwy handlarz opałem, odezwał się półgłosem:
– Głuchy Hanguo, po co się tak kręcisz w kółko i owijasz w bawełnę? Powiedz jej wprost, za kogo ją uważasz!
Zanim dokończył, stołeczek z cyprysowego drewna wylądował mu z hukiem na plecach.
– Ajajaj! – wrzasnął Zhao i odwrócił się gwałtownie.
Napastnikiem okazał się starszy brat Zezowatej Hua, Zhang Dzięcioł, chuderlawy mężczyzna o żółtej twarzy, uczesany z przedziałkiem w długich włosach, wiszących po bokach głowy; prosta linia przedziałka przypominała długą bliznę od cięcia nożem. Był ubrany w jedwabną koszulę barwy popiołu i trząsł się ze złości. Miał tłuste włosy i nerwowo mrugał oczami. Sima Liang szepnął mi, że ten gość kręci z własną młodszą siostrą, czyli z Zezowatą Hua. Ciekawe, skąd Sima Liang znał takie tajemnice?
– Wujaszku, mój ojciec mówi, że jutro rozstrzelają kwatermistrza Wanga – szepnął mi Sima Liang.
– A Zhang Dzięcioł? Jego też rozstrzelają? – zapytałem cichutko.
Zhang Dzięcioł kiedyś wyzywał mnie od bękartów, miałem z nim na pieńku.
– Pójdę i pogadam z tatą, niech rozstrzelają i ten kazirodczy pomiot – oznajmił Sima Liang.
– Pewnie! Niech rozstrzelają ten kazirodczy pomiot! – zawtórowałem mu, wyładowując swoją złość.