Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 156
Перейти на страницу:

– Czy wam się zdaje – zapytał ochryple – że to nie ja sam? Że mną bogowie kierują? Jak kukłą?

Szarka przewróciła się na bok i oparła na łokciu. Nie wiedzieć czemu, zbójcy się wydawało, że z niego kpi.

– Nieważne, co mnie się zdaje.

– Bodajby ich czarna zaraza zeżarła! – wrzasnął zbójca podrywając się na równe nogi. – A bodaj zdechli, kurwie syny! Od tego mają kapłanów, coby się nimi bawić. Ja jestem człek świecki, zwyczajny, ja się do żadnych bogów na służbę nie najmowałem.

Rudowłosa kobieta przypatrywała mu się z rozbawieniem. Zbójca pohamował się trochę.

– Jeszcze zobaczymy – wysyczał przez zęby – kto kogo wystrychnie na dudka. Niech się nie cieszą, ścierwa. Na końcu ich oszukam.

– Nawet o tym nie myśl.

Zbójca gapił się na nią spode łba, sapiąc ciężko. Z wolna powracała mu przytomność. Szarka omyliła się. Musiała się omylić. Bo przecież sam wszystko obmyślił i zaprzągł do swego planu Kościeja, kamratów, nawet Leśną Straż. Owszem, szczęście dopisywało mu po trochu. Stary znajomek z pomniejszego lichwiarza wyrósł na bankiera i wiergowskiego burmistrza, a ocalony w gospodzie chłopczyna okazał się synem najpotężniejszego wielmoży Wilczych Jarów. Ale całą resztę Twardokęsek zawdzięczał własnej przemyślności. Nic nikomu nie był winien, najmniej zaś tej rudowłosej dziewce, która chwyciła go za gardło i powlokła przez Krainy Wewnętrznego Morza, strasząc klątwami bogów i plugawymi proroctwami. Ale dosyć. Tym razem się nie da nabrać.

Wszystko składało się doskonale. Żalnickie książątko popłynie sobie precz razem ze Zwajcami. Pod jego nieobecność zaś zbójca położy łapę na rdestnickim skarbczyku, potem zaś ucieknie hen daleko na południe i zamieszka w odległym miłym miejscu, gdzie nikt nie słyszał o Krainach Wewnętrznego Morza. Dokładnie, jak zaplanował na samym początku. Zanim jeszcze spotkał Szarkę.

Naszła go ogromna ochota, aby jej opowiedzieć o rabunku, powściągnął jednak ozór. Nie lękał się klątw Kostropatki, ale gdyby rzecz się wydała, żalnicka szlachta niezawodnie rozniosłaby go na szablach za sam zamysł świętokradztwa.

– Tuście mi są! – rozległ się za nimi radosny głos Szydła.

Karzeł wdrapał się na nadmorską skarpę, dysząc ciężko od wysiłku. Chyba nie kładł się w nocy, bo jego przyodziewek nosił wyraźne ślady wczorajszego opilstwa. Czaple piórko przy czapce miał złamane, żółte rajtuzy podarte, a kubrak poplamiony. Uśmiechał się jednak rześko i z daleka znać było po nim dobry humor.

Ten zawsze wyrośnie, gdzie go nie posieją, pomyślał ze złością zbójca.

– Kniaź was po całym obozowisku szuka – oznajmił Szarce trefniś. – Odbijać chciał z rana, więc zły, żeście się mu zapodziali. Wiedźmę już zburczał, bo miała mieć na was baczenie, a pospała się niby suseł.

– On zawsze sarka i gdera, gdy coś komu zawini – odparła lekko. – Pewnie się teraz gryzie, jak mi o wczorajszych zrękowinach powiedzieć. I słusznie. Nie należało tyle gorzałki żłopać i głupot obiecywać.

– Tedy wiecie. – Karzeł przysiadł na gładkim sosnowym konarze, wyrzuconym przez morze na brzeg. – Bardzo się źlicie?

– Sama jeszcze nie wiem. Najpierw muszę się o czymś przekonać.

– O czym? – zaniepokoił się niziołek.

– Masz mnie za głupią? – Rudowłosa roześmiała się. – Ani myślę ci mówić.

– Tedy ja wam coś powiem. – Szydło poskrobał się po głowie. – Nie płyńcie na Przychytrze.

– Takeś się za mną stęsknił? – zakpiła. – Aż wzruszenie bierze.

Karzeł zbył drwinę milczeniem. Kiedy uniósł głowę i poranne słońce padło na jego twarz, Twardokęskowi zdawało się, że oczy ma żółte jak kot.

– Nie płyńcie na Przychytrze – powtórzył głucho. – Na dobre to nie wyjdzie ani wam, ani nikomu innemu. Zbyt wiele dróg przecina się na tej wyspie i zbyt wiele spotyka się sprzecznych pragnień.

– Skąd wiesz, pokurczu? – palnął zbójca zły, bo zanosiło się na kolejną nudną gadkę o czarach i przepowiedniach.

– Są znaki na wodzie i niebie. – Szydło wyszczerzył drobne, ostre zęby. – Każdy głupi je dostrzeże, byle zechciał patrzeć. Służki Kei Kaella uprzędły spisek.

– Jaki? – spytała Szarka.

– Nawet mój wzrok nie sięga pod pękniętą kopułę treglańskiego przybytku. Kapłanki z dawien dawna knuły. Z przyzwoleniem Kei lub bez, znosiły się z wiedźmami, aby nagiąć magię do własnych celów.

– Zabiły Krobaka – przypomniał zbójca świeżo wyedukowany przez Koźlarza w sinoborskiej polityce.

Szydło roześmiał się piskliwie.

– Głupiś! – prychnął. – Im chodzi o coś istotniejszego niż kniaziowski stołek w jakiejś okopconej sali. Szczególnie teraz, gdy w grę wmieszały się inne moce.

– Kto? – rzuciła ostro Szarka.

Pierwszy raz dzisiejszego poranka wydała się zbójcy prawdziwie poruszona.

– Skąd mnie, biednemu, wiedzieć? – Szydło z fałszywą bezradnością rozłożył ręce. – Co ja w wielkim świecie mogę? Tyle, co czasem uszczknę…

– Dość tych bredni! – syknęła Szarka, siadając gwałtownie. – Wiem, że dopełniasz tuzina.

Słońce wychynęło zza chmury. Karzeł przechylił głowę, jego źrenice rozgorzały jak węgle i tym razem Twardokęsek był pewien, że to nie złudzenie.

– A co ty ukrywasz pod maską, Szarka? – chrapliwie wymówił jej imię. – Zębaty sierp?

Sharkah, pomyślał ze zgrozą zbójca. Nazwał ją Sharkah. Zimny dreszcz przeszedł mu po krzyżu. Gwałtownie odsunął się od tamtych dwojga. Żadne nie zwróciło na niego uwagi.

– Nie wiem – odparła. – Ale zamierzam się przekonać.

– Od kiedy wiesz o mnie?

Twardokęsek nie mógł skupić wzroku na jego drobnej postaci. Jej kontury zdawały się rozmywać i falować w powietrzu.

– Od Spichrzy. Spodziewałam się, że Zaraźnica kogoś za mną pośle, a nie zbójcę przecież i nie wiedźmę. A potem, po świątyni Nur Nemruta, byłam już pewna. Masz jej moc?

Szydło popatrzył na nią spode łba. Nic nie odpowiedział.

– Podobno na paciornickich błotach podniosła się zaraza. – Szarka kruszyła w palcach kawałek kory. – To twoja sprawka?

Karzeł wahał się chwilę.

– Nie – odparł wreszcie z westchnieniem. – Po tym jak Fea zasnęła, wielu próbuje zabawy nad jej domeną.

– Ale masz dość mocy, aby to powstrzymać?

Szydło powoli skinął głową.

– Kiedy przyjdzie czas. Jeszcze nie teraz.

– Dobrze się składa. – Otrzepała dłonie i uśmiechnęła się drapieżnie. – Bo mam trzy życzenia.

Źrenice karła aż rozszerzyły się ze zdumienia.

– Co? – Podskoczył jak dźgnięty ożogiem. – Jakim niby prawem?

– Przecież odgadłam, kim jesteś. – Wzruszyła ramionami. – A nie każesz mi chyba ganiać za tobą po tej plaży i nie będziesz się przemieniać w morsa, lwa czy skorpiona wielkiego jak krowa. I tak cię złapię i utrzymam, choćbyś stał się nawet płomieniem. Oszczędźmy więc sobie próżnego trudu.

Podczas tej przemowy Szydło naburmuszył się jeszcze bardziej.

– Ale tak nie uchodzi – burknął. – Minie mnie cała zabawa.

– I tak by cię minęła – odparła bezlitośnie Szarka – bo czasu zostało niewiele i musiałabym cię na początku mocno przetrącić, żebyś ponad przyzwoitość nie przedłużał harców. Jak tedy będzie z moimi życzeniami?

Szydło pociągnął nosem. Kopnął pień sosny.

– Dobra, niech będzie – zdecydował, acz bez entuzjazmu. – Tylko rozumnie. Nie jestem, kurwa, złota rybka.

– Nie dałeś rady jej ukraść Mel Mianetowi? – Zaśmiała się.

– Co bym miał nie dać rady? – Karzeł chełpliwie pogładził się po brodzie. – Zdarzyło się ze dwa razy, ale dawno temu. Teraz Mel nie ma głowy do psoty. Przez te brewerie Zird wszyscy okrutnie sposępnieli. To czego byście chcieli? Skarbów z samego dna morza? Tyle i bez rybki da się wydobyć.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)