Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Альтернативная история » Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]
Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]

Электронная книга - «Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]». Краткое содержание книги:

Żydowscy wygnańcy z Europy ogarniętej II wojną światową osiedlili się na Alasce. W 1948 r. dołączyli do nich Żydzi, którzy przegrali walkę o Erec Israel i zostali wyrzuceni z Palestyny. Amerykański Kongres przyznał jednak Żydom prawa do Kolonii Sitka jedynie na 60 lat, który to termin właśnie upływa i niebawem alaskańscy Żydzi znów staną się bezdomni. Niektórzy policjanci być może zachowają swoje miejsca pracy, pod warunkiem, że nie będą się zbytnio przejmować swoją pracą. Na przykład tragicznie zmarłym Emanuelem Laskerem, który był wprawdzie genialnym szachistą, ale nie tym, który urodził się w 1868 r. Uparty Lansman podąża tropem fałszywego Laskera, a przy okazji także śladami starszego kolegi po fachu, Philipa Marlowe’a. Pije, pali, obrywa i filozofuje jak on; szachów wprawdzie nienawidzi, ale nienawiścią bardzo zbliżoną do miłości. Pozornie zwykłe śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Ze zmarłym związani są chasydzcy gangsterzy, byli i aktualni agenci rozmaitych służb wywiadowczych, a także mnóstwo zwykłych ludzi, którym nie odmówił swojego błogosławieństwa. Sprawdzając kolejne domysły, Landsman pakuje się w kabałę, z której naprawdę trudno ujść z życiem.
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 95
Перейти на страницу:

— To nie jest biała krowa w rude łaty — Miśko mówi stanowczo. — To ruda krowa w białe łaty.

Zsuwa kapelusz na tył głowy i ściąga wargi. Cofa się o kilka kroków, podwija spodnie i najpierw powoli, potem coraz szybciej, rusza biegiem w stronę ogrodzenia. Po czym, ku przerażeniu, zaskoczeniu i lekkiemu zachwytowi Landsmana, Miśko skacze. Jego cielsko odrywa się od ziemi. Jedną nogę wystawia przed siebie, drugą podkula; spod spodni migają zielone skarpetki i blade łydki. Z sapnięciem ląduje za płotem, zatacza się pod własnym ciężarem, a następnie rzuca się w świat krów.

— O kurwa — mówi Landsman.

— Formalnie rzecz biorąc, muszę go teraz aresztować — oświadcza Dick.

Krowy reagują na wtargnięcie skargami, lecz poza tym nie okazują większych emocji. Miśko zmierza wprost do sztuki, która go niepokoi. Krowa płoszy się i odsuwa, mucząc donośnie. Miśko unosi ręce wnętrzem dłoni do góry. Przemawia po amerykańsku, tlingicku, żydowsku, po staroi nowokrowiemu. Powoli okrąża zwierzę, przyglądając mu się badawczo. Landsman zaczyna rozumieć — faktycznie, ani pod względem maści, ani kształtu ta sztuka nie jest podobna do innych.

Krowa poddaje się oglądowi. Miśko kładzie dłoń na trawie, ona zaś czeka cierpliwie — kopyta rozstawione, kolana złączone, łeb nadstawiony do słuchania. Miśko kuca i bada jej brzuch. Przeciąga palcami po żebrach i szyi do czubka głowy, po czym znów gładzi bok do żerdzi bioder. Tam zatrzymuje się na białej łacie. Podnosi prawą dłoń do ust, zwilża śliną czubki palców i kolistym ruchem pociera plamę na krowim zadzie. Odrywa palce, patrzy na nie, uśmiecha się i marszczy brew. Następnie cwałem wraca przez pole do ogrodzenia i staje przed Landsmanem.

Unosi prawą dłoń w solennej parodii indiańskiego pozdrowienia z reklamy papierosów i Landsman dostrzega na jego palcach płatki białej farby.

— Sztuczne łaty — oznajmia Miśko.

Cofa się i rozpędza ku ogrodzeniu. Landsman i Dick schodzą mu z drogi; Miśko wzbija się w powietrze, po czym ląduje ciężko, aż ziemia jęczy.

— Ale się popisuje — mówi Landsman.

— Zawsze taki był — potwierdza Dick.

— Nu — pyta Landsman — więc co ty mówisz? Że krowa jest incognito?

— Właśnie to mówię.

— Ktoś pomalował rudą krowę w białe łaty.

— Najwyraźniej.

— Ten fakt ma dla ciebie znaczenie.

— W pewnym sensie — zgadza się Miśko. — W pewnym kontekście. Uważam, że ta krowa to może być ruda jałówka.

— Daj spokój — mówi Landsman. — Ruda jałówka?

— Rozumiem, że to jakaś żydowska sprawa — wtrąca Dick.

— Według Biblii, kiedy Świątynia Jerozolimska zostanie odbudowana — mówi Miśko — i przyjdzie pora, by złożyć tradycyjną ofiarę za grzechy, potrzebna będzie krowa szczególnego rodzaju. Ruda jałówka bez skazy. Czysta. Wydaje mi się, że czerwone jałówki są dość rzadkie. O ile wiem, chyba od zarania dziejów było ich tylko dziewięć. Znaleźć kolejną to dopiero byłoby cool. Jak znaleźć pięciolistną koniczynkę.

— Kiedy Świątynia zostanie odbudowana? — pyta Landsman, myśląc o Buchbinderze i jego szalonym muzeum. — To znaczy, kiedy przyjdzie Mesjasz?

— Niektórzy twierdzą — mówi Miśko, zaczynając rozumieć, co zaczyna rozumieć Landsman — że Mesjasz tylko czeka, aż odbudują Świątynię. Chcą wznowić obrzędy przy ołtarzu. Ofiary krwi, kapłaństwo, całą tę szopkę.

— Więc przypuśćmy, że znalazłbyś gdzieś rudą jałówkę. I wszystko miałbyś przygotowane. Te śmieszne czapki i całą resztę. I gdybyś… eee… odbudował Świątynię… To w zasadzie mógłbyś zmusić Mesjasza do przyjścia?

— Ja tam nie jestem religijny, Bóg mi świadkiem — wtrąca Dick. — Ale czuję się zmuszony nadmienić, że Mesjasz już raz przyszedł, a wy dranie, kurwa, zabiliście pojebańca.

W oddali rozlega się ludzki głos, wzmocniony przez głośnik, mówiący dziwną, pustynną hebrajszczyzną. Dźwięk ten sprawia, że serce Landsmana zamiera, on sam zaś robi krok w stronę ciężarówki.

— Zjeżdżajmy stąd — mówi. — Spędziłem z tymi ludźmi trochę czasu i odnoszę nieodparte wrażenie, że nie są zbyt mili.

Docierają bezpiecznie do samochodu i Dick zapala silnik, lecz trzyma go na luzie, nie zwalniając hamulca. Siedzą w aucie, wypełniając szoferkę kłębami tytoniowego dymu. Landsman, który wyłudził od Dicka czarną cygaretkę, przyznaje, że to wspaniały przykład kunsztu zwijającej cygara robotnicy.

— Ja ci po prostu zwyczajnie powiem, Willy — mówi w końcu, wypaliwszy do połowy wyrób Nata Shermana. — I chciałbym, żebyś spróbował zaprzeczyć.

— Postaram się.

— Kiedy rozmawialiśmy, jadąc tutaj, napomknąłeś, że wydobywa się stąd pewien, hmm, odór.

— Tak jest.

— Odór pieniędzy, tak powiedziałeś.

— Za tymi kowbojami stoi duża kasa, nie ma wątpliwości.

— Jednak już kiedy pierwszy raz zobaczyłem to miejsce, coś mnie zaniepokoiło. A teraz, gdy obejrzałem właściwie wszystko, od tablicy na przystani wodolotu do tych krów, niepokoi mnie to jeszcze bardziej.

— Co takiego?

— No, bo przepraszam, ale gówno mnie obchodzi, czy załatwiają coś na lewo. Niech będzie, że jakiś członek rady twojego plemienia od czasu do czasu bierze w łapę od jakiegoś Żyda. Biznes to biznes, dolar to dolar, trzeba żyć i tak dalej. Wiesz, słyszałem nawet opinie, że nielegalny przepływ pieniędzy przez Linię to w stosunkach indiańsko-żydowskich rzecz najbardziej zbliżona do pokoju, miłości i wzajemnego zrozumienia.

— Urocze.

— Cokolwiek ci Żydzi tu robią, to wyraźnie nie chcą się tym dzielić z innymi Żydami. A Okręg przypomina dom, gdzie jest zbyt wielu mieszkańców i za mało pomieszczeń. Wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. W Sitka nikt nie ma tajemnic, bo to po prostu jeden wielki sztetl. Więc jak ktoś ma sekret, to logiczne, że ukrywa się tutaj.

— Ale.

— Ale odór, nie odór, sekret, nie sekret, przepraszam, kurwa, lecz Tlingici nigdy by się nie zgodzili, żeby kupa Żydów osiedliła się w samym środku Indianerlandów i zbudowała takie coś. Nieważne, ile żydowskiej kasy tu krąży.

— Chcesz powiedzieć, że nawet my, Indianie, nie jesteśmy tak zepsuci i bezjajeczni, żeby dawać punkt zaczepienia swym najgorszym wrogom?

— No dobra, w takim razie co powiesz na to? Owszem, my, Żydzi, spiskujemy najpodlej na świecie i rządzimy światem z naszych tajnych ośrodków po ciemnej stronie Księżyca. Ale nawet my mamy swoje ograniczenia. Takie wyjaśnienie bardziej ci odpowiada?

— Nie będę się spierał.

— Indianie nigdy by na to nie pozwolili, chyba że ktoś obiecał im coś naprawdę dużego. Wielkiego. Tak wielkiego, jak, dajmy na to, cały Okręg.

— Dajmy na to — cedzi Dick przez zęby.

— Już wcześniej wykombinowałem, że maczają w tym palce Amerykanie, bo tylko oni, swoimi kanałami, mogli sprawić, że zniknął raport z wypadku Naomi. Poza tym nie istnieje Żyd, który mógłby załatwić taką łapówkę.

— Sweter w Pingwiny — mówi Miśko. — Gwarantuje Indianom, że po naszym odejściu dostaną Okręg w ramach samorządu miejscowej ludności. W zamian za to Indianie pomagają wierzbowerom i ich kumplom założyć tajną mleczarnię.

— Ale co Sweter w Pingwiny z tego ma? — pyta Landsman. — Co mają z tego Stany Zjednoczone?

— Bracie Landsman, oto stanąłeś na progu wielkiej ciemności — rzecze Dick, wrzucając bieg. — W którą, obawiam się, będziesz musiał wkroczyć bez Wilfreda Dicka.

— Kuzynie, mówię to z wielką przykrością — zwraca się Landsman do Miśka, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Ale chyba musimy się udać na Miejsce Masakry.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)