Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Альтернативная история » Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]
Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]

Электронная книга - «Związek żydowskich policjantów [The Yiddish Policemen's Union - pl]». Краткое содержание книги:

Żydowscy wygnańcy z Europy ogarniętej II wojną światową osiedlili się na Alasce. W 1948 r. dołączyli do nich Żydzi, którzy przegrali walkę o Erec Israel i zostali wyrzuceni z Palestyny. Amerykański Kongres przyznał jednak Żydom prawa do Kolonii Sitka jedynie na 60 lat, który to termin właśnie upływa i niebawem alaskańscy Żydzi znów staną się bezdomni. Niektórzy policjanci być może zachowają swoje miejsca pracy, pod warunkiem, że nie będą się zbytnio przejmować swoją pracą. Na przykład tragicznie zmarłym Emanuelem Laskerem, który był wprawdzie genialnym szachistą, ale nie tym, który urodził się w 1868 r. Uparty Lansman podąża tropem fałszywego Laskera, a przy okazji także śladami starszego kolegi po fachu, Philipa Marlowe’a. Pije, pali, obrywa i filozofuje jak on; szachów wprawdzie nienawidzi, ale nienawiścią bardzo zbliżoną do miłości. Pozornie zwykłe śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Ze zmarłym związani są chasydzcy gangsterzy, byli i aktualni agenci rozmaitych służb wywiadowczych, a także mnóstwo zwykłych ludzi, którym nie odmówił swojego błogosławieństwa. Sprawdzając kolejne domysły, Landsman pakuje się w kabałę, z której naprawdę trudno ujść z życiem.
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 95
Перейти на страницу:

— Żadnego głodu? — Do litery A na plakietce z nazwiskiem doktora przywarła drobinka tytoniu, którą doktor teraz zeskrobuje paznokciem. — W tej chwili nie odczuwa pan potrzeby, żeby się napić?

— Może po prostu odczuwam ochotę — precyzuje Landsman. — Nie przyszło to panu do głowy?

— To możliwe — przytakuje doktor. — Możliwe też, że lubi pan duże, śliniące się psy.

— Dobra, doktorku, dosyć tego — mówi Landsman. — Kończmy tę zabawę.

— Dobra. — Doktor Rau obraca do Landsmana pulchną twarz. Tęczówki ma jak odlane ze stali. — Detektywie Landsman, na podstawie badania stwierdzam, że ma pan zespół abstynencyjny. Oprócz wychłodzenia cierpi pan na odwodnienie, dreszcze, palpitacje, poza tym pańskie źrenice są rozszerzone. Poziom cukru w pańskiej krwi jest bardzo niski, z czego wnoszę, że dawno pan nic nie jadł. Brak apetytu to kolejny objaw odstawienia. Poza tym ma pan podwyższone ciśnienie i jak słyszałem, ostatnio zachowywał się pan nieobliczalnie. A nawet agresywnie.

Landsman szarpie pognieciony kołnierzyk koszuli, usiłując go wygładzić. Ale rogi, jak tanie rolety, wciąż podwijają się do góry.

— Doktorze — mówi — porozmawiajmy jak jeden mądrala z drugim. Szanuję pańską przenikliwość, ale niech pan powie, czy gdyby taki kraj jak Indie właśnie ulegał likwidacji i za dwa miesiące pan oraz wszyscy pana bliscy mieli zostać rzuceni wilkom na pożarcie, i nie mieli dokąd pójść, i wszyscy inni mieliby to w dupie, i pół świata przez ostatnie tysiąc lat usiłowałoby pozabijać Hindusów, to nie sądzi pan, że też zacząłby pan pić?

— Nie, wygłaszałbym tyrady do obcych lekarzy.

— Psy z koniakiem nie nabijają się z zamarzniętych — mówi żałośnie Landsman.

— Detektywie Landsman.

— Słucham, panie doktorze?

— Badam pana od jedenastu minut i przez ten czas wygłosił pan trzy długie przemowy. Tyrady.

— No, tak — potwierdza Landsman i po raz pierwszy czuje, że krew krąży w jego żyłach. Na twarzy rozlewa mu się wściekły rumieniec. — To się czasem zdarza.

— Lubi pan przemawiać?

— Od czasu do czasu.

— Słowotok.

— Podobno tak się to nazywa.

Landsman zauważa, że doktor Rau potajemnie coś żuje. Z jego lukrowanych różowych warg dolatuje nikły zapach anyżku.

Doktor odnotowuje coś w karcie Landsmana.

— Czy jest pan obecnie pod opieką psychiatry lub bierze jakieś leki na depresję?

— Na depresję? Czy ja wyglądam na depresyjnego?

— To przecież tylko nazwa — mówi doktor. — Po prostu dostrzegam pewne objawy. Wnosząc z tego, co powiedział inspektor Dick, i co sam stwierdziłem podczas badania, nie da się wykluczyć, że cierpi pan na jakiś typ zaburzeń nastroju.

— Nie pan pierwszy mi to mówi — wzdycha Landsman. — Przykro mi, że właśnie panu muszę to wyznać.

— Bierze pan jakieś leki?

— Nie, właściwie nie.

— Właściwie nie?

— Nie chcę.

— Nie chce pan.

— No, wie pan. Boję się, że mnie otępią.

— To by wyjaśniało pańskie picie — mówi doktor. Jego słowa mają sardoniczny posmak lukrecji. — Podobno alkohol cudownie przeciwdziała otępieniu. — Podchodzi do drzwi, otwiera je i wpuszcza Indianina, posterunkowego, który przyszedł po Landsmana. — Detektywie Landsman — kontynuuje swój koncept — niech mi będzie wolno zauważyć, że doświadczenie uczy, iż ludzie, którzy boją się otępieć, na ogół już dawno stracili ostrość.

— Tako rzecze wielki swami — mruczy pod nosem posterunkowy.

— Zamknijcie go — poleca doktor i rzuca kartę Landsmana na tacę pod ścianą.

Indiański gliniarz ma głowę jak sekwojowy kołek i najbrzydszą fryzurę, jaką Landsman kiedykolwiek widział, iście nieludzkie połączenie podgolonego karku i stylu pompadour z bułą nad czołem. Ślepym korytarzem prowadzi Landsmana do metalowych schodów na piętro miejskiego aresztu St Cyril. Cela bez krat ma zwykłe metalowe drzwi, jest w miarę czysta i w miarę dobrze oświetlona. Na pryczy leży materac, poduszka oraz złożony w kostkę koc. Kibel wyposażony jest w deskę. Na ścianie wisi przykręcane metalowe lusterko.

— Apartament dla VIP-ów — mówi gliniarz.

— Szkoda, że nie widziałeś, jak ja mieszkam — odpowiada Landsman. — Jest tam prawie tak ładnie jak tutaj.

— To nic osobistego — zastrzega gliniarz. — Inspektor specjalnie chciał, żeby pan o tym wiedział.

— Gdzie jest inspektor?

— Próbuje to załatwić. Jak ci faceci złożą skargę, to zaleje nas gówno w dziewięciu smakach. — Wykrzywia twarz w pozbawionym humoru uśmiechu. — Nieźle pan przyjebał temu kulawemu żydkowi.

— Kim oni są? — pyta Landsman. — Sierżancie, kurwa, co ci Żydzi tutaj kombinują?

— To ośrodek rehabilitacyjny — informuje sierżant z równie dojmującym brakiem uczucia jak doktor Rau, gdy pytał Landsmana o alkoholizm. — Dla zbłąkanej żydowskiej młodzieży, uwikłanej w sidła przestępczości i narkomanii. Przynajmniej tak słyszałem. Niech się pan zdrzemnie, panie śledczy.

Gliniarz odchodzi. Landsman wpełza na pryczę, naciąga koc na głowę, lecz jest już za późno: jeszcze nic nie czuje, jeszcze nie wie, co takiego mógłby czuć, gdy z głębi jego ciała wyrywa się szloch i więźnie mu w krtani. Łzy palące pod powiekami są jak alkoholiczny dygot — niczemu nie służą i nie można nad nimi zapanować. Landsman wtula twarz w poduszkę i po raz pierwszy od śmierci Naomi czuje się całkowicie samotny.

Dla uspokojenia wraca myślą do pokoju 208. Wyobraża sobie, że jest Mendlem Szpilmanem, leży na opuszczanym tapczanie w wytapetowanej komórce i odtwarza w myślach drugą partię meczu Alechin-Capablanca z Buenos Aires 1927 roku, podczas gdy hera obraca jego krew w cukier, a mózg w łapczywy język. No. Więc kiedyś szykowano dlań garnitur cadyka ha-Dor, on jednak uznał, że to kaftan bezpieczeństwa. Dobra. Potem zmarnował mnóstwo lat. Grał w szachy, żeby zdobyć pieniądze na dragi. Mieszkał w podłych hotelach. Ukrywał się przed pełnym sprzeczności przeznaczeniem, wyznaczonym z jednej strony przez geny, z drugiej zaś — przez Pana Boga. I nagle, pewnego dnia, znajdują go jacyś ludzie, otrzepują z kurzu i wywożą do Peril Strait, do lekarza, do tej niby-kliniki, zbudowanej dzięki szczodrości amerykańskich Żydów, różnych Susie, Barrych i Marvinów, w której mają go wyczyścić i poskładać do kupy. Po co? Bo jest im potrzebny. Bo zamierzają go uzdatnić. A on chce z nimi jechać, godzi się na to — Naomi nigdy nie podjęłaby się przewiezienia Szpilmana pod eskortą, gdyby zwęszyła choćby najmniejszy ślad przymusu. Więc dla Szpilmana coś w tym musi być: pieniądze, obietnica wyleczenia, odzyskanie świetności, pojednanie z rodziną, nawet wyplata w formie narkotyków. Lecz gdy Szpilman przylatuje do Peril Strait, żeby zacząć nowe życie, coś sprawia, że zmienia zdanie — coś, co widzi, pojmuje, rozumie. Albo po prostu oblatuje go strach. I zwraca się o pomoc do dziewczyny, która dla niezliczonych ludzi, najczęściej tych najbardziej zagubionych, pełni funkcję jedynego przyjaciela na świecie. I Naomi zabiera go stamtąd, zmieniając po drodze plan lotów, po czym załatwia mu transport do taniego motelu z córką sprzedawcy ciast. Jej hybris zostaje ukarana; tajemniczy Żydzi doprowadzają do katastrofy samolotu i zaczynają polować na Mendla. Szpilman znów zapada się pod ziemię, chowa się w Zamenhofie przed kolejnymi wcieleniami i leży twarzą w dół w obskurnym pokoju, zbyt nawalony, by myśleć o Alechinie, Capablance czy obronie hetmańsko-indyjskiej. Zbyt nawalony, by usłyszeć pukanie.

— Miśko, nie musisz pukać — mówi Landsman. — Przecież to areszt.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)