Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 81
Перейти на страницу:

Wiatr wył, niosąc śmierć, gwizdał na pohybel Lachom. Dydyński czuł, że w nogi i siedzenie jest mu w miarę ciepło — to grzał go Kaper. Ale ramiona, głowa i ręce cierpiały od chłodu. Czuł, jak przenikają go na wskroś tysiące igieł, zimno paraliżuje usta, szarpie ręce, nos i szyję. Kiedy poruszał wargami, wyczuwał na nich krew. Widział, jak na napierśniku husarskiej zbroi osadza się szron. Powoli on i jego towarzysze zamieniali się w śnieżne posągi, znieruchomiałe w zamieci bałwany z grubsza przypominające jeźdźców na koniach.

Dotrwać… Czekać… Śmierć była milsza od tego cierpienia. Rozmowy ucichły, bo rozwiał je wicher, śnieg zalepiał usta skuteczniej niż katowski knebel, a mróz dławił członki gorzej niż carskie kajdany.

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

Jedenasta w nocy

— Batiuszka, okryjcie się, będzie cieplej! — Sługa zarzucił na kolana Basmanowa kołdrę z wilczych skór.

Piotr Fiodorowicz oparł się o wezgłowie sań i przymknął oczy. Ale na krótko.

— Dlaczego ja mam leżeć w cieple, skoro moi ludzie marzną? — zapytał ze złością, bo trudno jednak było się zmusić, aby opuścić ciepły pojazd.

Sługa skłonił się, Basmanow odrzucił kołdrę. Wstał i skinął na tysiącznika strzeleckiego.

— Idziemy, batiuszka. Sprawdzić, czy Litwa nie uciekła.

Do świtu zostało ponad siedem godzin.

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

W pół do dwunastej godziny w nocy

— Nie śpij, zamarzniesz! — Dydyński poczuł, że ktoś szarpie go za ramię. Rudomina — dygocący od zimna, pokryty lodem i śniegiem, który osadził się na nakarczku i okapie szyszaka. Wyglądał tak, że mógłby straszyć dzieci na jasełkach albo jako Śmierć przemawiać z kościelnych obrazów do pobożnych chrześcijan, nawołując do zaprzestania pijaństwa i pomiarkowania się w rozpuście.

Dydyński westchnął. Wiedział, że on sam sprawiał takie samo, a może jeszcze gorsze wrażenie.

— Czas rozruszać konie. Jedziemy!

O Boże Miłosierny… Ile jeszcze tej męki?

Szturchnął Kapera. Ale koń nie ruszył. Zaparł się. Dydyński nie miał sumienia uderzyć go ostrogami.

— Kaper! — przemówił łagodnie i spokojnie, ale jego głos ginął w odgłosie wichury. — Kaper, rusz się chłopie. Idź, bo zamarzniesz.

Koń nie ruszył, podniósł tylko głowę, nie postąpił nawet pół kroku do przodu. Dydyński zmartwiał. A potem zsunął się na ziemię — powoli, nieporadnie przekładając prawą nogę nad końskim zadem, jakby był to kawałek drewna. Opadł na śnieg i jęknął — prawie nie władał członkami, ciało było jak z drewna, bolało przy każdym ruchu, a krew przestała krążyć w żyłach.

— Chodź, Kaper — jęknął. — Nie mamy czasu. Musisz się ruszać.

Pociągnął zdrętwiałego, zobojętniałego konia za sobą. Wierzchowiec zrobił pierwszy krok, drugi — poszedł!

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

Przed godziną dwunastą w nocy

Janicki dygotał, aż trzęsły się blachy zbroi. Szczękał zębami niczym w malignie.

— N-n-n-n-ne… Dłużej… N-n-n-n-nie…

— Panie… bracie, co ci… Czekaj…

Nie słuchał. W jednej chwili uderzył wierzchowca ostrogami. Koń nie ruszył skokiem. Potruchtał do przodu, rozpędził się do słabego galopu.

— Stój! — ryknął Gogoliński. — Do szeregu!

— Wracaj!

— Oszalał! Ze szczętem oszalał!

— Łapcie go!

Porucznik strzelił. Puffer wypalił z błyskiem, chybił albo zbroja zatrzymała kulę, bo Janicki wpadł w tumany śniegu, zniknął w nich jak mara, pędząc w stronę moskiewskich stanowisk.

— Dokąd?! — Porucznik zatrzymał wystrzelonym pistoletem dwóch towarzyszy, którzy skoczyli za nieszczęsnym. — Wracać do szeregów, bracia.

— A on…

— Niech leci.

— Przedrze się, wyrwie!

— Czekać!

Daleko pod lasem rozległ się pojedynczy wystrzał, potem pukanina. Przez śnieżną zawieję doszedł do nich kwik konia, brzęk żelaza i tyle. Skończone.

— Kto następny? Proszę…

Jakoś nie było ochotników.

Die 1 februarii/22 ianuarii

Pole pod Dobryniczami, po godzinie dwunastej, sześć godzin do świtu

— Pana Świlczyńskiego nie ma.

— Jak… to?

— Zniknął z koniem.

— Uszedł?

— Są ślady. Jeszcze… są.

— Panie Domaradzki, skocz za nim… Może go łycho porwało.

— Prędzej Moskale.

Towarzysz z pocztowym ruszyli ledwie widocznymi śladami końskich kopyt. Przedzierali się przez zawieję jak przez pierwszy krąg lodowego piekła.

Coś brzęknęło pod kopytami. Duży, płaski żelazny przedmiot poniewierający się w białym puchu.

Husarski obojczyk od kirysa.

— Oszalał!

Szli dalej, z mozołem przedzierając się przez śnieg. Minęli naramiennik, dalej naplecznik ledwie widoczny w śniegu.

A potem zamajaczyła przed nimi sylweta mroczna jak zły cień. Jeździec i koń. A raczej potępieniec ciągnący z mozołem widmo kobyły przez zaspy.

Był bez zbroi, w samym przeszywanym aksamitnym żupanie, który śnieg i mróz przefarbowały w białą płachtę. Szedł wolno, mamrocąc coś pod nosem.

— Stój! Dokąd, mospanie?!

Zatrzymał się, a potem podjął wędrówkę, dopóki Domaradzki nie zagrodził mu drogi.

— Powiedziałem: stawaj! Co robisz? Dokąd idziesz?

— Do Moskali… bez broni!

— Usieką cię!

— Chcę się poddać. Nie mogę. Zabijcie. Lepsza śmierć niż to… tutaj.

— Wracaj do szeregu.

Pokręcił głową.

— Bij… Strzelaj… Nie mam sił.

Z rozmachem Domaradzki uderzył Świlczyńskiego w gębę. Poprawił pięścią z drugiej strony, aż szlachcic zwalił się na plecy, wpadł w śnieg i niezdarnie gramolił się na nogi.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)