Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 81
Перейти на страницу:

Z jękiem dartego spiżu, z grzmotem i błyskiem rozerwało się na tysiące kawałków! Rozpadło, tnąc okruchami metalu puszkarzy, strzelców. W jednej chwili armata, kobylice, kosze z faszyną i zaostrzone kołki — wszystko w promieniu dwudziestu kroków zmiótł płomień. Zmiażdżył, odrzucił popalone ciała kanonierów, stopił lód, śnieg, wypalił dziurę w ziemi. Uderzył gorącym podmuchem w strzelców.

Swierkałow wrzasnął. Był osmalony, poparzony. Nie wierzył własnym oczom, lecz prawda kołatała mu we łbie. Działo… Działo zamarzło! Przez noc lufa musiała się skurczyć albo do środka przedostał się śnieg i zmienił w lód…

Strzelcy dali ognia z rozpędu. Część w chwili wybuchu posłała kule panu Bogu w okno. Inni, już po — niecelnie, w płomienie, w pyły, w tumany śniegu po kataklizmie.

A wtedy konie roty Gogolińskiego wpadły z rozpędem w wyrwę w moskiewskiej przegrodzie…

Szable świsnęły tylko raz — nie było kogo bić. Rumaki uderzyły w linię strzelców, zmiotły ją piersiami, stratowały kopytami. Jak wartki górski strumień przebijający się przez tamę, chorągiew husarska przerwała pierścień okrążenia, zmiażdżyła, stratowała szyki wrogów, a potem wyrwała na swobodę.

— Heja! Ho!

— Ałła! Ałła!

Wyli, krzyczeli, hałłakowali po tatarsku. Wolni, szczęśliwi, wyzwoleni… Pędzili, jakby naprawdę wyrosły im skrzydła.

I wtedy wpadli w szerokie rozlewisko potoku.

Nagle lód trzasnął, czyjś koń zwalił się, inne zarżały, poczęły ustawać. To nie była natura… To była zasadzka. W szerokim, przysypanym śniegiem rozlewisku Moskale wyrąbali płonie — przeręble przykryte wiechciami słomy, przysypane śniegiem. Lodowe wilcze doły dla jazdy.

Dydyński uświadomił sobie to wszystko w jednej chwili, gdy Kaper zapadł się, zwalił pod nim, zanurzył w lodowatej wodzie. Jeździec przeleciał przez przedni łęk, wyrżnął w lód, aż zadudniło mu w uszach, przetoczył się po śniegu i zamarł.

Minęła chwila, nim wyczuł, gdzie ma ręce, a gdzie nogi. Podniósł się blady, sponiewierany.

Rota już przeszła, przeleciała w pędzie. Dydyński spojrzał za nimi, potem odwrócił się do konia. Kaper wpadł z kretesem. Lód zarwał się nie tylko pod płonią, ale i wokół. Wierzchowiec pogrążył się w wodzie, z której wystawał tylko łeb. Jacek spoglądał na smutne, wilgotne oczy i czuł, jak w sercu narasta rozpacz.

— Kaper!

Chwycił za cugle, pociągnął, chciał wyrwać przyjaciela spod lodu, ale to była robota głupiego. Wierzchowiec wyciągnął szyję, zarżał żałośnie.

— Batiuszka! Jacku Aleksandrowiczu! Uciekajcie!

Gdzie, jak? Kto to mówił? Borys zawrócił na Myszatym, stał na lodzie, machał czapką i krzyczał.

Moskale? Szli na stolnikowica, biegli po lodzie, z szablami, czekanami w rękach. Pędzili z obu brzegów, zawzięci, kosmaci, nieustraszeni.

— Borys, uciekaj! — wrzasnął szlachcic. — Sprowadź pomoc! Zawiadom… Nieborskiego.

Porwał za szablę… Zaraz, nie miał pod pachą rękojeści. W czasie upadku węgierka obróciła się na rapciach głownią w górę. Szarpnął za splątane paski, nie myśląc, że najszybciej byłoby po prostu rozpiąć pas!

— Batiuszka!

Szarpał się rozpaczliwie z upartym pasem. Być otoczonym przez wrogów, nie mieć szabli w ręku! Szczyt rozpaczy…

Dostał czekanem w szyszak. Mocno, z zamachu. Runął na śnieg, a raczej to zaśnieżony lód uderzył go w brzuch i łeb tak mocno, że zabolały zęby.

Przewrócił się na bok, usiłując wymacać szablę. Dostał raz jeszcze, aż zadźwięczało mu w uszach.

— Booooorys…!

Dopadli go ze wszystkich stron, kopali, bili. A potem dźwignęli z ziemi. Porwał za szablę, ale nie mógł jej dobyć. Szarpał się w uściskach ponurych brodaczy, widząc, jak Oboleński zawraca konia i przerażony pędzi w stronę lasu. Gromada moskiewskich oberwańców pognała za nim, wygrażając kijami i czekanami.

— Bieri Lacha!

— Puskaj!

— Fiodor Maksymowicz! Żywy, cały!

Wydarli mu szablę, zdarli szyszak, wykręcili ręce w tył. Zaczęli wiązać.

— Bierz konia!

Jeden z Moskali szarpnął za wodze Kapera. Rumak kwiknął, zanurzył się jeszcze bardziej. A wtedy drugi z dworian — z ryżą bródką, w brudnym pikowanym kaftanie — podskoczył bliżej, szarpnął niecierpliwie za podgardle. Nie mógł rozpiąć sprzączki, a bał się stąpać po kruchym lodzie. Spróbował zerwać uzdę z łba konia bez rozpinania sprzączek. Osiągnął tyle, że się zasapał, przyczyniając zwierzęciu dodatkowych cierpień.

— Czort z nim! — Machnął ręką.

Kaper zachrapał trwożliwie, ale nie utonął. Dydyński szarpnął się, zdjęty bólem. Obmacywali go sprawnie we dwóch, szarpali za płyty. Nie wiedząc, jak rozpiąć sprzączki, przecięli paski kindżałem i wyłuskali Dydyńskiego z obojczyka, napierśnika i reszty zbroi.

Rosły Moskal w spiczastym szłomie jakby wydobytym z grobu Ruryka, z czarną, kręconą brodą, wyszarpnął szablę z pochwy. Przyłożył ostrze do gardła szlachcica.

— Ty, Litwin, diengi masz?

— Mam, mam — śpiesznie zapewnił Dydyński. — Puśćcie — pokażę.

— Dawaj albo ubiju!

Drżącą ręką sięgnął do szyi. Zerwał sakiewkę z dukatami. Brodaty rozwiązał mieszek, uśmiechnął się i zaraz oddał drugiemu — starszemu, z krzaczastymi brwiami, który widać cieszył się największym mirem w tej kompanii.

Błysnęło złoto polskich czerwońców. Krzaczasty spojrzał na Dydyńskiego spode łba.

— Mało!

— Ja możny szlachcic, pan. Wykupię się! Zapłacę!

Krzaczasty pokiwał głową.

— Bieri Litwina.

Powlekli go po lodzie. Szlachcic potykał się i ślizgał, opierając na ramionach śmierdzących sadłem i dziegciem pachołków.

— Co z koniem, Fiodor Maksymowicz!

— Poszoł na chuj!

Sługa w kaftanie podszedł do Kapera, który rzęził, lecz ciągle jeszcze nie utonął, a jego łeb wystawał z płoni. Pociągnął za wodze, pokręcił głową, przyłożył rusznicę do łba konia i strzelił.

Dydyński krzyknął. Znów oglądał egzekucję towarzysza broni. Widział, jak Moskal chybił, jak klnąc, nabijał broń, a zakrwawiony koński łeb miotał się w przeręblu. Jak padł drugi strzał, a po nim trzeci. I wreszcie pokryty krwią, lecz ciągle dygocący Kaper zniknął pod lodem.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)