Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 81
Перейти на страницу:

— Dalej! Skokiem!

Puścili się galopem w stronę wzgórz i lasu — tam, gdzie w wąskim gardle między ścianami drzew widniało szerokie przejście na pola i stepy ciągnące się aż do Siewska. Z miękkim łoskotem kopyt, z szumem skrzydeł wpadli na niewielki pagórek przed przesieką, zjechali z niego i…

Błysk rozjarzył lodową pustynię aż po krańce lasu. Blask bijący z luf uniesionych piszczeli, wystrzały ze śmigownic, głuchy i suchy trzask organek. Chorągiew wstrzymała się w pędzie, z rżeniem i kwikiem zwalił się koń, drugi padł na bok, pocztowy i towarzysz polecieli z kulbak, ten pierwszy pod kopyta, drugi na bok, leżał we krwi, kopiąc nogami przed śmiercią.

— Stawaj! Stawaj! — zaryczał Gogoliński.

Przejście między drzewami zamknięte było pośpiesznie wystruganymi ostrokołami, kobylinami i zwykłym zasiekiem. Świeżo zaostrzone pale i koły szczerzyły zęby w stronę nadjeżdżającej husarii. A za ich nierówną, poszarpaną granią widniał tłum Moskali rozświetlony pochodniami.

Strzelcy! Zablokowali wyjazd z pola, jedyny prowadzący w stronę Siewska! Dopiero teraz w nagłym przebłysku Gogoliński zrozumiał, dlaczego jazda dworiańska nie chciała atakować, gdy przekraczali strumień. Ona po prostu odciągała ich uwagę, by dać czas strzelcom na obejście i zamknięcie drogi.

— W prawo marsz! Skokiem, mości panowie!

Konie dobyły ostatków sił. Parujące i wyczerpane skoczyły w stronę zbawczego lasu. Husaria przebiłaby się przez gąszcz — kosztem pozostawienia na gałęziach piór, skór i szyszaków. Lecz ledwie doszli do krzaków — w gęstwinie zamigotały światła, a potem z suchym trzaskiem odpaliły piszczele.

— W prawo! Zwijaj w prawo! — zakrzyczał Gogoliński. Rota skręciła na północ, niemal w stronę, z której przyjechali. Wpadli na niewielki wzgórek, pomknęli w stronę potoku i zaraz wstrzymali konie. Na drugim brzegu rzeki wysypywała się moskiewska konnica — w resztkach wieczoru widzieli całe sotnie i poczty stające w ordynku frontem do nich. Gogoliński uderzył się buzdyganem w norymberski szyszak. Byli w pułapce. W potwornej paści, z której… było jeszcze tylko jedno wyjście!

Poderwał towarzyszy i pocztowych do biegu. Skoczyli na wschód — ku miejscu, w którym las przechodził w trakt z Siewska do Staroduba, zakręcał i szedł równolegle do Siewu. Na próżno. W chaszczach i krzakach migotały światełka, słyszeli krzyki i nawoływania.

— Stój! Stawaj w lewo!

Chorągiew zbiła się w jedno wielkie kolisko. Husarze i petyhorcy poczęli krzyczeć, rozglądać się, przepychać, bić i wrzeszczeć. Gogoliński zerwał szyszak z głowy, starł zimny pot z czoła.

— Mości panowie, spokój! Uciszyć się! Chorąży, do mnie!

Chciał stanąć na jedną chwilę, ogarnąć wszystko, pomyśleć, co i jak uczynić.

Moskale nie dali mu do tego sposobności.

Wystrzał z działa wstrząsnął powietrzem. Jeden, drugi, trzeci, piąty!

Armatnia kula spadła jak grom z jasnego nieba. Rąbnęła w zaśnieżone pole za końskimi zadami, obsypała ich bryłami lodu. Druga była zdradliwsza — padła na ziemię po prawej, zrykoszetowała, przechodząc blisko, śmiertelnie blisko chorągwi.

— Wybiją nas! Wystrzelają jak psy!

— Ratujcie!

— Za mną! — krzyknął Aniołowicz. — Do rzeki! Przebijemy się w wzdłuż strumienia!

— Czekajcie! — ryczał Gogoliński, ale nikt go nie słuchał. Husarze i petyhorcy pomknęli w stronę Wula, do miejsca, gdzie strumień wypływał z lasów, między pagórkami. Poszli z łoskotem zbroic, z chrapaniem utrudzonych koni, wpadli w głęboki śnieg; czyjś rumak zapadł się po brzuch, kwiknął, inny potknął się, zrzucił jeźdźca.

A potem wierzchowiec Aniołowicza zapadł się w śnieżną czeluść. Biała płaszczyzna rozstąpiła się pod nim jak ruchome piaski, razem z nią zapadło się jak lawina całe zbocze. Koń kwiknął, wstał na przednie nogi, pośliznął się na lodzie, zerwał znowu. Poturbowany, ranny szlachcic chwycił wodze. Inne wierzchowce rżały, rzucały się niespokojnie.

— Zawracać! Nie przejdziemy!

— Jamy! Jamy pod śniegiem!

— Dalej bagno!

Nikt już nie dowodził, nikt nie słuchał komend Gogolińskiego. Husarze zaczęli rozbiegać się we wszystkie strony. Toczyli wzrokiem po lesie, szukając miejsca, w którym można było przebić moskiewski kordon. Jeden beształ czeladź, inny rozpaczał, kolejny spinał konia do galopu. Jedność i karność stały się pustym słowem na stepie.

I byłoby źle, bardzo źle, gdyby nie huknął strzał. Tym razem odezwał się puffer Dydyńskiego.

— Mości panowie, na środek pola! — zaryczał Dydyński. — Na wzgórze! Tam kule nie doniosą, tam uczynimy radę! Naprzód!

— Za mną! — poparł go Gogoliński, ratując resztki fantazji. — Tam bezpiecznie.

Wpadli na środek pola, między dwa niewielkie, siodłowate pagórki, słysząc zewsząd huk dział, krzyk Moskwy i głuchy pogłos echa, jakim odzywał się w przepastnym borze każdy wystrzał. Zbili się w kupę, w kolisko jak Krzyżacy pod Grunwaldem, stanęli ramię w ramię na dymiących koniach. I wtedy poczęli jak błędni rozglądać się dokoła, bo nikt nie wiedział, co robić i dokąd zmierzać.

Die 31/21 ianuarii

Dobrynicze, godzina ósma po południu

— Wielki kniaziu, ojczulku nasz ukochany, panie…

— Potem, potem — wychrypiał Szujski, dostojny, pomarszczony starzec zasiadający w saniach uformowanych na podobieństwo białego niedźwiedzia, w których zajmował tyle miejsca, że zmieściłoby się tam dwóch bojarów. — Trofimie Aleksiejewiczu, potem będziesz bił czołem. A teraz gadaj, co się dzieje! Gdzie carzyk? Gdzie impostor? Uszedł?

— Lachy i Dońcy uciekli do Siewska. Zaporożcy wycięci, część uszła. Poszli, skatiny, prosto w lasy!

— Nu i zwycięstwo. Taaak — kniaź potoczył przekrwionym wzrokiem po swoich kompanach — uuuu-cha, cha, cha! Fiodorze Iwanowiczu — poklepał Mścisławskiego po kolanie — tak Lachów bić trzeba. Nie siłą, nie szablą, a sposobem! Hu, hu! Wszak ja tobie mówił: pomnij, Mścisławski, kamrat, żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat! Czyja będzie Ksenia Godunowa?! Moja czy wasza?!

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)