Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 81
Перейти на страницу:

— Masz — rzekł i śmiejąc się, zerwał z kołpaka siedzącego obok bojara duży węgierski dukat. Cisnął go słudze jak psu. — Żeś mi dobrą nowinę przyniósł.

— Jeszcze bitwa nieskończona, Wasylu Iwanowiczu — mruknął ponuro Mścisławski, zarośnięty pod oczy jak leśny dziad, za to w szłyku wielkim jak komin gorzelni, obszywanym perłami i carskimi medalami, to jest dukatami. Ciężar tej czapy przez lata tak wykrzywił głowę kniazia, że ten sprawiał wrażenie, jakby spoglądał z dołu przez szparkę. — Puszki słychać.

— A co tam się dzieje?

— Husary się bronią w polu. Jazda litewska… Ze trzy setki. Piotr Fiodorowicz ich zasiekami otoczył, jak lisa w norze obszedł. Prosi, byś mu, wielki kniaziu, przysłał Niemców i konnicę rajtarską.

— Czy ci Litwini zagradzają nam drogę na Siewsk?

— W lasach są, na polanie, z dala od traktu.

— No to czego Piotr Fiodorowicz szuka guza po nocy? Ja mu konnicy nie dam. Starczą strzelcy, trochę dworian ziemskich z Siewierszczyzny i puszki — te może wziąć wszystkie. I przekaż mu, żeby nie szukał zwady po nocy. Otoczyć Lachów, dawać ognia i czekać do świtu. Postoją w polu — rano nie będzie co zbierać. O ile sami nie przyjdą szukać carskiej łaski. A reszta, ojczulkowie — na Siewsk, na Siewsk, pókim dobry! Gonić, łapać Rostrygę, Otriepiewa! Rozkazać po sotniach i pułkach, że kto przyprowadzi mi Dymitra, temu obiecuję sarafanowy kaftan, carską łaskę i sto rubli nagrody! Przyprowadzić go żywcem, ale… może być też martwy. W sumie to żadna strata! Ruszajcie!

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

Około godziny dziewiątej wieczorem

— Musimy czekać do świtu! — krzyczał Gogoliński do towarzystwa, słowa wydobywały się spod oszronionych wąsów razem z kłębami pary. — Przebijemy się przez Moskali… Rano… O pierwszym brzasku.

— Na tym wietrze nie doczekamy nawet do północy — odparł Domaradzki, dygocąc tak, że dzwoniły powyginane blachy obojczyka. — Uderzajmy teraz! Póki nas nie otoczyli, nie uczynili zasieków i kobylic.

— Po nocy wpadniemy w zasadzkę! — zaryczał Gogoliński. — Albo w jamę, jak Aniołowicz.

— Konie nam padną! Na piechotę wystrzelają nas jak kaczki!

— Nawet połowa nie przejdzie!

— Do rana nie zostanie co dziesiąty.

— Stać! Zabraniam! To rozkaz! — Porucznik wymachiwał pistoletem przed gębami husarzy. — Do szeregów. Siedzieć cicho! Może wyjdzie księżyc.

Głuchy huk przytłumił jego słowa. Moskale przypominali o sobie, co pewien czas mrok rozjaśniał daleki błysk działa. Mogli się tylko domyślać, gdzie spadła kula. Na szczęście rzadko która donosiła na środek pola. A może po prostu mieli szczęście?

— Mości poruczniku — zameldował Janicki, starając się przekrzyczeć wycie wiatru — ktoś idzie.

— Szpieg? Szpica moskiewska?

— Moskal, to pewne. Sam jeden na koniu. Jest o pół stajania.

— Mości Domaradzki, skocz z pocztem i złap go albo ubij!

— Tak jest!

Wezwany towarzysz obrócił konia w miejscu i zniknął w mroku wraz z trzema pocztowymi. Zabawili jakiś czas — poprzez wycie wichru doszedł ich szczęk żelaza, bo łomotu kopyt nie było słychać. Wrócili szybko, we czterech — prowadząc między sobą wielkiego, zaśnieżonego Moskala w futrzanej czapie i szubie przywodzącej na myśl niedźwiedzie futro.

— Nie bronił się! — zameldował Domaradzki. — Mamy ptaszka.

— Ktoś ty jest i czego chcesz?

Moskal nawet nie zdążył otworzyć ust, kiedy Dydyński przepchnął się z koniem do przodu.

— To Borys, mój sługa, znam go.

Oboleński zdjął czapkę, ukazując wygolony łeb, skłonił się uniżenie.

— Co tu robisz, do diabła?!

— Wróciłem służyć tobie, Jacku Aleksandrowiczu!

Dydyński wyrżnął Borysa pięścią w plecy.

— Stój! — krzyknął Domaradzki. — Czekaj, waszmość. Jak żeś tu trafił, człowieku?

Borys skłonił się jeszcze niżej.

— Nie bijcie, ojczulkowie, ja wszystko powiem. Jak na spowiedzi. Jest przejście między rzeką a lasem, tam — pokazał na wschód. — Przez bagniska.

— Co takiego?

— Co on mówi?!

— Jest przejście!

— A przeprowadzisz nas tamtędy?! Koń przejdzie, skoroś sam przejechał. Ale czy przejedzie dwieście wierzchowców? Mów, chłopie, albo wytrząśniemy cię jak futro!

— Przejdziemy, powoli i bezpiecznie, batiuszkowie. Ale nie w nocy! Tam droga straszna! Oparzeliska, a na nich lód — po ciemku nie odróżnisz twardej zmarzliny od topieli.

— Na pewno?!

— Jechałem przed zmierzchem. Ledwiem się nie utopił. Patrzcie, ojczulkowie, i nie krzywdźcie — mój koń mokry.

Faktycznie mały wołoski podjezdek był jak oblany wodą, parujący.

— Musimy czekać do świtu! — zakrzyknął Gogoliński. — Stoimy w kupie! Wytrwamy do brzasku! Nie wychodzić z szeregów, nie gadać!

— To szaleństwo! — zawołał Janicki. — Zamarzniemy!

— Kto chce — Gogoliński wskazał skraj lasu — droga wolna pod nóż Moskali. Przebijemy się razem. Bo tylko w gromadzie jesteśmy silni! Stawać, baczyć na boki! Meldować o wszystkim!

— Wjeżdżaj za mnie! — zakrzyknął Dydyński do Borysa. — Nie masz zbroi, ale ustaw się w szyku jak pocztowy. Wyprowadź nas z tej matni — wysyczał — a Bóg mi świadkiem, że ominie cię knutowanie za niewykonanie mojego rozkazu.

— Słuszajus', batiuszka — rzekł posępnie Borys.

Jacek spoglądał na niego ponuro. Nie wiedział, co rzec. Nie cierpiał tego moskiewskiego buhaja, ale teraz nie mógł odmówić mu rozsądku i fantazji. Borys wrócił! A szlachcic musiał przyznać, że zachował się jak szlachetnie urodzony pachołek.

Oboleński przesunął się za stolnikowica. Dydyński zadygotał z zimna.

— Borys…

— Słucham, ojczulku.

— Gdybym zginął… wiesz, o świcie, albo go nie doczekał, jesteś wolny. Zwalniam cię od przysięgi na chrest. Idź, dokąd chcesz, i czyń, co chcesz, rozumiesz?

— Dziękuję, batiuszka.

— To teraz co, pchniesz mnie nożem w plecy?

— To nie tak, Jacku Aleksandrowiczu, ojczulku najsłodszy. Póki u ciebie Chrest, póty ty dla mnie święty jak Chrystus Pantokrator na cerkiewnym obrazie. Ale i tak ja bym na ciebie nie podniósł ręki. To nie twoja wina, że błądzisz, bo Boże przeznaczenie kieruje czynami człowieka, a nie on sam.

— Bredzisz! Jezus Chrystus dał nam wolność wyboru, czego wy, Moskale, nie możecie pojąć. Pewnie dlatego, żeście schizmatycy.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)