Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 81
Перейти на страницу:

— Tobie się tylko wydaje, batiuszka, że masz na coś wpływ, że podejmujesz decyzje, wybierasz drogi. A tak naprawdę rządzi nami prawo Boże, plan Najwyższego, który niesie nas jak rzeka, ustala porządek bitew, hierarchię carów i bojarów.

— Co ty gadasz?

— Jedynie prosta mądrość prawosławnego narodu pomaga zatryumfować nad zamętem i w porę ustrzec się przeciwności. To dzięki niej odnajdziesz drogę do zbawienia, ojczulku.

— Więc wolisz cierpieć, niż oddać za cios?

— Skoro tak trzeba?

— Zwalniam cię z przysięgi, ale mam prośbę. Jeśli zginę, przekaż Nieborskiemu wieść o mej śmierci. Niechaj wraca do Polski, jedzie do mego brata Przecława, do Dydni, i powie mu… — Dydyński zawahał się — że jest następny. A jeśli brat nie pojedzie szukać stryja i reszty familii, niechaj wie, że po śmierci wrócę do niego, choćby jako upiór. Będę go gryzł, szarpał na strzępy, nawiedzał, dopóki nie skończy mojej misji w Moskwie. Zapamiętasz?

— Tak, batiuszka. Straszne słowa.

— Ale prawdziwe. Jestem tu z przyczyny brata. — Dydyński ugryzł się w język, bo właśnie uświadomił sobie, że przestaje grać w oczach Borysa sługę Dworu.

— Czy i ja mogę mieć suplikę?

— Mów śmiało.

— Gdybym zginął, zdejmijcie krzyżyk z mej szyi. Oddajcie… Oddajcie…

— Komu?

— Marynie.

— Jakiej Marynie?

— Tej z Sambora.

— Marynie Mniszchównie?! Jaśnie pannie wojewodziance? Przyrzeczonej Dymitrowi?! Jak to? Dlaczego jej?

— Bo ją miłuję.

— Jak dobry sługa?

— Jak mąż. Ona mnie wybroniła od kata w Samborze. Jeśli tu padnę, powiedzcie jej… Że Borys, którego uchroniła od bólu, wzniesie za nią westchnienie ku tronowi Stwórcy. Albo lepiej nie! Nic nie mówcie.

— Rozmiłowałeś się w wojewodziance?! — prychnął Dydyński. — Ty, Moskal, w polskiej szlachciance, pannie z możnego rodu?! Oszalałeś! Przecież ona nie dla ciebie! To ci koncept! Do diaska, na Adonisa jesteś trochę za duży. I za bardzo śmierdzisz dziegciem.

— Nie rozumiecie mnie, ojczulku? Jak to? Wy też przecież macie pannę… Która jest nie dla ciebie, bo zamknięta w monasterze. Też do niej wzdychacie?

— Skąd wiesz? — wysyczał Dydyński. — Od Świrskiego?

— Wiem i czuję, że ją miłujecie.

— To zupełnie inna sprawa… Pomogłem Zawiszance w zajeździe, ale stryj wyrobił na nią dekret infamii. Musiała wybrać — katowski miecz albo, Klaryski. Nieważne zresztą! Nie twój parszywy interes!

— Ja tylko pokazuję, ojczulku, że także mam serce.

— I zadurzyłeś się w Marynie. Niemożliwe! Od kiedy Moskale wiedzą, co to miłowanie? Wszak u was kojarzy się pary jak krowę z buhajem!

— Ale dusze mamy takie jak i wy. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wszak wszyscyśmy Słowianie.

— My Sarmaci! A Słowian podbiliśmy, zamieniliśmy w chłopów, niewolników i poddanych.

Umilkł i nie odzywał się już. Brał mróz. Straszny, niewyobrażalny, jak trupi dech śmierci. Wiatr niósł na skrzydłach śnieg i szron, porywał bryłki lodu, wył głucho między końskimi nogami, świstał na buńczukach i półksiężycach zwieszających się z szyi wierzchowców.

Zamarzali.

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

Godzina dziesiąta w nocy

— Zostaw, nie strzelaj! — krzyknął Iwan Burkała do Fiedii Niemojłowa, który chciał przyłożyć lontownicę do zapału puszki.

— Nie strzelać?

— W takiej zawiei nie zobaczysz własnego choja, a co dopiero Litwę, Fiodorze Maksymowiczu!

— Mamy ich puścić?

— Rozpalcie ogień, czekamy do świtu! To rozkaz batiuszki Basmanowa.

— O świcie husary przejadą po nas jak Piotr Fiodorowicz po bladzi moskiewskiej!

Burkała poklepał pieszczotliwie lufę armaty.

— O świcie przemówią do nich nasze smoki. Dźwięcznym głosem.

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

Kwadrans po godzinie dziesiątej w nocy

— Nie ma drewna! — zakrzyknął Janicki. — Nie rozpalimy ognia!

— Szukajcie dobrze! Musi być pod śniegiem.

— Z dupy mam sobie wyciągnąć?! No… mości panie poruczniku. Wybaczcie.

— Nie słyszałem tego.

— Wszędzie lód albo zamarznięta ziemia.

— Nie damy rady kopać!

— Podeszliście pod las?

— Byliśmy. Moskale pocztowego ubili!

— Stawajcie w szeregu, bliżej, ogrzejemy się!

— Chyba żarem serca!

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

Około wpół do jedenastej w nocy

Stiopkin trząsł się tak, że zęby dzwoniły mu jak kastaniety moskiewskiego igrca. Dłonie ściskające wytarte, gładkie łoże arkebuza rwały, jakby żywcem zdzierano z nich skórę, zmieniały się w szponiaste sople bolesnego lodu. Mróz dławił oddech, darł żywcem skórę z czaszki. I byłoby to nawet miłe, pod warunkiem, że za chwilę czekałaby go dobrze nagrzana chałupa, gorzałka w glinianym garnczku, śmiech i rozmowy przy rodzinnym stole.

Zamiast nich usłyszał głos dziesiętnika Swierkałowa. Miarowy, nosowy, zagłuszany przez wiatr:

— Nabijać piszczele, synkowie. Czekamy na świt. A skoro przyjdzie, sprawimy panom czerwoną łaźnię. Czuwajcie i czekajcie. I pamiętajcie — strzelać w konia. Nie w nogi, nie w łeb, tylko w pierś. Bez konia Lach nie diabeł, nie lepszy człowiek jak wy. A kiedy wystrzelacie panom wierzchowce, przyjdzie na nich czarny hyr! Trzymać piszczele, sprawdzać, czy nie ma śniegu w lufie. Taaak, syneczkowie, jedyna to wasza obrona przed gusarami.

Stiopkin przymknął powieki. Łzy zamarzały na policzkach.

Wiatr dął, walił śnieg. W taką noc i czarta szkoda byłoby wygnać za próg.

Die 31/21 ianuarii

Pole pod Dobryniczami

Przed godziną jedenastą w nocy

— Pilnować koni! — wycharczał Gogoliński. — Jak padną, damy gardła pod miecz! Nie rozerwiemy Moskali na piechotę! Ruszać dwadzieścia kroków naprzód, potem zawrócić, wracać do szeregu! I tak po kolei.

Konie stały w zamieci ze spuszczonymi łbami. Pokryte śniegiem, wyziębione i słabe. Nie parowały — za to u niektórych poczęła tworzyć się na ciele warstwa lodu i śniegu otulająca sierść jak gruby pancerz. I tak można było podziwiać ich wytrzymałość. Cały dzień bitwy, szaleńcza ucieczka, walki z Moskalami, teraz morderczy mróz. Przez cały dzień nie dostały garsteczki owsa, odrobiny siana, źdźbła słomy, a nawet wody. Niektórzy z husarzy zeskakiwali z kulbak, brali śnieg w ręce, a potem, rozgrzewając go ciepłem dłoni, zwilżali pyski wiernych towarzyszy broni.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)