Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 141
Перейти на страницу:

Gorzval wymienił swoją cenę i z widocznym przejęciem oczekiwał targu. Zażądał mniej niż połowę sumy bezskutecznie oferowanej innym kapitanom, lecz mimo to Zalzan Karol, powodowany starym przyzwyczajeniem i dumą, spróbował urwać trzy rojale. Poszło łatwo. Gorzval wyraźnie przerażony ewentualną utratą klientów, spuścił półtora. Widząc tę słabość Zalzan Kavol nie zamierzał ustąpić, ale Valentine zlitował się nad nieszczęsnym kapitanem i uciął sprawę.

— Umowa stoi. Kiedy odpływamy?

— Za trzy dni.

Z trzech zrobiło się cztery. Gorzval mówił niejasno o potrzebie dodatkowych napraw, co faktycznie oznaczało, jak odkrył Valentine, konieczność załatania kilku naprawdę poważnych dziur. Kapitan nie był zdolny do takiego wysiłku finansowego, póki nie spadli mu z nieba pasażerowie i ich gotówka. Powtarzając zasłyszane w tawernie plotki, Lisamon Hultin opowiedziała im, że Gorzval, aby zdobyć pieniądze na cieślę, próbował zastawić część przyszłego połowu, lecz nie znalazł chętnego. Dowiedzieli się ponadto o nim, że nie ma dobrej reputacji, że wypowiadane przez niego sądy nie cieszą się uznaniem, że mu się nie szczęści, że jego załoga jest źle opłacana i leniwa. Kiedyś przegapił całe łowisko smoków i wrócił z niczym do Piliploku, podczas innej wyprawy stracił rękę, bo zajął się potworem, który, jak się okazało, jeszcze nie zdechł, a podczas ostatniego rejsu jakaś poirytowana bestia, uderzając w śródokręcie, omal nie posłała “Brangalyn” na dno.

— Chyba lepiej byłoby popłynąć na Wyspę wpław — podsumowała Lisamon swoje sprawozdanie.

— Może przyniesiemy naszemu kapitanowi więcej szczęścia, niż miał dotychczas — rzekł Valentine.

— Z takim optymizmem, mój panie, powinieneś być na Górze Zamkowej najdalej do Dnia Zimy — zaśmiał się Sleet.

Valentine mu zawtórował, ale szybko spoważniał. Rzeczywiście, statek nie wzbudzał zaufania, a po nieszczęściach w Piurifayne nie chciałby poprowadzić tych ludzi ku następnej katastrofie. Przecież szli za nim, ślepo mu ufając, opierając się tylko na wierze w sny, czary i enigmatyczną pantomimę Metamorfów. Jakiż to byłby dla niego wstyd i ból, gdyby śpiesząc się nadmiernie na Wyspę, zgotował im następną niedolę! A tu jeszcze ten sterany życiem, kaleki kapitan, do którego Valentine tak nieoczekiwanie poczuł sympatię. Jeśli nawet jest prawdą, że Gorzval był przez całe życie niefortunnym marynarzem, to jeszcze nie znaczy, że teraz nie będzie dobrym sternikiem, zwłaszcza wioząc Koronala, któremu los również nie sprzyjał i to tak bardzo, że w ciągu jednej nocy pozbawił go tronu, pamięci i tożsamości!

W przeddzień wypłynięcia “Brangalyn” Vinorkis odciągnął Valentine'a na stronę i odezwał się zafrasowany:

— Mój panie, jesteśmy obserwowani.

— Skąd wiesz?

Hjort uśmiechnął się i pogładził pomarańczowe wąsy.

— Mam niejakie doświadczenie w tym fachu. Zauważyłem jak taki jeden, niepozorny z wyglądu, Skandar, włóczy się po dokach. Któryś z cieśli okrętowych powiedział mi, że wypytuje o ludzi Gorzvala, a zwłaszcza o pasażerów z “Brangalyn” i o to, dokąd płyną.

Valentine zachmurzył się.

— A już myślałem, że umknęliśmy im podczas przeprawy przez kontynent!

— Musieli w Ni-moya powtórnie wpaść na nasz ślad.

— W takim razie trzeba ich koniecznie zgubić na Archipelagu. O ile dotrą tam za nami. Miej to towarzystwo na oku. Dziękuję ci, Vinorkisie.

— Nie dziękuj, panie, spełniam swój obowiązek.

Rankiem podczas załadunku statku Vinorkis wypatrywał wścibskiego Skandara w każdym zakątku przystani, ale na próżno. Szpieg zrobił swoje i zniknął, pomyślał Valentine. Teraz pałeczkę przejmie następny lojalny sługa uzurpatora.

Kiedy wychodzili w morze, wiał silny południowy wiatr, ale smocze statki umiały z nim walczyć i lawirować między jednym a drugim podmuchem. Zabawa była męcząca, lecz nie do uniknięcia, gdyż smoki morskie dawały się upolować tylko podczas tej podłej pory roku. Na wszelki wypadek “Brangalyn” wyposażono w dodatkowy silnik, oczywiście o niezbyt wielkiej mocy, gdyż na Majipoorze zawsze były kłopoty z paliwem. Statek nabrał wiatru w żagle i manewrując z godnością, choć dość niezdarnie, opuścił Piliplok.

Morze Wielkie, zajmujące prawie całą drugą półkulę, z racji swego ogromu leżało poza zasięgiem statków. Żegluga skupiała się na mniejszym morzu Majipooru, zwanym powszechnie Morzem Wewnętrznym, a przez marynarzy również “kałużą”, choć żeby tę “kałużę” przebyć od wschodnich wybrzeży Zimroelu do zachodnich brzegów Alhanroelu, trzeba było pokonać jakieś pięć tysięcy mil morskich. Wody rozdzielała leżąca w połowie drogi Wyspa Snu — wystarczająco duża, by być światem samym dla siebie, lecz za mała, by ją nazywać kontynentem — i kilka łańcuchów niewielkich wysepek.

Smoki morskie, których ilość szacowano na dziesięć — dwanaście wielkich stad, pędziły żywot w ciągłych podróżach dokoła globu, co im zajmowało lata, dziesiątki lat, a może i wieki. Jak długo żyły, nikt naprawdę nie wiedział. Każdego roku letnią porą jedno z takich stad kończyło podróż przez Morze Wielkie, mijało Narabal i opływając Zimroel od południa zbliżało się aż do Piliploku, ale ponieważ samice spodziewały się młodych, nie urządzano wtedy polowań. Jesienią młode się rodziły, a kiedy horda osiągała wietrzne wody między Piliplokiem a Wyspą Snu, z portu wypływały całe masy smoczych statków i rozpoczynały się doroczne łowy. Polowano zarówno na młode, jak i na stare sztuki, a te, które przeżyły, ruszały na dalszy szlak wzdłuż południowych wybrzeży Wyspy Snu, półwyspu Stoienzar i kontynentu Alhanroel, by na dobre zniknąć na obszarach Morza Wielkiego. Tam, przez nikogo nie ścigane, zażywały swobody aż do czasu, kiedy znów nadchodziła pora powrotu w okolice Piliploku.

Smoki morskie były bezsprzecznie największymi stworzeniami żyjącymi na Majipoorze. Rodząc się miały zaledwie pięć stóp długości, ale rosły przez całe życie i dochodziły do znacznych rozmiarów, chociaż nikt dokładnie nie wiedział, jak dużych. Kiedy skończyły się kłopoty, Gorzval okazał się niezwykle gadatliwym Skandarem. Zaprosił podróżnych, by spożywali posiłki przy jego stole i godzinami snuł opowieści o smokach morskich i ich legendarnych rozmiarach. Jeden, schwytany za panowania Lorda Malibora, miał sto dziewięćdziesiąt stóp długości, inny, z czasów Confalume'a, dwieście czterdzieści, a kiedy Prestimion był Pontifexem, a Lord Dekkeret Koronalem, złowiono sztukę o całe trzydzieści stóp dłuższą. Ale rekordzistą, twierdził Gorzval, był ten, który bezczelnie pojawił się u wejścia do portu za panowania Thimina i Lorda Kinnikena, bo mierzył ni mniej, ni więcej tylko równe trzysta piętnaście stóp. Ten potwór, znany potem jako Smok Lorda Kinnikena, uciekł nawet nie zadraśnięty, ponieważ cała flotylla smoczych statków właśnie znajdowała się na połowach, daleko w morzu. Przypuszczalnie widywano go w następnych stuleciach, ostatni raz w roku, kiedy Lord Voriax został Koronalem, ale gdy się pojawiał, nikt nawet nie brał harpuna do ręki, gdyż powszechnie wierzono, że ta bestia przynosi nieszczęście. — Teraz musi już mierzyć z pięćset stóp — powiedział Skandar — i modlę się, żeby nie spotkać go na swojej drodze.

Valentine widywał czasami małe smoki morskie. Sprzedawano je na jarmarkach w całym Zimroelu. Próbował nawet ciemnego, twardego, specyficznie pachnącego mięsa. Mięso z większych sztuk, dochodzących nawet do pięćdziesięciu stóp, sprzedawano świeże tylko na wschodnim wybrzeżu, gdyż z powodu trudności z transportem nie można było zaopatrywać w nie rynków w głębi kraju. Smoki jeszcze większe nie nadawały się do jedzenia. Z ich mięsa wytapiano tłuszcz, który służył jako olej napędowy, ponieważ na Majipoorze brakowało naturalnych zasobów paliwa. Kości smoków, i tych dużych, i tych małych, miały powszechne zastosowanie w architekturze, ponieważ ich wytrzymałość była równa stali, a znacznie łatwiej się je uzyskiwało. Nie narodzone młode, często znajdowane w ciałach martwych samic, z dużym powodzeniem wykorzystywano w lecznictwie. Skóra smoków, skrzydła smoków, smoków to, smoków tamto, wszystko, według słów kapitana, przynosiło jakąś korzyść i niczego nie marnowano.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)