Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules
- Автор: Филдинг Хелен
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules». Краткое содержание книги:
Zauważyła, że Feramo jej się przygląda, i uśmiechnęła się, łącząc w kółeczko kciuk i palec wskazujący, by dać wyraz swemu zachwytowi. W jego spojrzeniu błysnęła życzliwość i podał jej zapasowy automat, by mogła odetchnąć. Popłynęli dalej wzdłuż skały, oddychając wspólnym powietrzem, jak para idealnych kochanków. „Może jeszcze wszystko jakoś się ułoży”, pomyślała. „Może uda mi się go przekonać”.
Z brzegu wyrastał potężny skalny cokół, wsparty na niskiej, wąskiej skale, omywanej przez prąd. Feramo dał jej znak, żeby przepłynęła pod skałą. Trochę się bała – pomiędzy skałą a dnem morskim było niewiele ponad metr przerwy. Feramo wysforował się przed nią, wyrwał jej zapasowy automat i nagle stanął na dnie. Odniosła wrażenie, że od pasa w górę wtopił się w skałę. Spojrzała w górę i aż ją zamurowało. Ponad nią otwierał się prostokąt wiodący do białego, zalanego elektrycznym światłem pomieszczenia.
Feramo wspinał się już do pokoju. Olivia płetwami wymacała dno i stanęła prosto, wynurzając się nad powierzchnię. Ściągnęła maskę, strząsnęła z włosów wodę i z rozkoszą nareszcie oddychała normalnie.
Zobaczyła młodego Araba w kąpielówkach, którego pamiętała z Isla Bonita. Wziął od Feramo sprzęt i podał im ręczniki.
– Coś niesamowitego – powiedziała. – Gdzie my jesteśmy?
Feramo uśmiechnął się z dumą.
– Ciśnienie powietrza utrzymywane jest na tym samym poziomie co ciśnienie wody, dlatego też woda nigdy nie podniesie się wyżej. Jesteśmy całkowicie bezpieczni.
„I w każdej chwili możemy stąd uciec”, pomyślała, przechodząc za nim przez rozsuwane drzwi z litej stali, otwierane kodem, potem przez jeszcze jedne, za którymi znajdowało się pomieszczenie z prysznicami. Zostawił ją samą, by mogła się wykąpać, polecając, by przebrała się w białą galabiję, którą znajdzie w środku.
Czekał na nią na zewnątrz. Minę znowu miał rozwścieczoną.
– A teraz, Olivio, zostawię cię na jakiś czas. Moi ludzie chcą ci zadać kilka pytań. Radzę ci, żebyś bez oporu opowiedziała im wszystko, co będą chcieli wiedzieć. A potem przyprowadzą cię do mnie, byśmy mogli się pożegnać.
– Pożegnać? – zdziwiła się. – Czyżbym się dokądś wybierała?
– Zdradziłaś mnie, saqr - odparł, nie patrząc na nią. – I dlatego musimy się pożegnać.
53
Olivia ocknęła się jakby z bardzo długiego snu. W pierwszej chwili, kiedy wciąż jeszcze była zamroczona, czuła się nie najgorzej, lecz w miarę jak powracała jej świadomość, zaczęła też odzyskiwać czucie. Poparzenia na rękach piekły ją niemiłosiernie, bolały ją też plecy. Głowę miała osłoniętą workiem pachnącym farmą i sianem, co przynosiło jej dziwne ukojenie. Ręce miała skrępowane, ale hej! – w kwiatuszku na zapięciu stanika wciąż tkwiła ukryta miniaturowa okrągła piła.
Kilka razy spróbowała sięgnąć do stanika zębami, zdając sobie sprawę, jak komiczny widok musiała przedstawiać. Stwór w białej szacie, z workiem na głowie, usiłujący pożreć własny biust. Pomysł nie okazał się najlepszy, więc zrezygnowała i przemieściła się, plecami wspierając się o ścianę. Gdzieś blisko słyszała głosy i szum tłoczonego pod ciśnieniem powietrza. Natężyła słuch i zrozumiała, że głosy mówią po arabsku.
„Wywinę się z tego”, powiedziała do siebie. „Przeżyję”. Doszła do wniosku, że musi przegryźć worek, zassała więc powietrze, by wciągnąć go do ust. Ani się obejrzała, jak zdołała zrobić w nim niewielką dziurkę. Najpierw za pomocą języka i zębów, a potem jeszcze nosa, stopniowo powiększyła otwór na tyle, że mogła już co nieco widzieć. Rozległy się kroki. Błyskawicznie rzuciła się na ziemię, przywierając do niej twarzą, by ukryć wygryzioną dziurę. Ktoś podszedł do niej, po chwili jednak się oddalił.
„Muszę jakoś sięgnąć do stanika”, pomyślała. „Muszę się do, niego dostać”. W dalszym ciągu wgryzała się w worek, wypluwając nitki i słomę. Schyliła głowę i tak długo manewrowała, aż dziura znalazła się na wysokości jej oczu. Bingo! Widziała! W ostatniej chwili zdołała się opanować, żeby nie wrzasnąć: „Tak jeeeest! Tak jeeeest!”
Znajdowała się w wykutym w skale korytarzu, oświetlonym fluorescencyjnymi lampami. Ściany pokryte były arabskimi napisami, zauważyła też zachodni kalendarz, nie wiadomo dlaczego ze zdjęciem traktora. Jedna z dat zakreślona była na czerwono. Głosy było słychać w dalszym ciągu – dochodziły zza zasłony, która wisiała w łukowatym przejściu po lewej stronie. Coś wrzynało jej się w plecy. Przekręciła się. Z cienkiej metalowej rurki biegnącej w dół skalnej ściany wystawał zawór. Zajrzała pod szatę, na stanik – zapinał się z przodu, co powinno ułatwić jej sprawę.
Powolutku, najciszej jak umiała, usadowiła się przodem do zaworu i zahaczając o niego worek, szarpnęła. Otwór powiększył się, odsłaniając znaczną część twarzy. Znowu zmieniła pozycję, przywarła zapięciem stanika do zaworu i nacisnęła. Bez skutku. Ponowiła próbę kilkakrotnie, wreszcie ścisnęła ramiona i piersi, by stanik nieco się poluzował, i pchnęła ponownie. Zapięcie puściło. Co za szczęście, że uzbrojenie ukryte w staniku nie wbiło jej się w ciało. Zaczepiła jedną z miseczek o zawór, unosząc ją do góry, i zaledwie po trzech próbach udało jej się złapać w zęby czarną koronkę.
Olivia była niewiarygodnie wręcz z siebie zadowolona, tak zadowolona, że aż się uśmiechnęła i koronka wyślizgnęła się jej z ust. Zapominając o ostrożności, obróciła się zbyt szybko i jednym sandałem zaszurała o podłogę. Głosy w sąsiednim pomieszczeniu umilkły. Zamarła, z czarną miseczką stanika w zębach, jak pies z gazetą w pysku. Ciężkie kroki zaczęły zbliżać się w jej kierunku. Potrząsnęła głową by worek z powrotem opadł jej na twarz, i położyła się. Kroki było słychać całkiem blisko. Jakaś stopa dźgnęła ją pod żebro. Olivia zadrżała i poruszyła lekko głową, co – miała nadzieję – wyglądało naturalnie. Kroki się oddaliły. Leżała bez ruchu, póki głosy nie rozbrzmiały na nowo.
Miseczka stanika była odwrócona na lewą stronę, a ona wciąż trzymała ją w zębach. Pomału wyciągnęła ją spod galabiji i – wciąż za pomocą zębów – tak przekręciła, by zawisła na zaworze. Było jej koszmarnie niewygodnie, ale jakoś zdołała odwrócić się tyłem i przyłożyć krępujący jej ręce sznur do piły. Szło jej koszmarnie ciężko i mozolnie. W pewnym momencie przeżyła horror, gdy stanik ześlizgnął się z zaworu i musiała zacząć wszystko od początku. W końcu jednak miniaturowa piłka uporała się ze sznurem tak, że Olivia mogła oswobodzić ręce i zdjąć więzy z nóg.
Zerkając nerwowo na zasłonę, otworzyła balsam do ust, który przezornie schowała w staniku. Nastawiła licznik na trzy sekundy, założyła z powrotem pokrywkę i celując starannie, wturlała pojemniczek pod zasłonę. Następnie sama skuliła się, z całej siły zacisnęła powieki, ramionami i kolanami osłaniając twarz. Mimo to błysk i tak nieomal ją oślepił. Zza kurtyny dobiegły ją krzyki, jęki i hałas przewracanych rzeczy.
Zerwała się na nogi, podbiegła i szarpnęła zasłonę. W jednej sekundzie ogarnęła wzrokiem niesamowity widok. Dwunastu oślepionych mężczyzn trzymało się za oczy, szalejąc z przerażenia. Na ścianach wisiały wykresy i zdjęcia. Zdjęcia mostów – Sydney Harbour Bridge, Golden Gate Bridge, Tower Bridge, most spinający szeroką zatokę z wieżowcami w tle. Zdjęć było w sumie siedem. Na zajmującym środek pokoju stole leżało coś, co wyglądało jak spód okrągłego cokoliku, obok zaś wyszczerbiony kawałek metalu, z zewnątrz złoty, w środku pusty, przypominający nieco połamanego Świętego Mikołaja z czekolady. Zastanawiała się, czy go nie zabrać i w razie konieczności użyć jako broni, lecz w tej samej chwili za stołem ujrzała siedzącą po turecku na dywanie aż nadto znajomą, wysoką, brodatą postać. Mężczyzna tkwił nieruchomo, z zamkniętymi oczami, oślepiony jak wszyscy pozostali, zachowując jednak całkowity, przerażający spokój. To był Osama Bin Laden.