W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
21.00.
W domu. Czuję się bardzo dziwnie i pusto. Bardzo fajnie się myśli, że od tej pory wszystko będzie inaczej, ale okazuje się, że nic się nie zmieniło. Chyba będę musiała coś z tym zrobić. Ale co ja mam począć ze swoim życiem? Wiem. Zjem trochę sera. Cały problem polega na tym, że – jak to jest napisane w książce Buddyzm. Dramat zamożnego mnicha – atmosferę i wydarzenia wokół ciebie tworzy to, co jest w tobie. Nic więc dziwnego, że wszystkie te złe rzeczy – Tajlandia, Daniel, Rebecca itd. – się wydarzyły. Muszę zacząć pracować nad równowagą wewnętrzną i duchowym oświeceniem, a wtedy zaczną mi się przydarzać same miłe rzeczy i będę spotykać dobrych, kochających i zrównoważonych ludzi. Takich jak Mark Darcy. Mark Darcy – po powrocie – zastanie mnie spokojną i skupioną na swoim wnętrzu, tworzącą wokół siebie atmosferę spokoju i porządku.
5 września, piątek
54 kg, papierosy 0 (zwycięstwo), liczba sekund, odkąd ostatnio uprawiałam seks 14 774 400 (katastrofa), (muszę jednako przyjmować oba te złudzenia).
8.15.
No dobra. Wstałam wesoła jak skowronek. Ważne, by wyprzedzić zły nastrój!
8.20.
O, przyszła do mnie jakaś paczka. Może prezent?
8.30.
Mmm. To pudełko na prezenty z różyczkami na wieczku. Może od Marka Darcy’ego! Może wrócił.
8.40.
To śliczny, złoty długopisik z moim imieniem. Może od Tiffany’ego! Z czerwoną skuwką. Może to szminka.
8.45.
To jakieś dziwne. W środku nie ma żadnego liściku. Może to szminka reklamówka.
8.50.
Ale to nie szminka, bo za ciężkie. Może jednak to długopisik. Z moim imieniem! Może zapowiedź zaproszenia na przyjęcie od jakiejś myślącej przyszłościowo firmy PR – może z okazji powstania nowego magazynu zatytułowanego „Szminka!” albo produkt Tiny Brown! – a samo zaproszenie przyjdzie później. No i tak. Pójdę do Coins na cappuccino. Ale oczywiście nie na czekoladowego croissanta.
9.00.
Już jestem w kawiarni. Zachwycona prezencikiem, ale na pewno to też nie długopis. A jeśli już, to jakoś dziwnie działający. Później. O Boże. Usiadłam sobie z cappuccino i czekoladowym croissantem, a tu nagle wchodzi Mark Darcy, ot, tak sobie, jakby w ogóle nie wyjeżdżał – w garniturze, świeżo ogolony i z maleńkim skaleczeniem na brodzie, do którego przyczepił się kawałeczek papieru toaletowego – normalka. Podszedł do lady, gdzie kupuje się jedzenie na wynos, i postawił neseser, jakby kogoś lub czegoś szukał. Zobaczył mnie. Na chwilę wzrok mu zmiękł (ale oczywiście nie roztopił się). Potem Mark odwrócił się, żeby zapłacić za cappuccino. Szybciutko jeszcze bardziej się uspokoiłam i skupiłam na swoim wnętrzu. Z już o wiele bardziej oficjalną miną podszedł do mojego stolika. Miałam ochotę rzucić się mu na szyję.
– Cześć – powiedział szorstko. – Co tam masz? – Skinął głową w stronę prezentu. Z miłości i szczęścia aż mnie zatkało, więc bez słowa podałam mu pudełko.
– Nie wiem, co to takiego. Chyba długopis.
Wyjął przedmiot z pudełka, odwrócił, szybko włożył go z powrotem i powiedział:
– Bridget, to nie długopis reklamowy. Kurwa, to nabój.
Jeszcze ładniej. O Jezuniu najsłodszy. Nie było czasu na gadki o Tajlandii, Rebecce, miłości i innych takich. Mark złapał serwetkę, podniósł wieczko pudełka i owinął nią nabój.
– Jeżeli spokój zachowasz, choćby go stracili… – szepnęłam sama do siebie.
– Co takiego?
– Nic.
– Zostań tu. Nie dotykaj tego. To prawdziwy nabój – powiedział. Wymknął się na ulicę i niczym detektyw z telewizji rozejrzał na boki. To ciekawe, jak prawdziwe akcje policyjne przypominają te z telewizji – tak samo jak barwne sceny z wakacji wyglądają zupełnie jak z pocztówki albo… Mark wrócił.
– Bridget? Zapłaciłaś już? Co ty wyprawiasz? Idziemy.
– Dokąd?
– Na policję.
W samochodzie zaczęłam pleść jakieś bzdury, dziękować za wszystko, co dla mnie zrobił, i rozwodzić się nad tym, jak wiersz od niego pomógł mi w więzieniu.
– Wiersz? Jaki znowu wiersz? – spytał, skręcając w Kensington Park Road.
– Wiersz Jeżeli – no wiesz – jeżeli zmusisz, aby ci służyły… O Boże, strasznie cię przepraszam, że musiałeś jechać aż do Dubaju, taka ci jestem wdzięczna… Zatrzymał się na światłach i odwrócił do mnie.
– Wszystko w absolutnym porządku – powiedział łagodnie. – A teraz przestań pleść trzy po trzy. Przeżyłaś potężny szok. Musisz się uspokoić.
Hmm. Cały dowcip polegał właśnie na tym, żeby Mark zauważył, jaka jestem spokojna i skupiona na swoim wnętrzu, a nie mnie uspokajał. Próbowałam się uspokoić, ale ciężko mi to szło, bo po głowie chodziła mi tylko jedna myśl – ktoś chce mnie zabić. Kiedy dojechaliśmy na policję, cała sytuacja przestała przypominać serial policyjny, bo komisariat był obdrapany i brudny i nikt nie wykazywał najmniejszego zainteresowania naszą sprawą. Policjant za biurkiem kazał nam usiąść w poczekalni, ale Mark nalegał, żeby nas zaprowadzono na górę. W końcu wylądowaliśmy w jakimś wielkim, obskurnym i kompletnie pustym biurze. Mark kazał mi opowiedzieć o wszystkim, co mi się przydarzyło w Tajlandii, pytał, czy Jed wspominał o jakichś znajomych z Wielkiej Brytanii, czy paczka przyszła normalną pocztą, czy od powrotu zauważyłam, że koło mojego domu kręci się jakiś nieznajomy. Czułam się jak idiotka, kiedy mu opowiadałam, jak zaufałyśmy Jedowi. Myślałam, że Mark mnie skrzyczy, ale on był strasznie słodki.
– Ciebie i Shaz można by oskarżyć co najwyżej o zapierającą dech w piersiach głupotę – powiedział. – Słyszałem, że doskonale sobie radziłaś w więzieniu.
Był naprawdę bardzo słodki, ale nie… no, zachowywał się dość oficjalnie, nie tak, jakby chciał, żebyśmy się zeszli albo porozmawiali o uczuciach.
– Nie uważasz, że powinnaś zadzwonić do pracy? – spytał, spoglądając na zegarek. Złapałam się za głowę. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że gdybym zginęła, nie miałoby najmniejszego znaczenia, czy mam pracę, czy też nie, ale było już dwadzieścia po dziesiątej!
– Nie miej takiej miny, jakbyś przed chwilą niechcący zjadła dziecko – powiedział ze śmiechem Mark. – Chociaż raz masz przyzwoite usprawiedliwienie dla swojej patologicznej niepunktualności.
Podniosłam słuchawkę telefonu i wykręciłam bezpośredni numer do Richarda Fincha. Odebrał od razu.
– Ooo, Bridget, prawda? Panienka Celibat? Minęły zaledwie dwa dni, a ona już poszła na wagary? To gdzie jesteś, co? Pewnie w sklepie?
„Jeżeli wierzysz w siebie, gdy inni zwątpili” – pomyślałam. Jeśli możesz…
– Bawisz się świeczką, co? Dziewczęta, świeczki wyjąć! – Wydał z siebie głośny odgłos odkorkowywania. Ze zgrozą popatrzyłam na telefon. Nie potrafiłam określić, czy Richard Finch zawsze był taki, a tylko ja byłam inna, czy też ruchem spiralnym staczał się na narkotykowe dno.