W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– Ale… – Wcale nie mówiła. Kiedy miała mi to powiedzieć? W styczniu?
– Muszę kończyć, kochanie. Państwo Enderbury czekają pod drzwiami.
7 września, niedziela
55,5 kg, metry kwadratowe podłogi nie zawalone stanikami, jedzeniem, butelkami i szminkami 0.
10.00.
Hurra! Minął kolejny dzień, a ja wciąż żyję. Ale noc miałam koszmarną. Po rozmowie z mamą poczułam się okropnie zmęczona, więc sprawdziłam, czy wszystkie drzwi są zamknięte, wczołgałam się pod plątaninę majtek, staników i narzutek z lamparciej skóry Shazzer i usnęłam. Nie słyszałam, jak wchodziły, a kiedy obudziłam się o północy, już spały. Zaczyna tu strasznie śmierdzieć. Poza tym jeżeli budzę się w środku nocy, muszę leżeć nieruchomo, gapiąc się w milczeniu w sufit, żeby ich nie obudzić, przewracając się o porozrzucane graty. O, telefon. Lepiej odbiorę od razu, żeby ich nie budzić.
– No, w końcu zrozumieli, że nie jestem byłym kochankiem ogarniętym żądzą mordu.
Hurra! To był Mark Darcy.
– Jak się czujesz? – spytał z troską, co było ładne z jego strony, zważywszy na to, że przeze mnie spędził siedem godzin na posterunku policji. – Zadzwoniłbym wcześniej, ale dopóki nie zostałem oczyszczony z zarzutów, nie chcieli powiedzieć, gdzie jesteś.
Próbowałam przybrać wesoły ton, ale w końcu powiedziałam szeptem, że u Shazzer trochę się duszę.
– Moja propozycja wciąż jest aktualna, możesz zatrzymać się u mnie – rzucił bez namysłu. – Sypialni ci u mnie dostatek.
Szkoda, że tak podkreśla, że nie chce iść ze mną do łóżka. Zaczyna to zakrawać na kaszmiryzm, a na przykładzie Shazzer i Simona widać, że jak się zrobi pierwszy krok, to już nie można się wycofać, bo na najmniejszą aluzję na temat seksu wszyscy zaczynają panikować, że to „zniszczy przyjaźń”. W tej chwili Jude ziewnęła i przewróciła się na drugi bok, przesuwając nogami stertę pudełek po butach, które z trzaskiem spadły na podłogę, zgarniając po drodze koraliki, kolczyki, kosmetyki i filiżankę kawy do mojej torebki. Wzięłam głęboki oddech.
– Dzięki – szepnęłam do słuchawki. – Bardzo chętnie przyjdę.
23.45.
W domu Marka Darcy’ego. O Boże. Ale kicha. Leżę sama w dziwnym białym pokoju, gdzie znajduje się tylko białe łóżko, białe żaluzje i niepokojące białe krzesło, które jest dwa razy wyższe, niż powinno. Strasznie tu – wielki, biały pałac, a w całym domu nie ma ani odrobiny jedzenia. Nie mogę niczego znaleźć ani zrobić, nie dokonując przy tym kolosalnego wysiłku umysłowego, gdyż wszystko tu – każdy wyłącznik światła, spłuczka itd. – jest zakamuflowane. I zimno tu jak w psiarni. Dziwny dzień, zmierzch, to zasypiam, to się budzę. Za każdym razem, kiedy w końcu czuję się normalnie, znowu wpadam w objęcia Morfeusza – jak samolot, który daje nura z ogromnej wysokości. Nie wiem, czy to nadal złe samopoczucie po zmianie strefy czasowej, czy po prostu próbuję uciec od wszystkiego. Mark dzisiaj musiał iść do pracy, chociaż to niedziela, bo w piątek cały dzień nie było go w biurze. Shaz i Jude wróciły koło czwartej z Dumą i uprzedzeniem na wideo, ale po tej kompromitacji z Colinem Firthem jakoś nie mogłam znieść sceny z nurkowaniem w jeziorze, więc tylko pogadałyśmy i poczytałyśmy gazetki. Potem Jude i Shaz zaczęły się rozglądać po domu, chichocząc. Zasnęłam, a kiedy się obudziłam, ich już nie było. Mark przyszedł koło dziewiątej z jedzeniem na wynos dla nas obojga. Miałam wielkie nadzieje na romantyczne pojednanie, ale tak się skupiłam na tym, by nie dać mu odczuć, że mam ochotę pójść z nim do łóżka albo zostać w jego domu z powodów innych niż bezpieczeństwo, że w końcu zrobiło się strasznie sztywno i oficjalnie, zachowywaliśmy się jak lekarz i pacjent, jak lokatorzy z Pana Złotej Rączki czy coś w tym rodzaju. Chciałabym, żeby teraz do mnie przyszedł. To strasznie frustrujące być tak blisko niego i chcieć go dotknąć. Może powinnam coś powiedzieć. Ale trochę boję się otwierać tę puszkę Pandory, bo jeśli mu powiem, co czuję, a on nie zechce do mnie wrócić, to poczuję się okropnie upokorzona – zwłaszcza, że mieszkamy razem. Poza tym jest środek nocy. O Boże, a może to jednak Mark to zrobił. Może za chwilę wpadnie do mojego pokoju i na przykład mnie zastrzeli, i ten dziewiczy biały pokój zatonie we krwi – zupełnie jakby rozlała ją dziewica, z tym że ja nie jestem dziewicą. Tylko, cholera, tkwię w celibacie. Nie powinnam myśleć w ten sposób. Oczywiście, że to nie on. Przynajmniej mam ten guzik alarmowy. To straszne – ja nie mogę usnąć, a Mark jest na dole, pewnie nagi. Mmmm. Chciałabym zejść na dół i go zgwałcić. Nie uprawiałam seksu od… to b. skomplikowana liczba. Może jednak przyjdzie! Usłyszę kroki na schodach, drzwi otworzą się cichutko i Mark wejdzie, i usiądzie na moim łóżku – nagi! – i… o Boże, jestem taka sfrustrowana. Gdybym tylko mogła być taka jak mama i po prostu wierzyć w siebie, a nie ciągle przejmować się tym, co myślą o mnie ludzie, ale to strasznie trudne, kiedy się wie, że ktoś rzeczywiście o tobie myśli. Myśli, jak cię zabić.
8 września, poniedziałek
55,75 kg (poważny kryzys), liczba osób grożących mi śmiercią pojmanych przez policję O (nie bdb), liczba sekund, odkąd ostatnio uprawiałam seks 15 033 600 (katastrofalny kryzys).
13.30.
W kuchni Marka Darcy’ego. Właśnie zupełnie bez powodu zjadłam ogromny kawał sera. Sprawdzę, ile to kalorii. O kurwa. 350 kalorii w 100 gramach. Paczka to ćwierć kilo, a ja wcześniej zjadłam już trochę – może z 60 gramów – i jeszcze trochę zostało, więc w pół minuty zeżarłam 500 kalorii. Coś niesamowitego. Może na znak solidarności z księżną Dianą powinnam zmusić się do wymiotów? Aaa! Dlaczego takie niesmaczne myśli przychodzą mi do głowy? Oj tam, równie dobrze mogę zjeść resztę, żeby się odciąć grubą kreską od całego tego żałosnego epizodu. Chyba będę zmuszona pogodzić się z prawdą głoszoną przez lekarzy: diety nie działają, bo twoje ciało myśli, że je głodzisz, i kiedy tylko znowu widzi jedzenie, opycha się nim jak Fergie. Ostatnio codziennie rano znajduję na sobie tłuszcz w nowych i budzących zgrozę miejscach. Ani trochę bym się nie zdziwiła, gdybym kiedyś odkryła, że pizza zjedzona poprzedniego dnia wypuczyła mi się w postaci wałka tłuszczu między uchem a ramieniem albo wyskoczyła koło kolana, łopocząc łagodnie na wietrze niczym ucho słonia. Między mną a Markiem sytuacja wciąż niezręczna i pełna niedopowiedzeń. Kiedy dziś rano zeszłam na dół, on już wyszedł do pracy (nic dziwnego, bo była pora lunchu), ale zostawił liścik, w którym napisał, żebym „czuła się jak u siebie w domu” i zapraszała, kogo chcę. Na przykład kogo? Wszyscy są w pracy. Jak tu cicho. Boję się.
13.45.
Wszystko pięknie. Absolutnie. Wiem, że nie mam pracy, pieniędzy, faceta, tylko mieszkanie z dziurą w ścianie, do którego nie mogę wrócić, że mieszkam z mężczyzną, którego kocham jakąś dziwaczną, platoniczną miłością gosposi, i że ktoś usiłuje mnie zabić, ale to, bez wątpienia, stan przejściowy.
14.00.
Ja chcę do mamy.
14.15.
Zadzwoniłam na policję i poprosiłam, żeby mnie zawieźli do Debenhams. -
Później.
Mama była fantastyczna. No, tak jakby. Mniej więcej. Pojawiła się dziesięć minut spóźniona, od stóp do głów w głębokiej czerwieni, z natapirowanymi, ufryzowanymi włosami i dźwigając chyba z piętnaście toreb na zakupy od Johna Lewisa.
– Nigdy nie zgadniesz, co się stało, kochanie – powiedziała, siadając i przerażając innych klientów liczbą swych toreb.
– Co? – spytałam drżącym głosem, obiema rękami łapiąc filiżankę.
– Geoffrey wyznał Unie, że jest jednym z tych „homo”, chociaż tak naprawdę to wcale nim nie jest, kochanie, jest „bi”, bo inaczej by nie mieli Guya i Alison. W każdym razie Una mówi, że wcale się tym nie przejęła. Gillian Robertson z Saffron Waldhurst przez dziesięć lat była żoną takiego „bi” i bardzo dobrze im się układało. Ale w końcu musieli się rozstać, bo on ciągle się włóczył koło tych budek z hamburgerami na bocznicach kolejowych, a żona Normana Middletona umarła – wiesz, ta, która była dyrektorką w szkole dla chłopców. Więc w końcu Gillian… Bridget, Bridget, co ci jest?