Statek przeznaczenia. Część 1
- Автор: Хобб Робин
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Statek przeznaczenia. Część 1». Краткое содержание книги:
Minęły dwie chaty wsparte o siebie na skraju kępy cedrów.
– Nie wiedziałam, że jest ich tak dużo – powiedziała Ronika załamującym się głosem.
Rache prychnęła z rozbawieniem.
– Każdy Nowy Kupiec przybywający do waszego miasta miał ze sobą co najmniej dziesięcioro niewolników. Niańki, kucharzy i lokajów do domu oraz parobków do pracy na polach i w sadach: nie przychodzili do miasta i nie chodzili pośród was, ale są tutaj. – Jej tatuaż zafalował od delikatnego uśmiechu. – Nasza liczba czyni z nas siłę, z którą trzeba się co najmniej liczyć. Jesteśmy tu na dobre czy na złe, Roniko, i zostaniemy tutaj. Miasto Wolnego Handlu powinno to uznać. Nie możemy nadal żyć jako ukrywający się wyrzutkowie. Musimy zostać uznani i zaakceptowani.
Ronika milczała. Słowa byłej niewolnicy brzmiały niemal groźnie. Dalej na ścieżce mignęli jej chłopczyk i dziewczynka, ale chwilę później zniknęli jak przestraszone króliki. Ronika zaczęła się zastanawiać, czy Rache nie naprowadziła ją na tę ścieżkę specjalnie. Wyglądało na to, że dobrze zna te rejony.
Weszły na kolejne wzgórze, zostawiając porozrzucane rudery i chaty za sobą. Znalazły się między zimnozielonymi drzewami, co sprawiło, że chmurny dzień stał się jeszcze ciemniejszy. Ścieżka się zwęziła i wyglądała na mniej używaną, ale Ronika już wiedziała, czego szukać, i spostrzegła odchodzące od niej inne dróżki. Kiedy kobiety dotarły do rozłożonych wzdłuż kamienistej plaży domów przybyszów z Trzech Statków, szlak znów przypominał zwierzęcą ścieżkę. Chłodny wiatr wiejący od otwartej wody zmusił je do przyśpieszenia kroku. Ronika skrzywiła się na myśl o tym, jak bardzo ma poszarpane i ubłocone ubranie, ale nic nie mogła na to poradzić.
W tej części Miasta Wolnego Handlu domy stały na skraju plaży, żeby rodziny z Trzech Statków mogły wypatrywać swoich łodzi, powracających z połowu. Rache szła szybko ulicą, ale Ronika rozglądała się z ciekawością. Nigdy przedtem tu nie była. Wystawiona na ataki sztormów kręta ulica pełna była kałuż. Na długich gankach oszalowanych deskami domów bawiły się dzieci. Rześki wiatr roznosił zapachy płonącego drewna, zebranego na plaży, i wędzonej ryby. Między domami rozciągały się sieci. Zamieszki i będące ich wynikiem spustoszenie wywarły niewielki wpływ na tę część miasta. Ronikę i Rache minęła szybkim krokiem kobieta, osłonięta kapturem przed paskudną pogodą; kiwnęła im głową, chociaż pchała taczkę pełną płastug.
– To jest dom Rzadkiego – odezwała się nagle Rache.
Szeroko rozłożona jednopiętrowa budowla niewiele się różniła od sąsiadujących z nią domów. Jedyną oznaką większej zamożności, jaką zauważyła Ronika, była świeża warstwa wapna na ścianach. Kobiety weszły na ganek ciągnący się przez całą długość domu i Rache mocno zastukała do drzwi.
Kiedy się otworzyły, Ronika odgarniała z twarzy włosy zmoczone deszczem. Na progu stanęła wysoka kobieta. Podobnie jak wielu osadników z Trzech Statków, była grubokoścista i krzepka. Miała piegi i rudawozłote, sztywne od wiatru i soli włosy. Przez chwilę patrzyła na gości podejrzliwie, lecz w końcu jej twarz rozjaśniła się uśmiechem.
– Pamiętam cię – odezwała się do Rache. – To ty wyżebrałaś od taty trochę ryby.
Rache kiwnęła głową.
– Od tamtej pory widziałam się z nim dwa razy. Zawsze wtedy byłaś na morzu i łowiłaś flądry. Masz na imię Ekke, prawda?
Ekke już się nie wahała.
– Och, no to wejdźcie. Obie jesteście zmoknięte. Nie, nie przejmujcie się błotem na butach. Jeśli dość ludzi naniesie do środka brud, to ktoś wreszcie zacznie go wynosić.
Sądząc po wyglądzie podłogi tuż za progiem, mogło to nastąpić już wkrótce. Podłogę stanowiły nagie deski, wygładzone przez liczne stopy. Sufity były niskie, a małe okna nie wpuszczały wiele światła. Obok kudłatego psa rozciągnął się śpiący kot. Pies otworzył jedno oko, kiedy go obchodziły, a potem znów zasnął. Tuż za nim znajdował się solidny stół otoczony mocnymi krzesłami.
– Usiądźcie – zaprosiła gości kobieta. – I zdejmijcie mokre rzeczy. Taty nie ma, ale niedługo wróci. Herbaty?
– Byłabym ogromnie wdzięczna – odparła Ronika.
Ekke nabrała do czajnika wody z beczki. Postawiła go na ogniu i spojrzała przez ramię na obie kobiety.
– Wyglądacie na wykończone. Zostało trochę owsianki ze śniadania – jest gęsta i lepka, ale syci. Mogę ją wam podgrzać?
– Proszę – odpowiedziała Rache, widząc, że Ronika nie umie znaleźć słów.
Prosta, szczera gościnność, z jaką dziewczyna przyjęła dwie nieznajome, sprawiła, że Ronice stanęły łzy w oczach, chociaż zarazem uświadomiła sobie, jak nędznie musi wyglądać, skoro zasługuje na taką życzliwość. Świadomość, że doszło do tego, że musi żebrać u drzwi przybysza z Trzech Statków, była upokarzająca. Co by o niej pomyślał Ephron?
Owsianka rzeczywiście była lepka i gęsta. Ronika pochłonęła swoją porcję z gorącą filiżanką czerwonawej herbaty, przyjemnie doprawionej kardamonem na sposób Trzech Statków. Ekke widziała, że obie są głodne i wyczerpane. Pozwoliła im jeść, cały ciężar rozmowy biorąc na siebie: mówiła o zmiennej zimowej pogodzie, sieciach wymagających naprawy i o soli, którą trzeba gdzieś kupić, by mieć jej dość do przechowania ryb na okres sztormów. Ronika i Rache potakiwały i jadły.
Kiedy skończyły owsiankę, Ekke zabrała miseczki i dopełniła filiżanki parującą, aromatyczną herbatą. Potem po raz pierwszy usiadła przy stole z własną filiżanką.
– No tak. A więc to wy rozmawiałyście wcześniej z tatą, tak? Przyszłyście porozmawiać z nim o sytuacji w Mieście Wolnego Handlu, co?
Ronika doceniła jej bezpośredniość i odpłaciła tym samym.
– Niezupełnie. Rozmawiałam z twoim ojcem już dwukrotnie o potrzebie zjednoczenia wszystkich mieszkańców Miasta Wolnego Handlu i zawarcia pokoju. Tak dalej być nie może. Jeśli nic się nie zmieni, wystarczy, że przybysze z Krainy Miedzi zaczekają na redzie naszego portu, aż rozdziobiemy się nawzajem na kawałki. W tej chwili nasze statki patrolowe mają po powrocie trudności ze znalezieniem świeżych zapasów. Nie mówiąc już o tym, że trudno ojcom i braciom opuszczać dom, by odepchnąć najeźdźców z Krainy Miedzi, jeśli muszą się martwić o swoje rodziny, pozbawione opieki.
Ekke zmarszczyła brwi i potakiwała.
– Ale nie dlatego teraz tu przyszłyśmy – wtrąciła się nagle gładko Rache. – Ronika i ja musimy znaleźć schronienie u imigrantów z Trzech Statków, jeśli się uda. Nasze życie jest w niebezpieczeństwie.
To zbyt dramatyczne, pomyślała Ronika, widząc zmrużone oczy ich gospodyni. Chwilę później na ganku rozległo się szuranie butów i w drzwiach stanął Rzadki Krasnorost. Jak niegdyś opisała go Rache, miał figurę beczki i więcej rudych włosów na brodzie i rękach niż na głowie. Zatrzymał się zmieszany, a potem zamknął za sobą drzwi i z konsternacją skrobał się po brodzie, przeniósłszy wzrok z córki na dwie kobiety, siedzące z nią przy stole.
Nagle westchnął, jakby przypomniał sobie zasady dobrego wychowania. Jednakże jego powitanie było równie bezpośrednie, jak poprzednio powitanie jego córki.
– Cóż sprowadza Kupcową Vestrit do moich drzwi i stołu?
Ronika wstała pośpiesznie.
– Twarda konieczność, Rzadki Krasnoroście. Moi pobratymcy zwrócili się przeciwko mnie. Nazwali mnie zdrajczynią i oskarżyli o spisek, choć w rzeczywistości nikogo nie zdradziłam ani nie spiskowałam.