Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Zamiast dalej jechać wzdłuż brzegu, skręciliśmy z szosy w bok i zjechaliśmy w dół przez stok wzgórza, by przejechać przez miasteczko, w którym – jako dziecko – McMurphy mieszkał dłużej niż gdzie indziej. Już myślałem, żeśmy zabłądzili, gdy wtem… nagleśmy zobaczyli domy nędznej mieściny – cztery ulice na krzyż porośnięte kępami trzciny. Słońce przysłonił akurat wzbijany przez wicher pył, gdy McMurphy zatrzymał wóz przy jednej z nich i wskazał dom, w którym niegdyś żył.
– Tam. Tak, tamten. Wygląda, jakby wyrósł wśród tych chwastów; uboga siedziba mej zmarnowanej młodości.
Dochodziła szósta, zmierzchało już i ulica była pusta; wzdłuż całej jej długości widziałem tylko bezlistne drzewa sterczące niczym drewniane błyskawice ze spękanego bruku, jakby wbiła je tam ulewa pośród huku. Za nimi wznosiły się żelazne sztachety obiegające bandą zapuszczone podwórko, na którym widać było obszerny dom z werandą, rachitycznym ramieniem opierający się podmuchom wiatru, żeby nie porwał go niczym puste pudełko z tektury, nie poturlał i nie cisnął gdzieś do dziury. Wtem pierwsze krople deszczu, wielkie jak grudy, posypały się z przygnanej wiatrem chmury; ujrzałem, że dom ma zamknięte oczy, a na łańcuchach u drzwi łomoczą ciężkie kłody strzegące go jak banku.
Na ganku tej starej budy wisiało takie coś, co to Japońce robią z drutów i z kawałków barwionego szkła – drga, dzwoni i brzęczy przy najlżejszym podmuchu – i miało już tylko cztery szkiełka, wszystkie w ruchu. Kołysały się i huśtały, a dziesiątki sypiących się z nich okruchów brzęczały o deski werandy.
McMurphy włączył bieg.
– Przyjechałem tu raz do rodziny – rzekł. – Dawno już, w odwiedziny. Akurat po tym bigosie w Korei, gdyśmy się wycofali stamtąd i wrócili. Starzy jeszcze żyli. To był dobry dom.
Puścił sprzęgło i jużeśmy ruszyli, ale raptem wrzucił luz i znów zatrzymał wóz.
– Rany! – krzyknął. – Spójrzcie tam, widzicie tę sukienkę?
Podniósł rękę i wskazał za siebie.
– Widzicie tę szmatę na gałęzi drzewa?
Ujrzałem żółto-czarną łatę łopoczącą jak chorągiew wysoko na drzewie rosnącym przy jakiejś stodole czy chlewie.
– Nosiła tę sukienkę pierwsza dziewuszka, która – gdy miałem dziesiątą wiosenkę, a ona chyba mniej – zaciągnęła mnie do łóżka. Przespanie się z kimś wydawało mi się czymś tak ważnym, że zapytałem ją głosem niezwykle poważnym, czy nie sądzi, czy nie jest zdania, że powinniśmy to ogłosić bez większego wahania? Wystarczyłoby na przykład rzec samo:,Judy i ja zaręczyliśmy się dziś, mamo”. Może to i dziwne, ale wtedy nie myślałem, że to, co mówię, jest takie naiwne; sądziłem, że gdy się kogoś przeleci, to tak, jakby się wzięło ślub, i czy się tego chce, czy nie, trzeba być razem aż po grób. A ta mała kurewka, choć szedł jej dopiero ósmy czy dziewiąty rok, taka była krewka, że sięgnęła w bok, podniosła z podłogi sukienkę i powiedziała: “Mój drogi, weź, powieś ją gdzieś na dworze, a ja wrócę do domu w majtkach, tak im oznajmię tę wieść; powinni się skapować”. Boże, miała dziewięć lat, a nawet ty mogłabyś u niej terminować! – zawołał i uszczypnął Candy w nos.
Dziewczyna roześmiała się w głos i ugryzła go w rękę, a on spojrzał na czerwony ślad.
– Więc kiedy poszła w majtkach do domu, czekałem, aż się ściemni, rad nierad, żeby po kryjomu wyrzucić ten jej łach przez okno – ale czujecie siłę wiatru? Bach! Porwał sukienkę jak latawca wysoko nad dach, a następnego ranka wisiała cholera na tamtej gałęzi, żeby – jak wtedy myślałem – całe miasto odgadło wszystko, widząc ją na uwięzi.
Zaczął ssać dłoń z miną tak żałosną, że Candy się roześmiała i pocałowała go w rękę.
– Tak to wtedy, wiosną, wywiesiłem jak na swoją udrękę ten sztandar niestrudzonego kochanka, ale przysięgam, że wszystkiemu jest winna ta dziewięcioletnia smarkula z czasów mojego dzieciństwa; pierwsza moja wybranka.
Ruszyliśmy, pozostawiając dom i jego zamknięte wrota. McMurphy ziewnął i zmrużył oko.
– Nauczyła mnie kochać, moja dupcia złota!
Akurat wtedy, gdy to mówił, tylne światła wyprzedzającego nas samochodu oświetliły mu twarz i w szybie odbił się grymas, na który sobie pozwolił jedynie dlatego, że nie sądził, byśmy w tej ciemności mogli cokolwiek zobaczyć; grymas zmęczenia, napięty i pełen rozpaczy, jakby McMurphy nie miał już czasu na coś, co powinien zrobić…
Jednocześnie spokojnym, dobrotliwym głosem opowiadał nam o swoim życiu, żebyśmy mogli sami je przeżyć, wśnić się w barwną przeszłość dziecięcych zabaw, kumpli od pijatyk, zakochanych kobiet i karczemnych bójek o nędzne laury.
CZĘŚĆ IV
Nazajutrz po wyprawie Wielka Oddziałowa rozpoczęła kontratak. Pomysł przyszedł jej do głowy, gdy poprzedniego dnia rozmawiała z McMurphym o tym, ile zarabia na wyprawie i podobnych przedsięwzięciach. W nocy rozważyła wszystko dokładnie i upewniwszy się, że obrana przez nią taktyka jest całkowicie niezawodna, od samego rana zaczęła robić różne aluzje, by – nie krytykując McMurphy’ego wprost – zasiać ziarno niezgody między nim a pacjentami i patrzeć, jak kiełkuje.
Dobrze wiedziała, że ludzie, jak to ludzie, prędzej czy później odsuwają się od jednostek dających z siebie więcej, niż muszą, od świętych Mikołajów, misjonarzy, filantropów, i zaczynają pytać: Co im to daje? Uśmiechają się pod nosem, widząc, jak młody prawnik obdarowuje orzeszkami dzieci ze szkoły w swoim okręgu – i to tuż przed wyborami do senatu stanowego, cwaniaczek – i mówią do siebie: Nie w ciemię bity!
Wiedziała, że nie trzeba wiele, by pacjenci – gdy raz skieruje ich na właściwy trop – sami zaczęli się zastanawiać, czemu to McMurphy włożył tyle czasu i wysiłku w zorganizowanie wyprawy rybackiej, przeprowadzenie rozgrywek bingo czy trenowanie drużyny koszykówki. Co sprawiało, że ustawicznie pruł całą parą naprzód, podczas gdy innym pacjentom wystarczało leniwe dryfowanie, gra w bezika i przeglądanie starych czasopism? Dlaczego właśnie on, awanturnik irlandzkiego pochodzenia, przysłany tu z farmy penitencjarnej, na której odpracowywał karę za szulerstwo i pobicie, wiązał sobie na głowie chustkę, mizdrzył się jak dzierlatka i przez bite dwie godziny uczył Billy’ego Bibbita tańczyć, podczas gdy wszyscy Okresowi wyli z radości? Co się kryło za tym, że ten stary wyjadacz, zawodowy kostera i cwaniak, jakich mało, umiejący bez pudła przewidzieć szansę powodzenia każdej swojej imprezy, ryzykował przedłużenie pobytu w domu wariatów, robiąc sobie coraz większego wroga z kobiety, której głos w sprawie zwolnienia był decydujący?
Oddziałowa dała początek tym i podobnym rozważaniom, kiedy wywiesiła na tablicy ogłoszeń obszerny wyciąg z kont pacjentów, ukazujący wszelkie operacje finansowe przeprowadzone przez nich w ciągu ostatnich miesięcy; żeby go sporządzić, musiała ładne kilka godzin grzebać w kartotekach. Zestawienie dowodziło stałego odpływu funduszy z kont wszystkich Okresowych prócz jednego. Fundusze rudzielca rosły od dnia, w którym przybył do szpitala.
Okresowi żartowali z McMurphy’ego, że chce ich oskubać do cna, a on ani myślał się wypierać. Skądże znowu. Przechwalał się nawet, że gdyby mu przyszło spędzić tu jeszcze roczek, to zbiłby kupę forsy i uniezależnił się finansowo, a po wyjściu ze szpitala osiadł na Florydzie. Przekomarzali się wesoło, dopóki był razem z nimi, ale pochmurnieli natychmiast, gdy tylko się oddalał i szedł na terapię zajęciową, reedukacyjną czy na fizjoterapię albo do dyżurki, żeby oberwać kolejną burę od Wielkiej Oddziałowej i przeciwstawić swój szeroki, bezczelny uśmiech jej nieruchomemu grymasowi odlanemu z plastyku.