Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:

Lot nad kukułczym gniazdem to jedna z najgłośniejszych i najszerzej w świecie znanych powieści amerykańskich drugiej połowy XX wieku. Ukazuje brutalne dławienie indywidualności na przykładzie zamkniętego zakładu psychiatrycznego, w którym pacjentów odziera się z resztek wolności i godności osobistej. Powieść stanowi wnikliwą analizę psychologiczną szaleństwa zbiorowości.
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 79
Перейти на страницу:

– Wciąż… wciąż wygrywasz!

– Wciąż wygrywam?! Ty durna pało, co ci znów odbiło? Dotrzymuję tylko warunków zakładu. Cholera, co w tym…

– Ale myśmy wierzyli, że nie chodzi ci o wygrywanie…

Czułem, że broda drży mi gwałtownie, jak zawsze, kiedy zaczynam płakać, ale łzy nie popłynęły mi z oczu. Jedynie drgania brody nie mogłem opanować. McMurphy otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął. Puścił kieszenie, podniósł rękę i złapał się dwoma palcami za nasadę nosa, tak jak człowiek, który nosi uciskające go okulary, po czym zacisnął powieki.

– Wygrywam, mówisz? Jezu! – Westchnął, nie otwierając oczu. – Ha, ha, ale wygrywam!

Dlatego uważam, że to, co wydarzyło się tego popołudnia w umywalni, stało się głównie z mojej winy. I dlatego właśnie, aby ją choć po części okupić, postąpiłem akurat tak, jak postąpiłem, przynajmniej raz nie myśląc o bezpieczeństwie, ostrożności czy następstwach, nie zaprzątając sobie głowy niczym prócz tego, co należało zrobić.

Gdy tylko wyszliśmy z toalety, trzej czarni zaczęli zgarniać wszystkich uczestników wyprawy na dodatkowy prysznic. Najmniejszy czarny, który sunął korytarzem z wyciągniętą przed siebie, zgiętą, zimną jak łom ręką i odrywał od ściany opartych o nią pacjentów, powiedział, że Wielka Oddziałowa nazwała ten prysznic kąpielą profilaktyczną. Musimy się jej poddać ze względu na towarzystwo, w jakim przebywaliśmy na wyprawie, żebyśmy nie roznieśli po szpitalu jakiegoś paskudztwa.

Kiedy ustawiliśmy się nadzy w szeregu, sanitariusze ruszyli do akcji, wyciskając z czarnych plastykowych tubek cuchnącą maź, gęstą i kleistą jak białko. Najpierw smarowali nam nią włosy, potem padła komenda: Odwrócić się, zrobić skłon i rozchylić pośladki!

Chłopcy narzekali, żartowali i dowcipkowali między sobą, starając się nie patrzeć ani na siebie, ani na bazaltowe maski unoszące się na tle białych kafli jak twarze w negatywie, twarze z koszmarnego snu, spozierające znad miękkich czarnych luf. Podśmiewali się z czarnych, pytając na przykład: “Powiedz nam, Washington, czym się zabawiacie przez pozostałe szesnaście godzin?”, albo: “Hej, Williams, widzisz, co jadłem dziś na śniadanie?”

Wszystkim było wesoło. Jedynie czarni zaciskali zęby i nie odzywali się słowem – inaczej działo się na oddziale, nim się tu zjawił ten przeklęty rudzielec.

Kiedy Fredrickson rozchylił pośladki, rozległ się głośny grzmot; myślałem, że podmuch przewróci najmniejszego z czarnych.

– Cisza! – rozkazał Harding, przykładając dłoń do ucha. – Może znów usłyszymy cudny głos anioła!

Wszyscy wyli, zanosili się śmiechem i sypali żartami, dopóki czarny nie przesunął się dalej i nie zatrzymał się przed następnym facetem; wtedy zapadła głucha cisza. Następny bowiem był George. I w tej sekundzie, w której ucichły śmiechy, żarty i narzekania, gdy Fredrickson prostował się i odwracał, a duży czarnuch kazał stojącemu obok George’owi nastawić głowę i podniósł tubkę, żeby wycisnąć mu na włosy cuchnącą maź – w tej sekundzie wszyscy już wiedzieliśmy, co się teraz wydarzy, dlaczego nie może być inaczej, i zrozumieliśmy, jak bardzo myliliśmy się co do McMurphy’ego.

George nie używał mydła, kiedy brał prysznic. Nigdy też nie chciał przyjąć od nikogo ręcznika, żeby się wytrzeć. Nauczeni doświadczeniem czarni z wieczornej zmiany, którzy pilnowali nas przy regulaminowych prysznicach we wtorki i czwartki, nie zmuszali go do niczego, żeby uniknąć kłopotów. Tak było od lat – trzej sanitariusze obecni w umywalni również o tym wiedzieli. Ale teraz pojęliśmy wszyscy, zrozumiał to nawet George, który stał przechylony do tyłu, potrząsał głową i zasłaniał się dłońmi wielkimi jak dębowe liście, że ten rozjuszony naszymi docinkami czarny z rozkwaszonym nosem, mający za sobą dwóch kumpli, ciekawych, co zrobi, za nic w świecie nie przepuści podobnej okazji.

– No, George, nachyl makówę.

Chłopcy spojrzeli na McMurphy’ego, który stał nieco dalej w kolejce.

– No już, George…

Martini i Sefelt trwali nieruchomo pod włączonym prysznicem. Otwór ściekowy pod ich nogami zachłystywał się spienioną, mydlastą wodą, puszczając pęcherzyki powietrza; starzec przyglądał mu się przez chwilę, jakby uciekająca woda mówiła coś do niego. Słuchał, jak bulgocze i syczy. Potem znów spojrzał na tubkę w wyciągniętej do niego czarnej dłoni, zobaczył maź wyciekającą wolno z dziurki i spływającą po żelaznych palcach. Czarny przysunął tubkę bliżej; George odchylił się jeszcze bardziej do tyłu, potrząsając głową.

– Nie… nie chcę.

– Nie masz wyboru, Czyściochu – powiedział czarny jakby ze smutkiem w głosie. – Nie masz wyboru. Nie możemy pozwolić, żeby robactwo rozpleniło się po całym szpitalu, prawda? A przecież możesz mieć robaki głęboko pod skórą!

– Nie! – krzyknął George.

– Ach, George, ty nic nie wiesz. Te robaki są małe, maleńkie… nie większe od łebka szpilki. A kiedy cię dopadną, George, zaczynają się wkręcać w ciebie coraz głębiej i głębiej.

– Żadnych robaków! – zawył George.

– Posłuchaj mnie, George. Widziałem takie wypadki, kiedy te ohydne robaki…

– Zostaw go, Washington – powiedział McMurphy.

Szrama na nosie czarnego lśniła jak czerwony neon. Sanitariusz wiedział, kto się do niego odezwał, ale się nie odwrócił; tylko po tym, że zamilkł na moment i długim popielatym palcem dotknął tej pamiątki po meczu koszykówki, poznaliśmy, iż w ogóle usłyszał słowa McMurphy’ego. Potarłszy nos, zbliżył dłoń do twarzy George’a i rozczapierzając palce, zaczął nimi przebierać.

– Krab, George, krab. Widzisz? Chyba wiesz, jak wygląda krab, co? Pewnie na łodzi rybackiej musiało być pełno krabów. Nie możemy pozwolić, żeby kraby wwierciły się w ciebie, prawda, George?

– Żadnych krabów! – wrzasnął George. – Nie!

Wyprostował się i podniósł głowę; po raz pierwszy ujrzeliśmy jego oczy. Czarny cofnął się o krok. Dwaj pozostali parsknęli śmiechem.

– Co z tobą, kolego? – zapytał większy. – Masz jakieś kłopoty?

Czarny znów przysunął się do George’a.

– Nachyl się, George! Albo się nachylisz, żebym mógł ci wycisnąć pastę, albo cię dotknę! – Podniósł rękę; była wielka i czarna jak bagno. – Przejadę ci tą czarną, ohydną, cuchnącą ręką po całym ciele!!!

– Nie! – ryknął George, wznosząc pięść nad głową, gotów roztrzaskać na kawałki szary czerep i rozsypać na wszystkie strony tkwiące w nim zębatki, nakrętki i śrubki. Wystarczyło jednak, że czarny przyłożył mu tubkę do pępka i nacisnął ją, a George zgiął się wpół, wypuszczając z sykiem powietrze. Wtedy czarny siknął mu strugą mazi w rzadkie siwe włosy i począł ją wcierać, rozsmarowując czerń ze swojej dłoni po głowie George’a. George skulił się jeszcze bardziej, obejmując się rękami w pasie.

– Nie! Nie! – krzyknął.

– A teraz odwróć się, George…

– Powiedziałem, żebyś go zostawił.

Tym razem coś w głosie McMurphy’ego sprawiło, że czarny odwrócił się w jego stronę. Uśmiechnął się, gdy zobaczył go zupełnie nagiego, z gołą głową, bez kowbojskich butów i spodni, za których kieszenie mógłby zahaczyć kciuki. Wyszczerzył zęby, lustrując go wzrokiem od góry do dołu.

– Ha! – zawołał i potrząsnął głową. – A już myślałem, McMurphy, że nie znajdziemy okazji.

– Ty nędzny smoluchu – rzekł McMurphy tonem bardziej znużonym niż gniewnym. Czarny nic nie odpowiedział. McMurphy podniósł głos: – Ty zafajdany chuju!

Czarny potrząsnął głową i rechocząc spojrzał na swoich koleżków.

– Jak myślicie, do czego pan McMurphy zmierza? Może chce mnie sprowokować? Ha, ha, ha. Czyżby nie wiedział, że uczą nas nie reagować na najgorsze obelgi wariatów?

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)