Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Te pięć tysięcy dzieciaków mieszkało w tych pięciu tysiącach domów należących do facetów, którzy wysiedli z pociągu. Domy były tak podobne, że dzieciaki myliły się co pewien czas i szły do innych domów i do innych rodzin. Nikt tego nie zauważał. Jadły i kładły się spać. Jedynym dzieciakiem, którego zawsze dostrzegano, był ten chłopczyk wciąż trafiany biczem. Podrapany i posiniaczony, wszędzie rzucał się w oczy. Podobnie jak my, nie umiał się odprężyć i roześmiać. Trudno się śmiać, jeżeli się czuje napór promieni, które płyną z każdego przejeżdżającego samochodu i z każdego mijanego domu.
– Możemy nawet mieć lobby w Waszyngtonie – mówi Harding. – Organizację. ZChP. Związek Chorych Psychicznie. Grupy nacisku. Wielkie tablice wzdłuż szosy, a na nich bełkotliwy schizofrenik na buldożerze i duży, czerwono-zielony napis: “Zatrudniajcie obłąkanych”. Czeka nas różowa przyszłość, panowie.
Przejechaliśmy przez most na rzece Siuslaw. W powietrzu unosiła się lekka mgiełka – wystawiając język pod wiatr, czułem smak oceanu, zanim nam się ukazał. Wszyscy wiedzieliśmy, że zbliżamy się do celu, i nikt nic nie mówił przez resztę drogi do przystani.
Kapitan, który obiecał nas zabrać, miał łysą, metalowo szarą głowę osadzoną w czarnym golfie jak wieżyczka armatnia na niemieckiej łodzi podwodnej, a w ustach trzymał wygasłe cygaro – skierował je na nas. Stał obok McMurphy’ego na drewnianym pomoście i mówił, patrząc w morze. Z tyłu za nim, na podwyższeniu, sześciu czy ośmiu mężczyzn w wiatrówkach siedziało bezczynnie na ławce przed sklepikiem wędkarskim. Donośne słowa kapitana padały jak pociski równo w środek między McMurphym a tamtymi na ławce.
– Nic mnie to nie obchodzi. Napisałem w liście. Jeśli nie macie zaświadczenia od władz, że za was nie odpowiadam, to nie płynę. – Okrągła głowa przekręciła się w wieżyczce swetra i wycelowała cygaro prosto w nas. – Słuchaj pan, taka ferajna na morzu, mogą powyskakiwać za burtę jak szczury. Rodziny podadzą mnie do sądu i do końca życia ich nie pospłacam. Nie będę ryzykował.
McMurphy tłumaczył, że druga dziewczyna miała pozałatwiać wszystko w Portland. Jeden z facetów opartych plecami o ścianę sklepiku krzyknął:
– Jaka druga dziewczyna? Blondyna nie może was wszystkich obskoczyć?
McMurphy nie zwracał na niego uwagi, tylko dalej dyskutował z kapitanem, ale widać było, że Candy przejęła się tym, co gość powiedział. Faceci przy sklepiku wciąż łypali na nią lubieżnie i pochyleni szeptali między sobą. Widzieliśmy to i całej naszej załodze, nawet lekarzowi, było wstyd, że nic nie robimy. Nie byliśmy już tacy pewni siebie jak na stacji benzynowej.
McMurphy rozumiejąc, że i tak nic nie zdziała, przestał przekonywać kapitana, obrócił się w miejscu parę razy i przejechał ręką po włosach.
– Która to nasza łódź?
– Tamta. “Skowronek”. Ale dopóki nie będę miał tego zaświadczenia, żaden z was nie postawi na niej nogi. Żaden.
– Nie po to wynajmowałem łódź, żeby tu siedzieć przez cały dzień i patrzeć, jak się buja na wodzie – odparł McMurphy. – Ma pan chyba telefon w tej budzie? Chodźmy, zaraz wyjaśnimy sprawę.
Wspięli się po schodach na podwyższenie i weszli do sklepiku, zostawiając nas samych, zbitych w ciasną gromadę; próżniacy przyglądali się nam, robili jakieś uwagi i zanosili się śmiechem, kuksając w żebra. Kołysane wiatrem łodzie na przystani ocierały się o opony przybite do pomostu, wydając taki dźwięk, jakby też się z nas śmiały. Topiel chichotała pod deskami pomostu, a nad drzwiami sklepiku tablica z napisem USŁUGI ŻEGLARSKIE – KPT. BLOCK piszczała i zgrzytała na zardzewiałych hakach, huśtana przez wiatr. Znaczące linię przyboju małże, przyssane do pali na metr od powierzchni wody, pogwizdywały i kłapały na słońcu.
Wiatr dął coraz ostrzej i było coraz zimniej, więc Billy zdjął zieloną kurtkę i podał dziewczynie, żeby włożyła ją na cienki podkoszulek. Jeden z facetów ciągle się darł:
– Hej, blondyna, co widzisz w tych pomyleńcach? – Wargi miał barwy nerek, a wokół oczu wystąpiły mu pod smagnięciami wiatru fioletowe żyłki. – Hej, blondyna – wołał w kółko wysokim, zmęczonym głosem. – Hej, blondyna… hej, blondyna… hej, blondyna…
Przysunęliśmy się bliżej siebie, żeby zasłonić się od wiatru.
– Powiedz, blondyna, za co trafiłaś do czubków?
– Ona nie jest stuknięta, Perce, ona należy do kuracji!
– Czy tak, blondyna? Wynajęli cię, żebyś ich kurowała? Hej, blondyna!
Podniosła głowę i zapytała nas wzrokiem, gdzie się podziali ci twardzi faceci, których niedawno widziała, dlaczego żaden z nas jej nie broni. Nie mogliśmy spojrzeć jej w oczy. Cała nasza odwaga poszła do sklepiku z ręką na barku łysego kapitana.
Dziewczyna postawiła kołnierz kurtki, wtuliła głowę w ramiona i odsunęła się od nas najdalej, jak mogła, na koniec pomostu. Żaden z chłopaków nie poszedł za nią. Billy Bibbit trząsł się z zimna i zagryzał wargi. Faceci przy budzie znów zaczęli szeptać i gruchnęli śmiechem.
– Zapytaj ją, Perce, zapytaj!
– Hej, blondyna, czy masz zaświadczenie od władz, że za nich nie odpowiadasz? Kumple mówią, że jeśli któryś z tych gości wpadnie do wody i się utopi, jego rodzina może cię zaskarżyć. Nie bądź głupia. Lepiej zostań z nami.
– Tak, tak, blondyna. Moja rodzina nie będzie cię ciągać po sądach. Daję słowo. Zostań z nami.
Zdawało mi się, że pomost zapada się ze wstydu do zatoki i woda obmywa mi stopy. Byliśmy chorzy; nie powinniśmy byli wychodzić między ludzi. Pragnąłem, żeby McMurphy wrócił, sklął porządnie tych typów i odwiózł nas tam, gdzie nasze miejsce: do szpitala.
Facet z ustami barwy nerek zamknął nóż, którym coś strugał, wstał, strzepnął wiórki ze spodni i ruszył w stronę schodów.
– Poważnie, blondyna, daj sobie spokój z tymi półgłówkami!
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała z końca pomostu na faceta, a potem na nas; widać było, że się zastanawia nad jego radą, kiedy nagle otworzyły się drzwi sklepiku, McMurphy przepchnął się przez podnoszących się z ławki facetów i zbiegł po schodach.
– Właźcie, nie ma na co czekać. Baki pełne, przynęta i piwo na pokładzie.
Strzelił Billy’ego w tyłek, podskoczył z radości i rzucił się odwiązywać cumy od pachołków.
– Kapitan Block tkwi przy telefonie, odpływamy, jak tylko skończy rozmowę. No, George, zapalaj silnik, pokaż, co potrafisz. Scanlon, ty i Harding odwiążcie tę linę. Candy! Co ty tam robisz? Rusz się, skarbie, odbijamy.
Wgramoliliśmy się na łódkę, gotowi na wszystko, byleby tylko uciec od tych drabów przy ławce. Billy podał rękę dziewczynie i pomógł jej wejść na pokład. George stanął nad tablicą rozdzielczą na mostku kapitańskim i, mrucząc, zaczął pokazywać McMurphy’emu, które guziki należy nacisnąć albo przekręcić.
– Te łodzie prychają i bekają, jakby się miały porzygać – rzekł – ale dają się prowadzić łatwiej niż samochód.
Jeden lekarz niezdecydowany, czy opuścić pomost, zerkał w stronę sklepiku i próżniaków, którzy tłoczyli się na szczycie schodów.
– Może… Może byśmy zaczekali… Kapitan…
Nie wychodząc z łodzi, McMurphy chwycił go za klapy marynarki, podniósł do góry i postawił na pokładzie jak małego chłopca.
– Zaczekali, doktorze? Niby na co? – spytał i śmiejąc się jak pijany, ciągnął nerwowym, podnieconym tonem: – Mamy czekać, aż kapitan wróci i powie, że numer, który mu dałem, to numer domu noclegowego w Portland? Jeszcze czego. George, niech cię diabli, weź się wreszcie do roboty i wyprowadź łódź z przystani! Sefelt! Rusz się, odplącz tę linę. George, pospiesz się!