Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:

Lot nad kukułczym gniazdem to jedna z najgłośniejszych i najszerzej w świecie znanych powieści amerykańskich drugiej połowy XX wieku. Ukazuje brutalne dławienie indywidualności na przykładzie zamkniętego zakładu psychiatrycznego, w którym pacjentów odziera się z resztek wolności i godności osobistej. Powieść stanowi wnikliwą analizę psychologiczną szaleństwa zbiorowości.
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 79
Перейти на страницу:

– Washington! Ty w mordę jebany…

Washington odwrócił się plecami do McMurphy’ego i znów zajął się George’em, który od chwili, gdy maź dotknęła jego brzucha, wciąż stał zgięty wpół, dysząc ciężko. Czarny chwycił George’a za ramię i przekręcił go twarzą do ściany.

– Dobra, George, teraz rozchyl pośladki.

– Nie-e-e!

– Washington – powiedział McMurphy. Wziął głęboki oddech, podszedł do czarnego i odepchnął go od George’a. – Niech będzie, niech będzie…

Wszyscy słyszeli bezsilną rezygnację w jego głosie.

– McMurphy, zmuszasz mnie, żebym się bronił. Prawda, koledzy?

Pozostali dwaj czarni skinęli głowami, więc położył ostrożnie tubkę na ławce obok George’a, po czym odwinął się niespodziewanie i strzelił McMurphy’ego pięścią w szczękę. McMurphy o mało nie upadł. Potoczył się na rząd nagich mężczyzn, którzy złapali go pod ramiona i pchnęli w stronę uśmiechniętej bazaltowej twarzy. Znów dostał, tym razem w szyję, ale wreszcie pogodził się z myślą, że bójka się zaczęła i jedyne, co mu pozostaje, to walić, ile wlezie. Kiedy czarny znów się zamachnął, chwycił go za rękę i potrząsnął głową, żeby oprzytomnieć po poprzednim ciosie.

Kołysali się przez chwilę, dysząc w rytm bulgoczącej wody; potem McMurphy odepchnął czarnego, zgiął nogi w kolanach, wtulił głowę w ramiona, żeby chronić podbródek, podniósł pięści po obu stronach głowy i ruszył na przeciwnika.

Wtedy cichy, równy rząd nagich mężczyzn przemienił się w rozszalałe koło, w ring zbity z ludzkich ciał.

Czarne pięści trafiały w zniżoną rudą głowę i szeroki kark, znacząc McMurphy’emu na czerwono skronie i policzki. Sanitariusz odskakiwał po każdym ciosie. Wyższy, z rękami dłuższymi od grubych, czerwonych łap McMurphy’ego, bił go szybkimi seriami po ramionach i głowie, nie dopuszczając do zwarcia. McMurphy parł naprzód z twarzą pochyloną w dół, ciężkimi, płaskimi krokami, zerkając co pewien czas na czarnego spomiędzy pokrytych tatuażami pięści, aż wreszcie zepchnął go na ścianę nagich mężczyzn i strzelił pięścią prosto w środek białej, wykrochmalonej bluzy. Bazaltowa twarz pękła wpół; z różowej szczeliny wysunął się język barwy lodów truskawkowych. Ale Washington uciekł spod czołgowej szarży McMurphy’ego; zdążył go stuknąć kilka razy, zanim sam znów dostał czerwoną pięścią. Tym razem otworzył usta znacznie szerzej – niezdrowa różowa plama na czarnym tle.

McMurphy miał czerwone ślady na głowie i ramionach, ale nic mu nie było. Wciąż napierał, inkasując po dziesięć ciosów za każdy własny, a czarny wciąż się cofał. Okrążyli tak kilka razy całą umywalnię; w końcu Washington zaczął dyszeć, potykać się i już tylko starał się unikać razów czerwonych cepów. Chłopcy wołali do McMurphy’ego, żeby go wykończył. Ale rudzielcowi wcale się nie spieszyło.

Czarny odskoczył po ciosie w ramię i spojrzał szybko na przypatrujących się walce sanitariuszy.

– Williams… Warren… niech was cholera!

Drugi rosły czarny przedarł się przez tłum i chwycił McMurphy’ego od tyłu za ramiona. McMurphy strząsnął go jak buhaj małpę, ale czarny znów wskoczył mu na plecy.

Zdjąłem go więc z McMurphy’ego i cisnąłem pod prysznic. W środku musiał mieć same rurki: nie ważył więcej niż cztery, pięć kilo.

Najmniejszy czarny rozejrzał się na boki, odwrócił się i rzucił do drzwi. Kiedy patrzyłem, jak ucieka, ten drugi wyszedł spod prysznicu i założył mi chwyt zapaśniczy, wsuwając ręce pod pachy i zaciskając na karku. Wbiegłem z nim tyłem pod prysznic i rozgniotłem go o kafle. Ale kiedy osunąłem się razem z nim na posadzkę, żeby dalej spokojnie obserwować, jak Washingtonowi trzaskają żebra pod ciosami McMurphy’ego, czarnuch zaczął gryźć mnie w kark; wtedy złamałem ten jego uchwyt. Czarny przestał się ruszać, a krochmal z jego uniformu zaczął spływać z wodą do otworu ściekowego.

Kiedy najmniejszy czarny przybiegł z powrotem do umywalni wraz z czterema sanitariuszami z oddziału furiatów, niosąc rzemienie, mankiety i koce, Okresowi wkładali właśnie ubrania i ściskali prawice mnie i McMurphy’emu, mówiąc, że czarnym od dawna należało się lanie, że walka była wspaniała i skończyła się wielkim, zasłużonym zwycięstwem. Gadali tak, żeby nas pocieszyć i podnieść na duchu, a podczas gdy oni rozwodzili się nad naszym triumfem, Wielka Oddziałowa pomagała sanitariuszom zakładać nam miękkie skórzane mankiety.

Na oddziale furiatów dudni nieprzerwanie jak w hali fabrycznej czy w więziennej tłoczni tablic rejestracyjnych. Czas mierzony jest tutaj stukotem piłeczki pingpongowej: pyk-pyk, pyk-pyk. Pacjenci spacerują każdy własną trasą, chodząc małymi, szybkimi krokami od ściany do ściany, tam i z powrotem niczym zwierzęta w klatce, wydeptując w posadzce krzyżujące się ścieżki. W powietrzu unosi się przykra, podobna do spalenizny woń lęku, wydzielana przez chorych oszalałych ze strachu, a pod stołem do ping-ponga i po kątach czają się, zgrzytając zębami, skulone kształty, których lekarze i pielęgniarki nie widzą, sanitariusze zaś nie są w stanie wytruć środkami dezynfekującymi. Gdy tylko otworzyły się przed nami drzwi oddziału furiatów i sanitariusze wprowadzili nas do środka, od razu poczułem tę woń spalenizny i usłyszałem zgrzytanie zębów.

Tuż za drzwiami powitał nas wysoki, kościsty staruch dyndający na drucie przeciągniętym między jego łopatkami. Obejrzał nas żółtymi, zaropiałymi oczyma i potrząsnął głową.

– Umywam od tego ręce – oświadczył czarnym, nim drut pociągnął go za sobą korytarzem.

Ruszyliśmy za nim w stronę świetlicy. McMurphy stanął w drzwiach w szerokim rozkroku i odchylił głowę, żeby się rozejrzeć; chciał też zahaczyć kciuki o kieszenie, ale skórzane mankiety były zbyt blisko siebie.

– Ale cyrk – mruknął do mnie kątem ust.

Skinąłem głową. Byłem tu nie po raz pierwszy.

Kilku facetów przestało spacerować, żeby się nam przyjrzeć, a kościsty staruch znów minął nas na swoim drucie, umywając ręce. Z początku nikt nie zwracał na nas specjalnej uwagi. Sanitariusze weszli do dyżurki, pozostawiając nas w drzwiach świetlicy. McMurphy miał jedno oko spuchnięte, jakby je ciągle mrużył, a usta tak pokiereszowane, że uśmiechanie się sprawiało mu ból. Podniósł skrępowane dłonie, wpatrując się w przechadzających się dudniącymi krokami furiatów, i odetchnął głęboko.

– McMurphy, do usług – przedstawił się, przeciągając słowa niczym kowboj na filmie. – Który z was, dzięcioły, grywa tu w pokera?

Pingpongowy zegar zatykał szybko o podłogę i ucichł.

– Ze związanymi łapami trudno mi rżnąć w oko, ale w pokera mogę was jeszcze wykosić.

Ziewnął, zakrywając ramieniem usta, a następnie pochylił się, odchrząknął i wypluł coś do kosza na śmieci znajdującego się o parę kroków dalej; rozległ się głośny brzęk. McMurphy wyprostował się, uśmiechnął i przejechał językiem po krwawej szparze między zębami.

– Mieliśmy na dole małą bijatykę. Ja i Wódz wzięliśmy się za bary z dwoma smoluchami.

Fabryczne dudnienie ucichło i wszyscy patrzyli w naszą stronę. McMurphy przyciągał uwagę jak zawodowy naganiacz. Ponieważ stałem obok niego, furiaci przypatrywali się również i mnie; czując na sobie ich spojrzenia, wyprostowałem się jak struna i podniosłem do góry głowę. Choć plecy bolały mnie jeszcze od tego, jak wbiegłem tyłem w ścianę, żeby rozgnieść czarnucha, nic nie dałem po sobie poznać. Jakiś facet o wyglądzie głodomora, z ogromną strzechą czarnych włosów, podszedł do mnie i nadstawił rękę, jakby myślał, że coś dostanie. Starałem się nie zwracać na niego uwagi, ale gdziekolwiek się obróciłem, on już tam biegł z wyciągniętą dłonią, natarczywy jak dziecko.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)