Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
– Ale przecież nie wchodziłeś do gry jako właściciel Park Place. – Victory uśmiechnęła się do niego. – Sam to mówiłeś, że zaczynałeś od zera. No więc kiedyś musiałeś mieć tylko aleję Mediterranean.
– Owszem. – Pokiwał głową. – Zająłem się dystrybucją lata temu, kiedy skończyłem college w Bostonie. Rozprowadzałem skromną linię kosmetyków, które pewna staruszka przygotowywała w kuchni. Naturalnie, tą staruszką była Nana Remmenberger, a jej puder do twarzy zmienił się w Remchild Cosmetics…
Victory żarliwie pokiwała głową.
– Nie rozumiesz, Lyne? Ja już mam aleję Mediterranean. To moja firma, Victory Ford Couture…
– Bez obrazy, ale to pestka, Vic. Takie firmy jak twoja funkcjonują z niewielkim budżetem i raz po raz wypadają z branży.
– Ale ja w niej jestem od ponad dwudziestu lat.
– Doprawdy? A jakie masz zyski? Sto-dwieście tysięcy rocznie?
– W zeszłym roku zarobiliśmy dwa miliony.
– Popatrzył na nią z rozbudzonym na nowo zainteresowaniem.
– To wystarczy, żeby przyciągnąć inwestorów. Zęby ktoś taki jak ja wyłożył trochę gotówki, abyś mogła zwiększyć produkcję i sprzedać więcej ubrań. – Dokończył drinka i odstawił szklankę na stoliku, jakby naprawdę wybierał się do łóżka. – Oczywiście pierwsze, co spróbowałbym zrobić, co spróbowałby zrobić każdy dobry inwestor, to przygotować umowę jak najbardziej korzystną dla siebie, a jak najmniej dla ciebie. Innymi słowy, starałbym się cię wyrolować. – Objął ją, by wyprowadzić z pokoju. – Zasadniczo chciałbym zabrać ci nazwisko i odebrać całą władzę. Nie dlatego, że jesteś kobietą. Tak samo potraktowałbym każdego mężczyznę, który przyszedłby do mnie z podobną propozycją.
Victory popatrzyła na niego i westchnęła. Pomyślała, że właśnie dlatego nigdy nie ubiłaby z nim żadnego interesu.
Wyśliznęła się z jego objęć i zatrzymała przed niewielką windą po drugiej stronie klatki schodowej, która prowadziła do największej sypialni Lyne'a.
– Ale z pewnością nie każdy jest taki bezwzględny jak ty, Lyne – powiedziała żartobliwie. – Musi istnieć jakiś sposób, żeby przyciągnąć inwestorów i nie rezygnować z kontroli.
– Jasne, że tak – oświadczył. – Jeśli zdołasz przekonać ludzi, że firma jest skazana na wielki sukces w krótkim czasie. Niech myślą, że trafia im się okazja zarobienia pieniędzy bez wielkiego ryzyka. Wtedy będziesz mogła dyrygować nimi wszystkimi.
– Dziękuję, kochanie. – Nacisnęła przycisk windy.
– Nie zdrzemniesz się tutaj? – zapytał.
Victory uśmiechnęła się i pokręciła głową. Pomyślała, że to jego jedyne ustępstwo na rzecz delikatności – zostawanie na noc nazywał „drzemką", całkiem jakby byli małymi dziećmi.
– Nie mogę – powiedziała ze skruchą w glosie. – Z samego rana muszę lecieć do Dallas.
– Weź mój samolot – upierał się. – Nikt nie będzie z niego jutro korzystał. Szybciej trafisz na miejsce. Zaoszczędzisz co najmniej dwie godziny…
Propozycja była kusząca, ale Victory nie chciała przyzwyczajać się do wykorzystywania jego prywatnego samolotu – ani niczego innego, skoro już o tym mowa.
– Wybacz. – Pokręciła głową. – Wolę tam dolecieć na własną rękę.
Wydawał się urażony. Pewnie bardziej ubodło go to, że nie chciała skorzystać z jego samolotu, niż to, że nie zamierzała zostać na noc.
– Jak sobie chcesz – oświadczył lodowato.
Obrócił się na pięcie, jakby była pracownicą, którą właśnie zwolnił, i bez słowa pożegnania ruszył ku schodom. Nie odprowadził jej do drzwi.
Następnego dnia, kiedy samolot do Dallas miał dwugodzinne opóźnienie z powodu natężenia ruchu powietrznego, przez chwilę żałowała, że nie skorzystała z propozycji seksu i prywatnego odrzutowca Lyne'a. To by jej bardzo ułatwiło życie. Dlaczego musiała siedzieć na pasie startowym przez dwie godziny, bez jedzenia i picia, skazana na złą organizację innych ludzi, skoro nie było to konieczne? Przypomniała sobie jednak, że propozycja Lyne'a ułatwiłaby jej życie na krótką metę. Victory wiedziała, jak łatwo jest przyzwyczaić się do takiego stylu życia, dojść do wniosku, że jest się kimś wyjątkowym i już nie umieć żyć inaczej. A stąd można się było jedynie stoczyć po równi pochyłej. Nie tylko dlatego, że możliwość takiego stylu życia łatwo utracić w jednej chwili, ale też z powodu tego, co ludzie są gotowi zrobić, żeby z niego nie rezygnować. Na przykład postawić mężczyznę ponad pracą.
Naturalnie prawdopodobnie to właśnie podobało się Lyne'owi – że nie chciała, by stał się dla niej ważniejszy od pracy. Znowu była przekonana, raz jeszcze, że skoro nie skorzystała z jego odrzutowca, Lyne już do niej nie zadzwoni, ale był niczym rzep, nie mogła się go pozbyć. Najwyraźniej w ogóle nie pamiętał nieprzyjemnych chwil między nimi albo też nie miały dla niego najmniejszego znaczenia. Tak czy owak, zadzwonił dwa dni później, jak gdyby nigdy nic, i zaprosił ją na weekend do swojego domu na Bahamach. Victory była zmordowana i doszła do wniosku, że może miło by było przez parę dni odpocząć. Postanowiła przyjąć jego propozycję relaksującego weekendu…
Ha! Relaksujący weekend, przesada roku, przypomniała sobie, sygnalizując pani Smith, że chętnie obejrzy brylantowe klipsy. Dom Lyne'a na ekskluzywnej Harbour Island był naturalnie piękny, ze służbą, jak to dość prymitywnie określił Lyne, „do wszystkiego". Susan Arrow i jej mąż Walter również tu przyjechali i w piątkowe popołudnie o piątej cała czwórka stłoczyła się w terenówce Lyne'a i ruszyła na lotnisko Teterboro, stąd mieli polecieć learjetem Lyne'a na Bahamy. Victory była zaszokowana, kiedy okazało się, że towarzyszy im asystentka Lyne'a, Ellen. Powinna to potraktować jak ostrzeżenie. To, że Lyne nie dał Ellen dwóch dni wolnego, bo nie chciał samodzielnie układać sobie planów przez weekend, nie wróżyło nic dobrego.
– Dla mnie pracuje się przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Prawda, Ellen? – powiedział Lyne w aucie, gdy jechali na lotnisko.
– Tak jest, Lyne, pracujemy bez przestojów – odparła Ellen uprzejmie.
Lyne uśmiechnął się niczym dumny ojciec.
– Co zawsze mówię o tobie, Ellen?
Ellen podchwyciła spojrzenie Victory.
– Ze jestem jak twoja żona, tylko lepsza.
– Tak jest! – wykrzyknął. – A chcesz wiedzieć dlaczego? – Spojrzał na Victory.
– Jasne – oświadczyła. Zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem ten weekend nie jest pomyłką.
– Nie może zażądać ode mnie alimentów.
Ellen popatrzyła na niego krzywo.
– Zawsze powtarzam Ellen, że muszę ją dobrze traktować, bo jej mąż mnie zleje. – Lyne pociągnął Victory za rękę, żeby upewnić się, że go słucha. – To gliniarz.
– Nie zleje, tylko aresztuje – poprawiła go Ellen. – Ma na imię Bill. Lyne nigdy nie pamięta jego imienia – zwróciła się do Victory.
Victory ze zrozumieniem pokiwała głową. Spotykała się z Lyne'em od kilku miesięcy i zbliżyła się do jego sekretarki. Ellen wyjaśniła jej, że Lyne jest jak wrzód na dupie, ale jakoś go znosi, bo ma dobre serce – a dzięki olbrzymiej pensji mogła posłać swoich dwóch synków do prywatnych szkół. W nadziei, że może pewnego dnia i oni będą bogaci. Jak Lyne.
– Właśnie za to płacę ci dwieście pięćdziesiąt tysięcy rocznie – zauważył Lyne. – Zęby nie musieć pamiętać imion ani nazwisk.
– Pamięta nazwiska wszystkich, którzy coś znaczą – oświadczyła Ellen.
– Czy mężczyźni nie są cudowni? – westchnęła Susan Arrow nieco później, już w odrzutowcu. – Dlatego my, kobiety, nie możemy zapominać. Możesz sobie wyobrazić, jak nudny byłby świat bez mężczyzn? Poważnie, nie wiem, co bym zrobiła bez mojego kochanego Waltera.